Wydawnictwo Pogranicze zorganizowało cykl spotkań z Grigorijem Kanowiczem.
Spotkania odbyły się:
Lublin, 14 grudnia 2001r. (piątek) godz. 19.30 w Akademickim Centrum
Kultury "Chatka Żaka" ul.J.Radziszewskiego 16.
Spotkanie to organizowane jest w ramach III Międzynarodowych Dni Flmu
Dokumentalnego "Rozstaj Europy"; Warszawa, 17 grudnia 2001r.(poniedziałek) godz. 12.00 w salonie PEN - Clubu
ul. Krakowskie Przedmieście 87/89;
Warszawa, 17 grudnia 2001r.(poniedziałek) godz. 17.00 w Żydowskim
Instytucie Historycznym ul. Tłomackie 3/5;
Kraków, 18 grudnia 2001r. (wtorek) godz. 18.00 w Klezmer-Hoise ul. Szeroka 6;
Białystok, 19 grudnia 2001r. (środa) godz. 18.00 w Centrum Kultury
Prawosławnej ul.Św. Mikołaja 5;
Sejny, 20 grudnia 2001r. (czwartek) godz. 17.00 w "Białej
Synagodze" w Ośrodku "Pogranicze - sztuk, kultur, narodów"
Fotografie ze spotkania w Sejnach.
Kanowicz w Białymstoku
Dziwili się wszyscy: dlaczego stary, mądry Żyd, pisarz, od półwiecza żyjący na Litwie, gdy ta odzyskuje niepodległość - wyjeżdża do Izraela?
- Bo prawdziwy pisarz jest zawsze na emigracji - tak mówił o sobie wczoraj w białostockim Centrum Kultury Prawosławnej Grigorij Kanowicz, znakomity pisarz, poeta, autor słynnych "Świec na wietrze". Osiadły od sześciu lat w Izraelu, przyjechał na zaproszenie sejneńskiego Wydawnictwa Pogranicze z okazji wydania swej najnowszej książki pt. "Nie odwracaj twarzy od śmierci"
Jednak o tej książce Kanowicz nie opowiadał. Mówił o sobie, o literaturze i o czasach, gdy mieszkał w Wilnie. Również o Polsce, którą odwiedza po raz piąty.
- Kocham ten kraj. Przyjeżdżam tu z miłości. I nie są to puste słowa. Kilkadziesiąt lat temu Polska była dla mnie okienkiem do Europy. To, czego nie mogłem przeczytać po rosyjsku - bo wydanie czegoś nieprawomyślnego, jak choćby "Komu bije dzwon", było zabronione - czytałem po polsku. Potem już czytałem Mickiewicza w oryginale. Języka nauczyłem się sam - wstyd się teraz przyznać - ale na "Trybunie Ludu". Nie było innej gazety - mówił z humorem Kanowicz.
Swoje książki napisał po rosyjsku. Bo w języku swoich ojców nie mógł - takich książek nikt wydawać nie chciał.
- Rosłem w państwie, gdzie żydostwo autentyczne było zabronione. Stałem przed dylematem - pisać po litewsku? Rosyjsku? Czy do szuflady? - mówił wczoraj Kanowicz. Jego sagi o życiu Żydów, zamieszkujących kiedyś wsie i miasteczka Wielkiego Księstwa Litewskiego - pełne smutku, ale i pogody - krytykom przypominają twórczość Juliana Stryjkowskiego. Takie porównanie padło też wczoraj.
- Podobny do Stryjkowskiego? To dla mnie wielki komplement - odparł Kanowicz. W jego książkach powracają wątki autobiograficzne. Jak choćby motyw krawca.
- Mój ojciec był krawcem. Bardzo pięknym człowiekiem. Szył dla Polaków, Żydów, Litwinów. Całym światem była dla niego igła. Chciał, bym został adwokatem lub doktorem. O pisarzach miał kiepskie zdanie. Krzyczał: "pisanie to nie żydowskie zajęcie, pisarze w więzieniach siedzą". Ale ja zostałem pisarzem.
