KRASNOGRUDA / NR 6 / ZAUŁEK LITERACKI
LESZEK ALEKSANDER
MOCZULSKI
Moja cisza pozdrawia
twoją ciszę
Słuchowisko
Osoby:
Narrator
Ktoś z ulicy 1
Ktoś z ulicy 2
Przybysz
Chór
Głosy
Scena I
Chór: Zapala
się światło, gaśnie
Zapala się światło, gaśnie
Noc, dzień
Noc, dzień
Noc...
Narrator:
Moja cisza pozdrawia Twoją ciszę Zdravko... Jest noc. Od czasu
do czasu suną w deszczu auta, w dole na ulicy... Dzień jest
nieobecny. Co za ulga. U Ciebie Zdravko także dzień jest
nieobecny. Co za ulga. Ciekawe czy tam u Ciebie pada deszcz? Auta
u Ciebie niespokojne, więc trudniej uciszyć się przy lampie...
Lampa jak okno... I Ty, i ja palimy lampę. To tak jakby
gdzieniegdzie w ciemności paliły się lampy na całym świecie.
I pozdrawiały się... Świat jest mały. Wszędzie samotność
jest ta sama. I cisza jest ta sama. Jak to ostatnio napisałeś
do mnie? "U mnie, w moim mieście jest czwarta nad ranem, gdy
notuję te słowa... Ani śpiewać, ani sławić, ani się
modlić... Wstaje ranek nad moim miastem." A jaki był wtedy
mój ranek?... Ranek to stawianie się dnia. Dzień otwiera usta.
I musisz mówić, mówić, mówić. Biegać, biegać biegać... A
teraz jest cisza. Moja cisza pozdrawia Twoją ciszę Zdravko.
Napisałeś, właściwie dopisałeś w rogu kartki "Ani
śpiewać, ani sławić, ani się modlić"... Miało być
czysto, prosto. Miał być pot, ale niebo, jeziora i góry miały
być czyste. Co u mnie? Czy sławię, czy wierzę?... Naruszam
ciszę, aby do ciebie Zdravko mówić, a to nie jest bezkarne.
Noc... węże... Cisza, spokojna noc. Moi już śpią. Twoi
pewnie też śpią. Witaj Zdravko. Kiedyś solidarność, teraz
samotność - parafrazując poetę. Pali się nocna lampka przy
moim stole. Pali się nocna lampka przy Twoim stole. Cisza
uważnie śledzi nasze wargi. Płyńmy swobodnie, cisza to wielka
rzeka... Stoję na brzegu. Nie ma dnia. Dzień na szczęście
jest już nierzeczywisty. Leży gdzieś na dnie dolin albo w
morzu. Coraz więcej ciszy na mojej ulicy, coraz rzadziej
słyszę auta. Pytasz co u mnie? Muszę przeglądnąć moje
kartki. Na jednej z nich takie wyłowiłem słowa do Ciebie... a
może raczej do samego siebie:
węże - a to wolność
ryczący lew - a to dzień, który zależy wyłącznie od Ciebie
jak ostra brama - ranek twój, i ludzi
twój pusty dom pełen uciekinierów przez góry
dziecko - albo będzie twoje, albo zaprzesz się go
demokratycznie w sumieniu
milczy sprawiedliwość i Bóg, w łoskocie pędzącego
powietrza,
zakryte te miejsca, gdzie Ktoś umiera za ciebie.
widzisz tylko lampkę
jesteś wolny
Ile to lat temu patrzyłeś na moje jeziora? Potem kiedyś ja
patrzyłem na Twoje góry. Pamiętam tylko jasną smugę. Dnia,
gór, wiejskich kościółków, jakiejś apteki, w której
szukaliśmy lekarstwa. Znika i pojawia się ten dzień. I widzę
tylko stare kobiety, jak idą uważnie wiejską drogą. Wszystko
to takie uroczyste, gdy pojawia się przed moimi oczami. A życie
jest przecież takie uroczyste. Jak tylko zjawia się życie
zaraz śpiewają, tańczą albo biją w dzwony. Znika i pojawia
się. A co zostaje? co zostaje... Na kartce piszę do Ciebie
Zdravko te słowa:
dzień zaczyna się nagle
dzień znika nagle
życie zaczyna się nagle
życie kończy się nagle
zostaje miłość
Scena
II
Ktoś z ulicy 1:
Noc, dzień
noc, dzień
zapala się światło, gaśnie
zapala się światło, gaśnie
Ktoś z ulicy 2:
O czym ty mówisz?
