Promocje książki:
25 września (środa) 2002 r. o godz. 18.00 w sali granatowej ROKiSu w Suwałkach odbyło się spotkanie z Ambasadorem Izraela Szewachem Weissem, autorem książki "Ziemia i chmury".
Współorganizator: Regionalny Ośrodek Kultury i Sztuki.
27 września (piątek) 2002 r. o godz. 17.00 w sali białostockiego ratusza, Rynek Kościuszki 10 - spotkanie z Szewachem Weissem Ambasadorem Izraela, autorem książki "Ziemia i chmury". Współorganizator: Muzeum Podlaskie w Białymstoku.
Spotkanie zakłócił incydent o którym można przeczytać w artykule "Gazety Wyborczej": Spotkanie z Szewachem Weissem Monika Żmijewska oraz w artykule "Kuriera Porannego": Ambasador i skini
Wydawnictwo Pogranicze na 6 targach książki w Krakowie:
1. Szewach Weiss będzie podpisywał swoją książkę "Ziemia i chmury" (26.10.02).
2. Wojciech Tochman będzie podpisywał swoją książkę "Jakbyś kamień jadła" (26.10.02).
Recenzja książki Szewacha Weissa
Kiedy przed 60 laty Szewach Weiss ukrywał się przed hitlerowcami w kapliczce, w ramionach Ukrzyżowanego, chciał być jaszczurką. Jaszczurka jest wolna, może się wymknąć, nie zwróci niczyjej uwagi - myślał wówczas kilkuletni żydowski chłopiec. Więc kiedy potem zmienił kryjówkę na piwnicę pod czujną opieką Polki, sąsiadki z Borysławia - najważniejszy był instynkt: ocaleć. Później ocalony z zagłady młody Szewach postanowił wydać prywatną wojnę Hitlerowi - pędził do nowego życia, trenował ciało, by zapomniało jak było wychudzone, współtworzył nowe państwo Izrael. Jeszcze później został politologiem, przewodniczącym Knessetu, przewodniczącym Rady Instytutu Pamięci Yad Vashem... Po latach wie, że wszystko to miało swój cel: uwolnić się od piwnicy, od Holokaustu. Ale nie udało mu się uciec. Przed trzema laty wrócił do Polski na dobre - jako ambasador Izraela. Wydawać by się mogło, że życie zatoczyło koło. Ale Weiss mówi: nieprawda, tu otwiera się jeszcze jedno koło...
I rzeczywiście, dużo pracy jeszcze przed ambasadorem. Od lat buduje mosty między narodami, polskim i żydowskim. Denerwuje się kolejną, prymitywną i barbarzyńską zagrywką antysemickich pisemek. Walczy ze stereotypami. Robi to mądrze i życzliwie. I taki też obraz Szewacha Weissa - człowieka prawego i wrażliwego - wyłania się z książki "Ziemia i chmury" - zapisu rozmowy Joanny Szwedowskiej z ambasadorem. Szczerej rozmowy o wszystkim: o dzieciństwie spokojnym i szczęśliwym, pełnym zapachów; o dramacie wojny, o bólu, jaki nosi w sobie człowiek ocalony z zagłady, o trudnych pytaniach do Boga, o tęsknocie do języka i kultury pogranicza, wreszcie o teraźniejszości, często trudnej, ale też dającej nadzieję. Bezcenna i niespotykana jest ta szczerość. Jak lekcja, która może nas wiele nauczyć. Nie bombastyczna, ale płynąca z serca, niczym mądra gawęda.
Przeczytać więc trzeba koniecznie.
Monika Żmijewska "Gazeta Wyborcza", 26.09.02
Ziemia, chmury, ciemności...
Lipiec przyniósł czytelnikom książek, wydawanych przez sejneńską Fundację Pogranicza, dwie pozycje w kręgu tematyki judaistycznej. Sięgną po nie ci wszyscy, dla których istotne są współczesne konteksty narodowo-religijno-kulturowego tygla naszej przeszłości. Odrzucą ci, którzy raz na zawsze określili swój punkt widzenia i "wiedzą swoje".
Jedna z książek to "Ziemia i chmury", wywiad-rzeka Joanny Szwedowskiej z Szewachem Weissem, obecnym ambasadorem Izraela w Polsce. Nie można nie zgodzić się z Władysławem Bartoszewskim, przecież nie kwestionowanym autorytetem dla rodaków reprezentujących różne opcje, który pisze we wstępie: "Każdemu pozostaje możliwość i dobre prawo do ustosunkowania się do odczuć i sądów Szewacha Weissa. Rozważając jednak te odczucia i sądy, należy pamiętać o całym przebiegu Jego życia i cieszyć się, że ludzie o takiej wrażliwości, otwartości, życzliwości znajdują się wśród Ocalałych".