Monika Żmijewska
"Gazeta w Białymstoku", 20.12.01
Ptaki
Wydawałoby się, że już nie powstają takie powieści, bo nie ma ich komu ani zwłaszcza dla kogo pisać – przynajmniej zdaniem tych wszystkich, którzy już uśmiercili druk, książkę i literaturę. Powieści głęboko mądre, nastrojowe, piękne. Które należy czytać powoli, z przerwami, żeby wywołana myśl obrosła w refleksje oraz żeby nastrój nie zagubił się w pośpiechu.
Jednakże prawda jest inna: powstają lub mogą powstawać – a jeśli mogą, to przecież powstają – więc cały ten krzyk na temat zagłady pisma i literatury jest tylko hałasem. Niech za argument posłuży właśnie u nas wydana powieść Grigorija Kanowicza Nie odwracaj twarzy od śmierci. Wprawdzie napisana została dziesięć lat temu, ale to nie jest epoka zamierzchła.
Kanowicz przekroczył siedemdziesiątkę i od kilku lat mieszka w Izraelu. Powieści zawsze pisał po rosyjsku, sztuki sceniczne po litewsku, a jak to jest teraz – trudno powiedzieć. To wspaniały pisarz; nie sposób zapomnieć dawniejszych powieści, Świece na wietrze oraz Łzy i modlitwy głupców, ale ta najnowsza też jest doskonała. Zwykle porównuje się go do Singera, chociaż bardziej zestawialna byłaby zapewne proza Johannesa Bobrowskiego oraz Izaaka Babla, ale bez przesady: Kanowicz to Kanowicz.
Tę jego najnowszą powieść wydała Fundacja "Pogranicze", zlokalizowana w Sejnach – aranżując też przyjazd autora w grudniu 2001. Tekst znakomicie przełożył z rosyjskiego Aleksander Bogdański, a próg translacyjnych trudności był bardzo wysoki. Szkoda natomiast, że w korekcie nie wyłapano "literówek" – jest ich stanowczo za dużo.
Konstrukcja powieści, złożonej z mniej lub bardziej autonomicznych nowel, przypomina spiralę. Każda z tych nowel skupia się wokół jednej osoby i po części nakłada na nowelę poprzednią, a po części nie. W ten sposób tworzy się spiralny łańcuch narracyjny, w którym opowieść pierwsza oraz opowieść ostatnia odnoszą się do tej samej osoby; to matka rodziny Dudaków, Danuta-Hadassa.
Byłoby to więc poniekąd rondo, ale sytuacja początkowa oraz sytuacja finalna nie są zlokalizowane w tym samym czasie. Poszczególne nowele nie naruszają reguł sekwencyjności: wszystko "dzieje się" po kolei, jakkolwiek w tempie mocno zwolnionym. To wrażenie następstwa i jednolitości podkreśla też autorska narracja – mimo osobowego oznakowania wszystkich nowel żadna z postaci narratorem nie jest. Najwyżej czasem "użycza" swoich opinii.
Miejsce i czas akcji są dokładnie określone. Oto litewskie miasteczko Miszkine, blisko granicy sowieckiej, gdzie żyją razem Litwini, Żydzi, Polacy i jeszcze Rosjanie. Okres zaś jest wyjątkowo niespokojny, właśnie bowiem kończy się niepodległość Litwy, a zaczyna inkorporacja do ZSRR – ze wszystkimi sowieckimi konsekwencjami. Jednocześnie czuje się już bliskość nadchodzącej wojny.
Ale ważniejsza od tych realnych odniesień wydaje się częściowa lokalizacja zdarzeń na cmentarzu – to u Kanowicza stały wątek sytuacyjny – czyli w mieście snu. W domu grabarza miały kiedyś miejsce narodziny, na cmentarzu Jakub Dudak kopie nowe groby, więc łączy się tu początek oraz kres życia, i to polaryzuje emocje, jak też porządkuje oceny. Nie ma mianowicie wątpliwości, że życie jest egzystencją między tym początkiem i tym kresem.
Może to i zgrzebne, ale ważne spostrzeżenie. Bowiem tak naprawdę Nie odwracaj twarzy od śmierci jest uniwersalną przypowieścią o tej egzystencji właśnie, pojmowanej jako trwanie. Oraz o porządku owego trwania.