Ktoś z ulicy 1:
Widzisz tych trzech?
Ktoś z ulicy 2:
Nie widzę.
Ktoś z ulicy 1:
No tych trzech. Wyglądają na to, że szukają drogi...
Ktoś z ulicy 2:
Tych trzech Cyganów?
Ktoś z ulicy 1:
Dla mnie oni wyglądają na królów...
Ktoś z ulicy 2:
Ja widzę trzech włóczęgów. Może zresztą nikogo nie widzę.
Ktoś z ulicy 1: Zapala się drucik, gaśnie
zapala się światło, gaśnie
noc, dzień, noc, dzień
zatrzymali się przy tej dziewczynie, co klęczy na Grodzkiej...
Ktoś z ulicy 2:
To jej prywatna sprawa, że klęczy...
Ktoś z ulicy 1:
Pytają ją może o drogę... śpieszą się gdzieś...
Ktoś z ulicy 2:
Kto?
Ktoś z ulicy 1:
No, ci trzej...
Ktoś z ulicy 2:
Widzę, że jeden z nich jest czarny. Murzyn.
Ktoś z ulicy 1:
No to jednak ich widzisz?
Ktoś z ulicy 2:
Kogo?
Ktoś z ulicy 1:
No, tych trzech...
Ktoś z ulicy 2:
Przysiądźmy lepiej... Kawa z widokiem na Rynek to jest to co
lubię. Jeden lubi patrzeć na step, drugi - na pełne, otwarte
morze, ja lubię patrzeć na Rynek.
Ktoś z ulicy 1:
Proszę, siadajmy...
Zapala się światło, gaśnie
zapala się światło, gaśnie
noc, dzień
noc, dzień...
Ktoś z ulicy 2:
Co tam mamrotasz pod nosem?... Poproszę dwie małe czarne. Dla
ciebie ze śmietanką czy bez?
Ktoś z ulicy 1:
Dla mnie ze śmietanką... Gdzie ci trzej podążają? Dokąd
idą?
Ktoś z ulicy 2:
Co tam znowu mruczysz?
Ktoś z ulicy 1:
Bardzo wczoraj pracowałem. Pies szczekał pod drzwiami. Co mnie
to obchodzi, pomyślałem. Ktoś z domowników zawołał z
głębi mieszkania - "stukają do drzwi". Otworzyłem.
Nikogo. Wyrwany jak ze snu, półprzytomnie patrzę - klatka
schodowa pusta. Wyszedłem na klatkę. Piętro niżej, na
schodach siedziała dziewczynka, dziecko. Nie widziała mnie.
Była bardzo smutna. Siedziała w kąciku na schodach, a chyba
starsza siostra dobijała się do pustego mieszkania
sąsiadów... Gdzie ci trzej podążają. Dokąd jadą?...
Ktoś z ulicy 2:
Ja ich nie widzę.
Ktoś z ulicy 1:
Jest ich trzech, rozpytują o drogę...
Ktoś z ulicy 2:
Ja potrzebuję coś swojskiego. A to trzej obcy. Jeden z nich
wygląda na Murzyna. Ten drugi to też jakiś przybłęda. Taką
twarz widziałem u tych co się wylewają z pociągów z
Siedmiogrodu. Zresztą oni wszyscy trzej są na pewno Cyganami.
Po prostu się włóczą.
Ktoś z ulicy 1:
Oni może pytają tylko o drogę. Jadą dalej.