Lektura tej książki może się okazać niezwykle ważna dla czytelnika, zwłaszcza w kontekście tragedii w Jedwabnem, tej wciąż nie zabliźnionej rany mimo upływu lat i perfekcyjnego przeanalizowania wszelkich dokumentów, dotyczących udziału Polaków w zagładzie miejscowych Żydów, czego dowiodły lipcowe właśnie wyniki badań IPN. Nawiązując do postaci Jana Pawła II, Szewach Weiss nazywa papieża "...wielkim humanistą, człowiekiem wielkiej odwagi..." i ubolewa, że książka "Sąsiedzi" (wydana - przypomnijmy - przez Pogranicze), nie ukazała się przed wizytą papieża w Jerozolimie, bo "...wierzę - mówi Weiss - że w Yad Vashem Ojciec Święty nie milczałby na temat Jedwabnego". Bogato ilustrowany wywiad "Ziemia i chmury" to, pełen bardzo szczegółowych rysów, portret urodzonego w Borysławiu izraelskiego dyplomaty, dla którego Polska nie może być opisywana innym językiem jak poprzez "refleksje - wg. Bartoszewskiego - wrażliwego, czułego, przyjaznego ludziom i światu człowieka".
Z nie mniejszym zainteresowaniem czyta się drugą z książek - "Razem i osobno. Polacy, Żydzi, Ukraińscy w Brzeżanach 1919.1945". Podobnie jak wiele innych polskich miast i miasteczek, niewielkie kresowe Brzeżany były zamieszkałe nie tylko przez Polaków, ale także przez Żydów i Ukraińców. Autor książki Shimon Redlich, znający z autopsji klimat koegzystencji tych nacji, informuje: "...Opierając się na źródłach pisanych i wywiadach z brzeżańczykami, starałem się scalić ten polsko-żydowsko-ukraiński trójkąt tak pieczołowicie, jak tylko to było możliwe... Po pół wieku podjąłem próbę odtworzenia świata sprzed zapadnięcia ciemności...".
Jeżeli ktokolwiek pragnąłby owe ciemności rozpoznać poprzez kolejne źródła, pogłębiając dotychczasową wiedzę, koniecznie powinien bardzo uważnie przeczytać obydwie książki Fundacji Pogranicze.
(kon)
"Gazeta Współczesna", 2.08.2002 r.
Część II: Tak blisko...
– Co to znaczy dla ciebie być ambasadorem Izraela tutaj,
w Warszawie?
Myślę, że mój sposób bycia ambasadorem, sposób kształtowania
wzajemnych stosunków, wynika z mojej biografii. A w niej jest miłość do tej
ziemi i do ludzi, którzy nas uratowali, uczucia tak bardzo subiektywne. Wiem,
że gdyby Polacy czuli do Żydów to, co ja czuję do Polaków, nasze wzajemne
stosunki byłyby dużo lepsze.
Ale jak mówimy o stosunkach polsko-żydowskich i o mojej pracy
ambasadora, to takim mikroświatem jest dla mnie nasza ambasada w Warszawie.
Pracują u nas i Żydzi, i Polacy, i ja wszystkich, bez względu na pracę, jaką
wykonują, i narodowość, traktuję jednakowo. Pracujemy razem, razem spotykamy
się na przyjęciach z okazji naszych świąt i wszyscy – od sprzątaczki
po wysokich urzędników z Biura Spraw Zagranicznych – są dla mnie
jednakowo ważni i równi.
Bardzo dużo jeżdżę z naszym kierowcą, Wojtkiem. Chyba najwięcej
czasu w Polsce z nim spędzam. Wojtek pracuje w naszej ambasadzie od początku,
przeszło dziesięć lat. Ambasadorzy się zmieniają, a on zostaje. Bardzo dużo
się od niego uczę i bardzo lubię z nim rozmawiać; to bardzo mądry i ciekawy
człowiek. Jak jeździmy na różne dyplomatyczne przyjęcia, to mam wrażenie,
że Wojtek jest najważniejszy w grupie kierowców wszystkich ambasadorów. I
jestem z tego dumny!
Opowiem ci, jak wygląda dzień ambasadora Izraela w Polsce, na
przykład taki jak dzisiaj, 11 maja 2001 roku.
O godzinie 11 zostałem zaproszony do szkoły Laudera na
uroczystość darowania Tory. Piękna uroczystość! Dzieci ubrane odświętnie,
ładnie, stoją na schodach szkoły i śpiewają na nasze powitanie, na
powitanie rodziców i nauczycieli. W tej szkole dzieci polskie uczą się razem
z dziećmi żydowskimi. Zawsze, kiedy patrzę na taką grupę, widzę ich oczy,
piękne oczy, to przypominają mi się zdjęcia z Oświęcimia, stosy bucików i
włosów. Fotografie tych dzieci, robione często tuż przed ich zamordowaniem.