W świecie Kanowicza nic nikomu nie udaje się do końca; zarazem nie wszystko jest klęską. Wartość samą w sobie stanowi właśnie trwanie, codzienność, egzystencja w warunkach takich, jakie są. Trudnych, ponieważ świat nie jest przyjazny, ale też innych warunków nie ma.
Wszyscy mają jakieś nadzieje. Jedni liczą na Stalina, inni na Hitlera, i oczywiście jest to alternatywa ponura. Byłych prominentów, szaulisów, zresztą posiadaczy czegokolwiek, sowieccy funkcjonariusze wywożą na Sybir, lecz przecież wiadomo, że wkrótce, zaraz po wkroczeniu Niemców, zacznie się wywózka innych, w innym kierunku. Wychodzi więc na to, że można jedynie trwać – być ptakiem z jednym tylko piórem, który chociaż jest, nigdzie odlecieć ani uciec nie potrafi.
Tak właśnie trwa matka rodu Danuta-Hadassa Dudak, Polka, która całe życie przeżyła jako Żydówka; ponieważ potrafi przewidywać przyszłość, niczego już od tej przyszłości nie oczekuje. Trwa też ojciec kolejnej rodziny, stary krawiec Gedali Bankweczer, szanując jedyne co naprawdę ma: właśnie egzystencję.
Innym marzą się wprawdzie zmiany, wyjazdy, ucieczki, jednak realne tylko w wyobraźni. Nie wyjedzie zapewne do Palestyny syjonista Eliszeba, jej siostra Rejzł nie urodzi żywego synka, a szwagier Aron, enkawudzista, nie potrafi zbawić rewolucją świata. Bo dla nikogo ten świat nie jest łaskawy ani przyjazny: oferuje mniej niż mało, nic na zawsze. I akceptowany lub nie, inny nie będzie.
Tę mroczną sugestię formułuje Kanowicz bez rozgoryczenia jednak, bo wychodzi na to, że tak musi być, więc rozpacz nie miałaby sensu. Życie, chociaż generalnie smutne, nie jest wszak wyzute z momentów zabawnych ani z chwil radosnych, trzeba je tylko dostrzegać i cenić. Żyjąc w jakiej takiej zgodzie ze zgrzebną codziennością, bo taka jest powinność każdego człowieka. Co czasem historia umożliwia, a znów innym razem (jeśli ma się pecha) – nie. Ale z historią wygrać nie można.
Ta prawda: czas historyczny, w którym autor usytuował akcję swojej powieści, wydaje się dzisiaj czasem bardzo złym. Każdy ma nadzieję, że niepowtarzalnym. Ale tego nigdy nie wiadomo do końca.
Tym bardziej zatem autorska refleksja nad kondycją ludzkiej egzystencji – niekiedy smutna, a znów chwilami zabawna – nie jest przypisana ściśle do żadnego czasu ani do żadnego miejsca. Wystarczy pozmieniać kostiumy oraz dekoracje. Można z Kanowiczem zgadzać się lub nie, ewentualnie można częściowo, natomiast tę mądrą i piękną powieść na pewno przeczytać trzeba. Takich bowiem nie wydaje się codziennie.
Jacek Wojciechowski
"NOWE KSIĄŻKI 1/2002"
Danuta-Hadassa
– Boże, Boże!... Jeżeli już nie mogłeś ofiarować
słudze swojemu Szachnie Dudakowi szczęśliwego życia, ześlij mu przynajmniej
lekką śmierć, o Panie!...
Wargi jej dygotały i chcąc uspokoić to drżenie, zagryzała
je starymi, wysłużonymi zębami.
W domu, poza umierającym, harcującymi bezczelnie myszami i
Bogiem, nie było nikogo. Bóg i myszy sprawiały, iż dom nie wydawał się
taki ciasny i nieprzytulny. Kiedy człowiek zwraca się do Najwyższego, zawsze
rozszerza to i ściany, i duszę.