Ktoś z ulicy 2:
Słuchaj, dlaczego ta młoda dziewczyna klęczy na Grodzkiej?
Idę Grodzką. O niczym nie myślę. To moja sprawa czy idę do
sklepu, do pracy czy do kościoła. W samo południe. To moja,
zupełnie moja prywatna sprawa, ja idę Grodzką, a ona przede
mną klęczy.
Ktoś z ulicy 1:
Tych trzech z dalekich krajów widziałem na Grodzkiej. Może z
nią rozmawiali?
Ktoś z ulicy 2:
Tych trzech Cyganów? Tych trzech włóczęgów?
Ktoś z ulicy 1:
Nie znali drogi. Pytali...
Ktoś z ulicy 2:
Dlaczego ta dziewczyna na Grodzkiej klęczy przede mną? Ja
jestem zupełnie prywatnym człowiekiem, a ktoś klęczy przede
mną... A jak ona zrozumie kim jestem, że jestem zupełnie
prywatną osobą, to jak się ona zachowa? Widzę w telewizji, co
potrafią zrobić ci, którym odbiera się wyobrażenie o
ludziach... Bądźmy dla siebie prywatnymi ludźmi. Ja z tą
dziewczyną co klęczy na Grodzkiej chciałbym porozmawiać,
zapytać czy widziała góry o wschodzie słońca. Przecież
teraz wszystko wolno. Wolno nawet patrzeć na góry i jeziora.
Ktoś z ulicy 1:
Ci trzej uparcie szukają drogi. Jadą daleko...
Ktoś z ulicy 2:
Ci Cyganie z Siedmiogrodu?
Ktoś z ulicy 1:
Może przejeżdżali przez Siedmiogród...
Ktoś z ulicy 2:
Turyści?
Ktoś z ulicy 1:
Jednak porzucili swoje domy i wybrali podróż. Wyglądają na
takich, którzy mieli wszystko. Rodzinę, pieniądze, spokój,
sławę... Swój kraj, swoich sąsiadów... może nawet
szczęście... a wybrali podróż.
Scena
III
(głos samotnego śpiewaka
- ściszony, przy akompaniamencie początek piosenki Bułata
Okudżawy "Dopóki ziemia kręci się"... głos wygasa)
Chór: Zapala
się światło, gaśnie
zapala się światło, gaśnie
na Grodzkiej dziewczyna klęczy przed tobą
Protagonista:
Jak ci nie wstyd, że ta dziewczyna klęczy przed Tobą jak przed
Panem Bogiem...
Antagonista:
Jak można uklęknąć przed człowiekiem. Klęczy się tylko
przed Bogiem.
Protagonista:
A jeżeli ona woła jak tylko potrafi "ratunku"
Antagonista:
A jeżeli ona nie chce walczyć...
Protagonista:
A jeżeli ona tylko potrafi dzisiaj. Dlaczego jej nie wierzyć?
Chór:
Rozmawiamy jak w banku, poruszamy się jak w banku, patrzymy jak
w banku
Antagonista:
Niech się nią zajmie państwo, opieka społeczna...
Głos z automatu:
Wrzuć monetę, wrzuć monetę, wrzuć monetę... tylko nasza
firma ubezpiecza spokój na całe życie.
Głos kobiety:
Jednemu dziecku z Siedmiogrodu daję banknot, natychmiast wyrasta
sfora dzieci z Siedmiogrodu
Głos z automatu:
coś za coś, coś za coś, wrzuć monetę
Głos kobiety:
To proszę pani jest nie-roo-związy-walne...
Głos mężczyzny:
Jestem za przywróceniem tabliczek "mieszkańcy tego domu
płacą regularnie na Caritas, żebrakom i obcym wstęp
wzbroniony" - tak jak było przed wojną.
Głos z automatu:
wrzuć monetę, wrzuć monetę, wrzuć monetę... u nas
ubezpieczysz się na całe życie.
