Powrót do strony głównej

 

               

KRASNOGRUDA / NR 10 / OD REDAKCJI

Od redakcji

Gdy Norman Manea powrócił z obozu koncentracyjnego w Transinistrii na Ukrainie do Suczawy, w jego szkole mówiono jeszcze po ukraińsku, niemiecku, żydowsku i rumuńsku, a za najlepszego kolegę z klasy miał Polaka z pochodzenia. Ale była to już jedna z ostatnich, zanikających pozostałości po wielokulturowym Księstwie Bukowińskim. Granica, którą przecięto na pół ten region, obecnie oddziela Ukrainę od Rumunii i do dzisiaj pozostaje taka jak w okresie "obozu przyjaźni" - bardzo nieprzyjazna. Czerniowce przestały być centrum przyciągającym ludzi z innych stron świata. Wyjątek stanowią kupcy i handlarze, którzy na nowo ożywili szlak wiodący ku Morzu Czarnemu i Turcji. No i chasydzi nawiedzający Sadagórę. Wędrując do dawnej stolicy księstwa z Sejn ze swoją "Szkołą Pogranicza" i pociągając po drodze za sobą Jurija Andruchowycza i Izdryka, sprawiliśmy, że dopiero kilka lat temu odbył się tam jeden z pierwszych wieczorów autorskich ukraińskiej awangardy literackiej. Słynny ongiś uniwersytet - dzi-siaj z trudem dobierający kadrę profesorską, miesiącami oczekującą na zaległe pensje i zmuszoną pauzować zimą z powodu braku środków na opał - w niczym nie przypomina tamtych czasów, w których Celan mógł studiować Shakespeare'a pod okiem anglisty o światowej renomie. Zmienił się także geograficzny punkt ciężkości - już nie Wiedeń był celem pielgrzymek niespokojnych duchów z karpackich przestrzeni. Młoda inteligencja ukraiń-ska i rumuńska, uciekając z prowincji, wędrowała do Lwowa, Kijowa czy Bukaresztu. Dotyczy to tak samo Bukowiny jak i Łemkowszczyzny, z której do Lwowa przywędrował Bohdan Antonycz.

Jakże różni się ten Lwów z kart literatury ukraińskiej od obrazu, do którego przyzwyczaiła nas już tradycja polska. Na ciepły koloryt kresowej stanicy, zabarwiony konserwatyzmem, fantastycznym dowcipem i nutką nostalgii, nakłada się modernistyczny, Baudelaireowski obraz miasta- molocha, apokaliptyczny, z silną domieszką dekadencji. Taki Lwów - zamarły na "cmentarzyskach aut", rozbrzmiewający gramofonami, jazzem i spikerami, w którym prawda jest nieznana i nieuchwytna "jak niebieska woń benzyny" - Andruchowycz odkrywa już w poezji Antonycza z lat 20. i 30. Sam również stara się iść tym tropem otwierając - jak pisze Wołodymyr Jeszkiliew - "Bramę Możności nowoczesnej miejskiej literaturze ukraińskiej" i walecznie forsując monstrualny Wiatrak Sprofanowanej Literatury, "wzniesiony z betonu socrealizmu, w którym zmieszano lud pracujący, malwy, topole za wsią, Scytów - przodków Ukraińców oraz całą masę zwycięstw dobra nad złem".