Danuta wpatrywała się uporczywie w ciemność suchymi,
pozbawionymi łez oczami, czując, jak dyszące obok nieszczęście wzmaga ich
czujność, i wsłuchiwała się w jęki Szachny.
Nie były to nawet jęki, ale krótkie, jakby mściwe
westchnienia, powtarzające się w równych odstępach czasu, które nie trwały
długo, może minutę, może dwie; przy łóżku umierającego ziemski czas spłaszcza
się, zacieśnia się, a potem, przed samym końcem, rozpada się, kruszy,
dzieli na oddzielne, niepowiązane ze sobą strzępy, dlatego Danuta nawet się
nie zastanawiała, czy w tej chwili jest dzień, czy noc.
Wiedziała jedno: nadszedł czas śmierci.
Chwilami, kiedy myszy przestawały chrobotać w ciemności,
kiedy nieubłagany Bóg odwracał od niej i od Szachny swoje wszechwidzące oczy
– jako iż one też muszą odpocząć – Danuta przyłapywała się
na dziwacznej i męczącej myśli, że w ciągu jej życia – czy to w
okresie panieństwa, czy już jako dorosłej kobiety – CZASU ŻYCIA nie było
wcale, był tylko długi, rozciągnięty na dziesięciolecia CZAS ŚMIERCI.
Przez siedemdziesiąt lat Danuta nie żyła, lecz umierała: najpierw u ciotki
Stefanii w Smorgoniach, potem pod słomianą strzechą teścia – starego
Efraima, który przygarnął ją razem z małym Jakubem – w opustoszałym
domu, po którym hulały nieszczęścia, gdzie po raz pierwszy ujrzała tego, który
leży teraz zabalsamowany przez mrok na dębowym łóżku i czeka, kiedy Bóg
ulituje się nad nim i w imię sprawiedliwości, w ciągu krótkiego zaledwie
mgnienia, położy kres jego męczarniom.
I właśnie o niej, o tej sprawiedliwości, trwającej jedno
mgnienie, myślała Danuta, wpatrując się w ciemność czarną jak smutek, i w
duchu użalała się, iż Bóg zwleka, odsuwa swoją ostatnią łaskę nie tylko
od umierającego Szachny, ale i od niej, przesyconej, jak powiedziane jest w Piśmie
Świętym, dniami żywota. To nie bagatelka – ma za sobą siedemdziesiąt
lat! I spośród owych lat niemal czterdzieści przeżyła na cmentarzu: ani
Polka, ani Żydówka, ani żona, ani wdowa, która porodziła dwóch synów od
dwóch braci.
Niewidoczny, zlewający się z ciemnością Szachna od czasu
do czasu wzdychał w ciszy, i od tych westchnień, od tego bolesnego zdumienia
cisza wydawała swąd niczym niedogaszone ognisko. I można się było nią
zaczadzić; Danucie kręciło się w głowie, a może te zawroty powodowała
bliskość śmierci; wspomnienia napływające jak obłoki w czas po
łudnia otulały ją, oblepiały; i jedynie one, te wspomnienia, różniły ją,
czuwającą, od niego, umierającego, obdarzały wieczór lub dwa jakimś ułudnym
życiem; Danuta przypominała sobie wszystko: i niemające kresu drogi, które
bez ustanku przemierzali tryskającym energią, szaleńczo żywotnym Ezrą, i
wileński szpital żydowski, gdzie Ezra, jej pierwszy mąż, umierał na galopujące
suchoty i wydział żandarmerii, w którym przed utratą rozumu służył
Szachna, jej drugi mąż, ten sam, który w tej chwili leży w ciemności i o
nic nie prosi, nawet o krótką, niby mgnienie oka chwilę sprawiedliwości.
Danuta patrzyła na niego niewidocznego, rozpływającego się
w mroku, a serce jej toczyła jakaś uparta, tępa zawiść: jeszcze dzień,
jeszcze noc i skończą się męczarnie Szachny; miłosierna ziemia przyjmie go
w swoje objęcia, nie pytając o nic: cóż to dla niej za różnica, kim był:
człowiekiem pobożnym czy grzesznikiem, strażnikiem więziennym, chrześcijaninem
czy izraelitą, mędrcem czy człowiekiem wyzutym z rozumu.