Głos mężczyzny:
Jestem za tym, żeby karać (oklaski), niech parlament
przegłosuje, chcę spokojnie spać, od tego mam wybory.
Głos z automatu:
wrzuć monetę, wrzuć monetę, wrzuć monetę
Głos kobiety:
Proszę pani, to są rzeczy, powtarzam, nie-roo-związy-walne
Głos:
widziałam jak starszy mężczyzna uderzył samotne skulone
dziecko cygańskie przy Plantach pięścią w piersi...
Głos:
Postaliśmy, postaliśmy i poszliśmy...
Głos kobiety:
Powtarzam proszę pani, to są rzeczy nie-roo-związy-walne
Głos:
widziałem przy Mariackim jak jedna pani prosiła, aby żebraczka
weszła do przedsionka, bo było bardzo zimno, wiatr i deszcz na
zewnątrz
Chór: Zapala
się światło, gaśnie
zapala się światło, gaśnie
zapala się światło, gaśnie
Głos kobiety:
Powtarzam pani, chyba to są rzeczy nie-roz-wiązywal-ne
Chór: Jaki
jest sens naszego życia... kim jesteśmy?... jesteśmy
przeznaczeni do szczęścia (gwizdy, oklaski, takt muzyki
samotnego śpiewaka)
Głos starej kobiety:
zapala się drucik, gaśnie... przepalił się drucik syneczku,
wszystko zgasło... chciałabym umrzeć jak ten nasz organista,
trzydzieści sześć lat śpiewał w naszym kościele,
słyszałeś o nim, znaleziono go po nocy w zeszły piątek, tak
chciałabym odejść... nawet do apteki tak ciężko mi się
idzie o lasce, za tę maść na nogi zapłaciłam sto
dwadzieścia tysięcy, jak ja pójdę z tymi nogami po
receptę...
(głos samotnego śpiewaka - zakończenie piosenki Bułata
Okudżawy "Dopóki ziemia kręci się"... akcent pada na
słowa "i mnie w opiece swej miej")
Scena
IV
(scena rozgrywa się na
tle ludowej muzyki bałkańskiej)
Przybysz:
Proszę państwa, jestem przybyszem z daleka. Bardzo dziękuję
za przybycie na to spotkanie. Moja wioska już nie istnieje.
Żyję w wolnym kraju, ale jestem emigrantem. Mówię do
państwa, ale jako człowiek, który widzi się z wami może po
raz ostatni w życiu, bo w mojej wiosce jest wojna. Nie wiem,
zupełnie nie wiem... Kiedyś, kiedy byliśmy jeszcze jednym
krajem, uchodziłem za jednego z najlepszych ekspertów od tego
kraju... Jeżeli literatura polega na tym, że wyprzedza
przyszłość, to poniosłem w swoich napisanych i wydanych
książkach kompletną porażkę. Po prostu dzisiaj nic nie wiem.
Uciekłem ze swojej wioski, czy wyemigrowałem to jest
właściwie to samo... Choć żyję teraz w wolnym kraju, to
gdybyście mnie zapytali kim jestem, muszę odpowiedzieć, że
jestem emigrantem. Proszę mnie nie pytać o politykę,
porozmawiajmy o literaturze...
Głos: Czy
mógłby nam pan powiedzieć kim jest ten człowiek, który
przepędził takich jak pan z tej wioski? Widzimy go codziennie
prawie w naszej telewizji. Raczej w cywilnym ubraniu, na
konferencjach z politykami i dziennikarzami. Tydzień temu był w
mundurze wojskowym, ale to wyjątkowy przypadek...
Przybysz: On
jest w stanie wojny z moim narodem, więc jest moim wrogiem. Tam
w mojej wiosce giną ludzie, tam trwa wojna. A ja nie mogę o nim
mówić tylko źle. Mogę mówić to, co sam o nim wiem. Kiedy
byliśmy jeszcze jednym wielonarodowościowym państwem, byłem w
jury, które przyznało mu nagrodę za jego tom poezji. Więc
muszę powiedzieć, że jest niezłym poetą. Jest także
wziętym autorem książeczek dla dzieci.