Awangarda ukraińska walcząc o urbanizm walczyła jednocześnie o język ukraiński. Wyobrażam sobie z jaką satysfakcją "bu-ba-biści" czytali zapis w dzienniku Łesia Kurbasa: "Tekst przedstawienia oczyszczony. Połowę rusycyzmów wyrzucono. Gra troszkę wyszlachetniała". Tyle z dziedzictwa tego narodu miało zostać unicestwione. Także ten niezwykły dziennik, który żona zniszczyła najprawdopodobniej zaraz po aresztowaniu Kurbasa przez NKWD. Na szczęście ktoś porobił wcześniej wypisy... Na szczęście znaleźli się kontynuatorzy... Na szczęście byli tacy, którym dane było powrócić z GUŁagu i dać świadectwo... Jak Ihor Kałyneć. Z jego opowieści wyłania się jeszcze jeden, inny, zupełnie w Polsce nie znany Lwów - miasto totalitarnego zniewolenia, prześladowań inteligencji, oporu stawianego władzy sowieckiej, samwydawu, chodzenia po domach z wieczorami autorskimi... Jeszcze jedna potyczka w jakże nowoczesnych zmaganiach Dyktatora i Artysty.

Mistrzem w ukazaniu całego splotu wzajemnych powikłań między Dyktatorem i Artystą, Białym Klownem i Głupim Augustem ze świata Felliniego - postaciami, które zdominowały scenę dramatu XX wieku - jest Norman Manea. Ten sam, który z Bukowiny wyruszył na południe, do Bukaresztu, a potem za Wielką Wodę, do Nowego Jorku. Niewiele się zmieniło od czasu, kiedy to w końcu 1992 roku na łamach "Gazety Wyborczej" Stanisław Barańczak pisał, że ten jeden z najwybitniejszych pi-sarzy Europy Wschodniej jest zupełnie w Polsce nie znany. A szkoda, bowiem - jak już wówczas celnie zauważył Barańczak - Manea różni się od pisarzy byłego "bloku Wschodniego", którzy życie "tutaj" przedstawiali albo jako jeden wielki łagier (biegun Sołżenicyna), albo jako jeden wielki cyrk (biegun Kundery). Świat przedstawiony w książkach Manei to skrzyżowanie łagru z cyrkiem, terroru z absurdem. Pisząc o esejach z tomu O klownach Barańczak konstatuje: "stoimy twarzą w twarz z koszmarem, który przerasta możliwości nawet naszej wytrenowanej w horrorze i absurdzie dwudziestowiecznej wyobraźni".

To samo można powiedzieć o ujętych w wyrafinowaną formę literacką opowiadaniach przywołujących pobyt autora w Transinistrii.

Gdy szykował do druku w Rumunii rządzonej przez Caucescu swą powieść pt. Czarna koperta (1986) tylko jedna obsesja spędzała mu sen z powiek: "aby moja książka nie została zaanektowana przez system". Wielu na jego miejscu, którym udałoby się tak poukrywać zakazane treści, że w końcu cenzura zgodziłaby się na druk ich książki, miałoby poczucie triumfu. Manea, przeczytawszy po jakimś czasie pozmienianą przez siebie powieść, był wściekły; jego wyczulony na prawdę słuch pisarski nie mógł znieść "deformujących efektów całego tego kodowania, zaciemniania, stylistycznego manewrowania i mętniactwa..." Spokoju nie dawało mu, wyczytane u Primo Leviego, zdanie: "akceptując zaciemnienie słowa zmierzamy do całkowitego zobojętnienia".

Podobną postawę reprezentował w czasach próby autor Dziennika 1935-1944, Mihail Sebastian. Ważne to świadectwo we współczesnej Europie, która z coraz większym trudem radzi sobie z pamięcią, ze strasznym dzie-dzictwem mijającego wieku, z którym nikt za nas się nie upora. "Pamiętają - i rozwiązanie problemu staje się niemożliwe. W takim wypadku polecałbym nie tyle sekularyzację, ile amnezję"(Salman Rushdie). Czyżby czekała nas w Europie nowa wersja pigułki Murti-Binga? Już nie "nowy światopogląd" ma uczynić z nas ludzi pogodnych i szczęśliwych, lecz zapomnienie? Któż jednak zagwarantuje, że ta kuracja okaże się skuteczniejsza od poprzedniej? Może zatem - choć to kosztuje niemało - warto pozostać na straży "niezaciemnionych słów"?

Krzysztof Czyżewski