Jeszcze noc, jeszcze dzień i Szachna, jej drugi mąż,
ojciec Arona, pochwyci wreszcie motyla, na którego bezustannie polował przez
całe swoje nieszczęsne życie.
Przez krótką chwilę, w której Bóg daje nam poznać swoją
sprawiedliwość, Danucie wydawało się, że ten motyl rzeczywiście fruwa nad
nieruchomym, omywanym przez mgłę jak przez wodę, którą myje się zmarłych
przed pochówkiem, Szachną, drażni go i denerwuje. Wystarczy, żebym wyciągnęła
rękę, a motyl zatrzepocze w moich dłoniach; posadzę go umierającemu na
czole i na Szachnę spłynie wreszcie błogość i ukojenie; jego dusza, zanim
uleci w niebiosa do promienistego pałacu Boga, uspokoi się, a on wytchnie ją
z siebie cicho i radośnie.
Danuta miała ochotę zawołać: „Spójrz! Twój motyl!
Spójrz!” Ale słowa rozkruszyły się jej w gardle. Szachna jeszcze sobie
pomyśli, że naigrawa się z niego, że wypomina mu jego obłęd, z którego
nie potrafi uleczyć ani miłość, ani śmierć.
Miłości Szachna już nie potrzebował, a na śmierć czekał
z pełną pokory niecierpliwością, urażony, że ta, zamiast skończyć z nim
jednym muśnięciem jego bezsilnego ciała, zagasłych oczu napełnionych już
nie spojrzeniem, lecz szarym jak z pieca popiołem, urządza sobie długą,
niepojętą zabawę. Śmierć, jak na złość, nie śpieszyła się, jakby
pragnąc udowodnić, że nie jest posługaczką, lecz prawdziwą panią, nie jakąś
nędzną dziadówką, lecz groźną łowczynią. Śmierć łaknęła walki, a
nie daniny.
Szachna wzdychał. Jego westchnienia przeplatały się to z
kaszlem, to z chrypieniem, i wówczas Danuta podrywała się i z lękiem przykładała
ucho do jego piersi.
Całymi dniami, od świtu do wieczora, przesiadywała przy łóżku,
łowiąc każdy dźwięk, każdą prośbę Szachny, jego najlżejszy ruch.
Najgorzej było w ciągu jasnego dnia, kiedy słońce oświetlało wymizerowaną
twarz umierającego, jego wielkie, uspokojone teraz dłonie skrzyżowane na
zapadłej, niczym nie okrytej piersi, jego opadłe na czoło włosy, w których
nie było nawet jednej siwej nitki. Nie pozwalał się czesać, jakby dotyk
grzebienia mógł mu sprawić nieznośny ból.
Lżej Danucie bywało w nocy. W nocy ciemność skrywała dębowe
łóżko, twarz Szachny, nie uprzątnięty pokój i kamienie nagrobne, które
niczym tłum napierających, muskularnych chłopów podchodziły do samego okna.
W nocy, z cmentarza do domu napływał chłód przesiąknięty
wonią przywiędłych traw, sosnowego igliwia i koziego mleka (nie zważając na
protesty Danuty, Jakub za przykładem dziadka Efraima hodował kozę; sam ją
doił, na wiosnę strzygł, a w zimie zapędzał do sieni, gdzie pobekiwała żałośnie).
Wdychając cmentarne powietrze, Danuta bez skrupułów zamykała czujne oczy, które
nie tyle śledziły tlące się jeszcze życie Szachny, co starały się nie
przeoczyć chwili, w której nadejdzie śmierć, zasypiała na kilka chwil,
zapadała w słodkie, niedające się niczym porównać zapomnienie, po to, by
natychmiast obudzić się z krzykiem. Krótki, niespokojny sen nie przynosił
ulgi; był to sen pozbawiony majaków, widziadeł. A sen bez snów to tyle samo,
co wyrąbana leśna gęstwina – ani świergotu ptaków, ani porykiwań
zwierzyny. Danuta z jakimś cierpiętniczym uporem czekała nie na sny niosące
spokój i wytchnienie, lecz na takie, które by przywracały pokusy i grzechy młodości.