Głos: Kim on
jest z zawodu zanim został politykiem?
Przybysz:
Jest psychiatrą. Zanim stał się politykiem był bardzo
popularnym psychiatrą. Zanim doszedł do władzy był także
biznesmenem. Tutaj nareszcie mogę powiedzieć coś niemiłego.
Był wplątany w jakieś ciemne kombinacje finansowe. Zrobił
fortunę na jakichś ciemnych interesach. Żartobliwie muszę
powiedzieć, że jest nazbyt wielostronny. Brakuje mu skupienia.
Dziękuję państwu za przybycie na spotkanie ze mną. (muzyka
nasila się i wycisza)
Scena V
Ktoś z ulicy 1:
Tym trzem będzie trudno wracać do swojego kraju.
Ktoś z ulicy 2:
Tym trzem Cyganom z Siedmiogrodu?
Ktoś z ulicy 1:
Widziałem taką scenę w telewizji. Młody człowiek opowiadał
o sobie. Mieszkał w górskiej wiosce. Jego ojciec i matka bardzo
dobrze żyli z sąsiadami. Jak zaczęła się wojna w ich wiosce,
ten najbliższy sąsiad, ponieważ był innej narodowości,
zamordował mu ojca. Siekierą. Ten młody człowiek z matką
kilka dni przeleżeli gdzieś w słomie w oborze, więc ich nie
znaleźli. Dom spalili. Jak zabijanie się skończyło wioska
przeszła w inne ręce. Żołnierze przyprowadzili tego sąsiada
i pytają matkę chłopaka "Zabił pani męża?", "zabił
mego męża" - odpowiada. "Mamy go na miejscu
rozstrzelać?" "nie" - odpowiedziała matka. "Nie
zabijajcie go, zabijanie nie daje życia. Potwierdziłoby tylko
śmierć mojego męża. Ta śmierć nigdy by się dla mnie nie
skończyła. Ani dla was, ani dla mojego syna. Ani dla nikogo.
Ani tym blisko, ani tym daleko. Jest wojna, ale nie zabijajcie
go. Ja mu przebaczyłam." Opowiadał to wszystko jej syn w
telewizji, że matka nauczyła go przebaczać. Właściwie chyba
go urodziła po raz drugi. W kompletnej ciemności, w kompletnym
zimnie, leżąc przez trzy dni i noce tam w słomie w oborze.
Ktoś z ulicy 2:
To taka anegdotka. Kto tego dziś słucha? Nie kompromituj się.
Ktoś z ulicy 1:
Ja myślę, że tym trzem będzie ciężko wracać. Zobaczyć
coś, co się w śmierci narodziło, to tak jakby umrzeć.
Ktoś z ulicy 2:
O czym ty opowiadasz?
Ktoś z ulicy 1:
O narodzinach.
Ktoś z ulicy 2:
Jakich narodzinach?
Ktoś z ulicy 1:
No wiesz, kompletna ciemność, ból nie do wytrzymania, nie do
zniesienia. I ta radosna wiadomość - ktoś się rodzi. Zaraz
otworzy oczy, zaraz światło zobaczy. Powietrze. Matkę. Dom.
Chmury. Świat.
Ktoś z ulicy 2:
Ja tego nie pamiętam. Wątpię, czy to widziałem. W końcu...
to bardzo prywatny fakt, że się narodziłeś. To twoja sprawa,
że żyjesz. Pstryk. Trzeba ci zrobić zdjęcie do albumu
rodzinnego. Przynieść prezent szczęśliwej matce i uradowanemu
ojcu. Natychmiast magazyny pracują całą parą: kup u nas,
wybierz ten prezent... czekoladki, misie, butelka wina. No, po
prostu feta, bal, szampańska zabawa... święta, święta...