Może właśnie dlatego, jak przed czterdziestu laty, nosiła dziwaczny kapelusz
z piórem – ten sam, w którym po raz pierwszy zjawiła się w domu
kamieniarza Efraima Dudaka. W miasteczku ludzie nie mogli się nadziwić: po co
staruszce taka wieża na głowie?
Długie, jaskrawo kolorowe pióro nęciło miasteczkowych łobuziaków.
Czatowali na Danutę, kiedy wychodziła z kościoła i radośnie strzelali do
rozłożonego jak wachlarz celu ze swoich bezlitosnych proc. Danuta wpadała we
wściekłość, rzucała się na nich niczym kwoka na wrony-złodziejki, łase
na cudzy pokarm, próbowała chwycić sprawców za kark i, unosząc perkalową
spódnicę, pokazywała prześladowcom swój wychudzony tyłek.
Pewnego razu jej starszy syn Jakub, rozwścieczony kpinkami
bezwstydnych zbytników, wsunął kapelusz matki za pazuchę, chwycił łopatę
i ruszył w stronę muru cmentarnego, pod którym zazwyczaj grzebano obłąkanych
i samobójców.
Jakub niewątpliwie zakopałby niezwykłe matczyne nakrycie głowy,
ale Danuta zaczęła coś podejrzewać i wiedziona ciekawością, skierowała się
w stronę ogrodzenia.
– Jakub? – zapytała podchodząc. – Co ty
tam chowasz?
Danuta nie mogła sobie nawet wyobrazić, że Jakub –
to jagniątko, ta chodząca dobroć, ten anioł w ludzkim ciele, może zakopać
coś, co wiązało ją nie tylko z pierwszą miłością, która dawno
przeszumiała, ale i z jej szlacheckim pochodzeniem. Przecież ten kapelusz
ofiarowała Danucie, gdy stała się pełnoletnia, jaśnie wielmożna ciotka
Stefania.
– Nic – odparł Jakub, purpurowiejąc.
– A mnie się wydaje, że masz zamiar pogrzebać tam
prawdę.
Słowa matki wypowiedziane ni to z wyrzutem, ni to z pogróżką,
a zwłaszcza jej spojrzenie, które jak mała żmijka ześliznęło się po jej
wzdętej koszuli z grubego płótna, wprawiły Jakuba w zakłopotanie. Bo
istotnie, nigdy dotąd jej nie okłamywał. Nie grzebał prawdy.
– Wybacz – powiedział i wyciągnął zza pazuchy
maminy skarb.
– Dziękuję – powiedziała Danuta. – Kiedy
umrę, zakopiesz nas razem – wygładziła kapelusz, końcami palców pogłaskała
pióro.
Żydzi z miasteczka, którzy nie bardzo lubili Danutę i
trochę się jej obawiali, wierzyli, iż jej kapelusz nie jest ot, taki sobie,
zwyczajny, ale zaczarowany – inaczej przecież nie nosiłaby go przez tyle
lat. Ich wiara umocniła się, kiedy się przekonali, że Danuta posiada dar
przepowiadania wszelkich nieszczęść i klęsk. Przepowiedziała na przykład
śmierć żony burmistrza Tarajły, chociaż ta właściwie na nic nie chorowała;
wyprorokowała również, że w Niemnie utopi się młodszy syn właściciela
fabryki mebli Bruchisa, Celik. Młody Bruchis zachłysnął się: skakał i
skakał z pomostu do wody, aż za którymś razem więcej się nie wynurzył.
Ale najbardziej zdumiewające proroctwo Danuty dotyczyło
Polski. Jeszcze na długo przedtem, zanim wojska niemieckie przekroczyły polską
granicę, przepowiedziała, że w pierwszych dniach jesieni pomiędzy Niemcami a
Polakami wybuchnie wojna na śmierć i życie, i że Niemcy szybko odniosą
zwycięstwo. Nikt nie chciał w to wierzyć, wszyscy opędzali się od tych
przepowiedni – że niby co innego śmierć żony burmistrza Tarajły, a co
innego – los Polski, lecz stało się właśnie tak, jak Danuta
przepowiedziała. Do miasteczka zaczęli napływać uciekinierzy z Polski;
opowiadali nieprawdopodobne rzeczy o tym, jak czołgi miażdżyły gąsienicami
dzieci; o tym, jak bohatersko umierali polscy żołnierze; jak płonęła
Warszawa – dym było widać aż w Łodzi; jak w jedno miejsce spędzono
wszystkich Żydów, od dzieci po starców, i jak im przyczepiano na plecach
znamię hańby – żółte łaty.
– A co z nami? Co będzie z nami, Hadasso? – pytał
ktoś Danuty, jakiś ciekawski rymarz czy cyrulik.
– Was też wszystkich spędzą – odpowiadała
Hadassa. Bo tak, na żydowską modłę, przeinaczono w miasteczku jej chrześcijańskie
imię.
W przepowiednie Danuty wierzyli wszyscy poza jej młodszym
synem Aronem.
Wiara to opium dla narodu – mawiał.
Ale mało kto go słuchał, jako że nikt – włącznie
z nim samym – nie miał pojęcia, co to takiego opium.
Kiedy nadeszła wieść o kapitulacji Polski, Danuta zamknęła
się na klucz i przez dwa tygodnie nie wychodziła z domu, siedziała przy
oknie, rozmazując po twarzy wielkie patriotyczne łzy. Pod koniec drugiego
tygodnia wdziała czarną sukienkę, czarne pantofle, przyszpiliła do kapelusza
czarną żałobną kokardę i wyruszyła do kościoła, by pomodlić się za
poległych i wziętych do niewoli rodaków. Stała koło ambony i szeptała żarliwie
jakieś słowa bez związku, które przypominały ni to płacz, ni to zaklęcia.
Prosiła Świętego Kazimierza, orędownika Litwy i Polski, żeby ulitował się
nad jej nieszczęsną ojczyzną, obdarzył ją wytrwałością i męstwem, i
surowo pokarał butnych Niemców.
Po wyjściu z kościoła nie udała się do domu, ale skręciła
w zaułek, do synagogi rzeźników. Wpatrzona w Arkę Przymierza dalej zanosiła
gorące błagania do tegoż Świętego Kazimierza. Rabbi Hilel, którego
wyczulone ucho natychmiast wyłowiło z pienistego potoku modlitwy nieżydowskie
imię, nie przerywał jej: niech się modli do Kazimierza, niech się modli do
Jahwe – czy to ważne, do kogo; nieszczęść na świecie jest mnóstwo, a
bogów można policzyć na palcach.
Rabbi Hilel wiedział, że Danuta chodzi do dwóch świątyń
w miasteczku. I nie miał jej tego za złe, nie wyganiał jej. Może dlatego, że
odrobinę obawiał się jej czarów, a może dlatego, że prawdziwie ją szanował:
no bo jak się tak dobrze zastanowić, Danuta-Hadassa warta jest dwóch Żydówek.
Nie potępiał jej również ksiądz Wajtkus. Czasami spoglądając
spod swoich krzaczastych brwi, na oczach wszystkich zgromadzonych w kościele
wiernych czynił znak krzyża świętego nad jej osobliwym, nieśmiertelnym
kapeluszem.
Właśnie w nim, w tym oszałamiającym, zaczarowanym
kapeluszu, Danuta przez całe dni i noce przesiadywała przy łożu umierającego
Szachny, jakby wojownicze pióro mogło w nim jeszcze rozniecić chęć życia,
wzmóc jego opór w obliczu nieuniknionej śmierci. Danuta-Hadassa nie chciała,
żeby Szachna umierał, chociaż rozumiała, że to jest dla niego jedynym
wybawieniem od samotności, od szaleństwa, od niechęci ludzi nawet najbliższych.