Ktoś z ulicy 1:
A ja myślę, że tym trzem jeszcze trudniej będzie się
wracało. Wracają przecież do swojego kraju, do rodziny. Co im
powiedzą? Jak powrócą do swoich codziennych zajęć? Przecież
wyjeżdżając każdy z nich miał ułożone życie. Wszystko
było jak w komputerze. Praca, zabawa, odpoczynek. Byli nawet w
tym może szczęśliwi. A teraz wracają tą samą drogą, a
wszystko kompletnie inne. Niby wszystko jest takie samo, ale
zupełnie inne, wręcz obce. Bo oto widzieli kobietę, która
przebaczyła zabójcy swego męża. Nie poddała się śmierci. W
imię syna, nas, bliskich, dalekich - przebaczyła. Śmierć i
narodziny. Co ci trzej powiedzą jak wrócą?
Ktoś z ulicy 2:
Że są prywatnymi ludźmi. Co widzieli, to wiedzieli, ale
widzieli prywatnie. Na swój prywatny użytek i nie każdego to
interesuje.
Scena
VI
Narrator:
Zdravko. Ścieżkę może wyprostować tylko cisza. Góry,
doliny, kręte drogi, zawiłości i to, co Ty i Twoi przeżyli. O
czym się nie da nawet pomyśleć, wyobrazić. To, co się
ogląda w telewizji jest jakby opakowaniem. Widać obrazki, nie
widać środka. Opakowanie. Jak wszystkie opakowania. Bez
różnicy, co w środku. Co w środku powie cisza. Jeżeli powie.
Wierzę, że mówi.
lecą wióry z pagórków
czarne dziury z dolin
prostujemy ścieżkę
a prostata boli
To jest wieczór. Naprawdę rozmawia się późną nocą. Jak
ochłoną te ulice, rozgrzane domy od obrazków z telewizji. Jak
przygasną biura i fabryki, pójdą spać gazety, obudzą się
książki, lampki na nocnych stolikach. Ustoi się dzień jak
wzburzona woda i stanie się taki przezroczysty, że widać
będzie jego czyste dno. Na razie wieczór... idę oglądać
wieczorny dziennik telewizyjny...
Scena
VII
(scena rozgrywa się na
tle muzyki cerkiewnej, ale nie artystycznej, wysmakowanej. Jak
śpiewają ludzie, którzy przychodzą zwyczajnie do cerkwi)
cudze oczy są w tobie
nie uciekniesz przed nimi
spadają listopadowe liście
cudze wyciągnięte ręce
nie, nikt cię nie dotyka
ani w górach Kaukazu
ani na przedmieściach
nie twojego Sarajewa
dotyka cię tylko twoje serce
ledwie wyczuwalny puls
i cisza co jak potok spada
na twe serce wszędzie
(nasila się śpiew
cerkiewny pomieszanych głosów ludzkich i gaśnie w
przestrzeniach nocy)
Scena
VIII
Narrator: Noc
dzisiaj nie daje mi spokoju. Patrzę na ciemne okno. Jest cicho.
Ale ta cisza nocnego miasta za oknem - nie jest ciszą we
mnie...
Na moim stole leży kolorowe pismo. Na okładce dziecko przy
zapalonej świecy patrzy. Ten jego wzrok. Jego oczy mnie
onieśmielają. To dziecko z okładki jakby widzi wszystko z
góry. Trochę nieufnie patrzy, ale patrzy spokojnie...
Chciałbym też zapalić - jak ono - świecę w tę noc...
Spadają ze skalnych
pagórków
strumieni czyste nurty
są jak majowe deszcze
jak czyste pocałunki
Jak pomóc? Nie wiem, nie wiem
a wciąż o tobie myślę
i z Medjugorie płyną
dla wszystkich wody czyste
Te góry są zmęczone
tak jak zmęczony człowiek
niech płyną czyste wody
i dotkną naszych powiek
Choć zimno, chociaż deszcze
choć świata wciąż nie widać
będziemy ciągle wstawać
będziemy wciąż się witać
grudzień
1994

|