Myślała, że i tak Jakub niebawem wyciosze na jednym z
kamieni jego imię. A potem, tą samą silną i bezlitosną ręką, również
imię jej, grzesznej. Czy dzieci znają jej polskie nazwisko? Na pewno nie słyszały
go. Trzeba uprzedzić Jakuba, żeby na jej nagrobku wyrył nie D U D A K, ale S
K U J B Y S Z E W S K A. Bo ona jest Skuj-by-szew-ska!... Nazwisko Dudak nadaje
się jedynie dla motłochu, dla pospólstwa, ale nie dla potomków szlachty! Boże,
jak bardzo pragnie, żeby pochowano ją nie na obcej ziemi; Litwa, choć taka
dla niej dobra, mimo wszystko jest obca – lecz w ojczyźnie, to znaczy w
Polsce! O ile przyjemniej jest leżeć wśród swoich niż wśród obcych! W
rodzinnej ziemi nawet kości wolniej butwieją!
Kiedy Szachna umrze, Danuta-Hadassa zamówi mszę w kościele,
a potem pomodli się za spokój jego duszy w synagodze rzeźników. Rabbi Hilel
jest jej krajanem. Pochodzi z Lidy. Czasami rozmawia z nim po polsku i – o
rozkoszy! – deklamuje mu wyuczone w młodości na pamięć wiersze Słowackiego
albo Mickiewicza:
Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie...
Jak zdrowie? Jak kara boska!...
Siedzisz przy łóżku umierającego Szachny, a przed tobą w
dziwnym korowodzie przesuwa się wszystko, co minęło, przepływają twarze
ludzi, którzy dawno spoczęli w Bogu: chudego jak tyczka Awnera – żebraka,
który żebrał o wspomnienia, listonosza – podoficera policji Ardaliona
Ignatiewicza Niestierowicza, który nie doczekał się powrotu syna znad
perskiej granicy, teścia-olbrzyma Efraima Dudaka, oraz tych, którzy żyją do
dzisiaj: najlepszego z najlepszych rabbiego Hilela i sklepikarza Chaskiela
Bregmana, zwanego „Żydowskie wiadomości”, swojaka Gedalego
Bankweczera, najlepszego krawca na całej Żmudzi, i bałaguły Pejsacha
Hurwicza, którego konie są mądrzejsze niż ich właściciel; przed oczyma
Danuty przemykali również możni tego świata – Daladier, Chamberlain,
Hitler i Stalin, Rydz-Śmigły i prezydent Litwy Smetona; oni też byli mieszkańcami
miasteczka. Młodszy syn Aron wycinał ich zdjęcia z kowieńskiej gazety żydowskiej,
układał je w stosik, tasował i grał ze swoim przyjacielem piekarzem, Berlem
Fajnem, w jakąś przedziwną, jedynie dla nich zrozumiałą grę, w której
Stalin był zawsze czymś w rodzaju atutu i bez trudu mógł przebić i
Chamberlaina, i Daladiera, i Hitlera, nie mówiąc już o prezydencie Litwy
Smetonie.
Korowód ustawicznie się zmieniał: włączały się do
niego wciąż nowe i nowe postacie – właściciel fabryki mebli Baruch
Bruchis, w którego domu Danuta była przez jakiś czas służącą, i
dobroduszne niedźwiedzisko policjant Tamulis ze swoją odwieczną towarzyszką
– ćwiarteczką monopolowej wódki, którą nieraz osuszał wśród żydowskich
nagrobków. Czasami policjant po bratersku trącał się z nimi, głośno
wykrzykując czyjeś nazwisko: Sagałowski! Łantuch! Ajzykowicz!
Wszyscy oni wyłaniali się z ciemności bez jej woli,
bezcieleśni, bezgłośni niczym obłoki; z nimi Danucie szybciej upływał
czas; noc mijała niepostrzeżenie, nie pozostawiając po sobie ani uczucia
przygnębienia, ani goryczy, czasami przynosząc nawet niezasłużoną ulgę.
Danuta-Hadassa nie miała wątpliwości, że te majaki, to
pomieszanie nazw i osób, odzieży i rzemiosł, zadręczają również i Szachnę
– niewątpliwie on też je widzi, chociaż szary popiół z piecyka coraz
bardziej zaprósza jego oczy.

|