I świadomość, że ich wszystkich spalili. Nie mogę tego oddzielić –
wtedy i dzisiaj, tam i tu. Bo to jednak stało się tu. I to były dzieci stąd.
I potem ta uroczystość – darowanie sefer Tory. Może dziś
w Warszawie jest pięć sefer Tory, kiedyś ich były setki. Uroczystość była
piękna, radosna, symbol odradzającego się w Polsce żydowskiego życia.
To było o jedenastej. Potem o wpół do pierwszej spotkanie w
Sejmie z grupą Komisji Spraw Zagranicznych, która wyjeżdża na oficjalną
wizytę do Izraela. Rozmawiamy o tym, przygotowujemy się do tego spotkania.
Później poseł Folwarczny zaprosił mnie na spotkanie z grupą
młodzieży z Gliwic. Opowiadałem tym uczniom o tym, że jak po wojnie
przyjechałem z rodzicami z Borysławia do Gliwic, to z mieszkania, które zostało
nam przydzielone, urzędnik wyrzucił niemiecką rodzinę. Dał im godzinę na
spakowanie. W tej rodzinie był chłopiec w moim wieku – on płakał i ja
płakałem. Nie mówiłem o Niemcach, o Polakach, o Żydach – mówiłem o
dzieciach, które, bez względu na narodowość, zawsze cierpią najbardziej.
Potem wróciłem do ambasady i dostałem do przeczytania artykuł,
który się ukazał w dzisiejszym numerze gazety „Nasz Dziennik”.
Artykuł zatytułowany „Dyplomata–prowokator”. Przeczytam ci
komentarz redakcyjny:
Kwestia ustawy reprywatyzacyjnej
oraz związanej z nią restytucji pożydowskiego mienia, jak i sprawa nagłośnienia
„polskiego wątku” w kontekście zbrodni w Jedwabnem dały dowód
tego, jak symbolicznym gestem było wysłanie przez władze Izraela na placówkę
do Polski Szewacha Weissa. Wszak dyplomata powinien się starać w kraju
pobytu dbać nie tylko o interesy swojego państwa, ale także wzmacniać jego
dobry wizerunek i nie przynosić mu wstydu. Jednak dotychczasowa „działalność”
obecnego ambasadora Izraela w Polsce to pasmo kolejnych prowokacyjnych i
niedyplomatycznych wystąpień. Pytaniem pozostaje w związku z tym, czy żydowskiemu
państwu chodziło właśnie o to, by ktoś taki jak Weiss pokazywał w Polsce
i wobec wszystkich bezczelną twarz żydowskiego szowinizmu? Jak na razie,
wygląda na to, że tak – choć Polska to przecież nie Palestyna.
– Oburzające! Ale ta gazeta ma taki styl i taki sposób
myślenia.
Tak pisze dziennik Kościoła, gazeta katolików! Zgoda, nie
wszystkich. W państwie ważnym w Europie, które przechodzi głębokie procesy
demokratyczne, które ma chęć i szanse wejść do Unii Europejskiej –
gdybym tylko mógł pomóc, to bym pomógł – czytam taki artykuł! Polska
– w tym państwie kiedyś żyło prawie cztery miliony Żydów, a teraz
zostało może trzy, cztery, może pięć tysięcy, nie więcej. Z tego państwa
w 1968 roku komunistyczne władze wypędziły Żydów, czegoś takiego nie było
nigdzie na świecie, nawet w państwach arabskich. Państwo, które straciło
cztery i pół tysiąca oficerów w Katyniu, wśród których było około tysiąca
Żydów. Państwo, w którym najwyższa osobistość Kościoła katolickiego,
prymas Glemp, uważa, że naród żydowski powinien przeprosić naród polski za
udział Żydów w represjach stalinowskich lat pięćdziesiątych. Mówi to człowiek,
który na pewno wie, że również wśród Polaków było dużo komunistów. Że
Żydzi, którzy byli komunistami, mieli obywatelstwo polskie i w myśl prawa
byli Polakami. Jako komuniści już dawno odeszli od swego narodu – uważali,
że religia to opium dla mas – ale z Polski nie chcieli wyjechać, bo na
tej ziemi żyli od pokoleń. Przez wiele lat przy obozie w Majdanku wisiała
tablica: „Tu faszyści zamordowali tyle i tyle obywateli polskich”.
Wszyscy wiedzieli, że w Majdanku zginęli Żydzi, ale dla propagandy byli
Polakami. Do dzisiaj w Bełżcu jest tablica, która głosi, że: „Tu
faszyści zamordowali 600 tysięcy ofiar” – nie Żydów, ofiar! O
tym, że byli Żydami, się nie mówi!
Do takiej Polski Izrael przysyła ambasadora, który codziennie
powtarza, że Polska nigdy nie miała swojego Lawalla, Pétaina, ani Quislinga.
I który został podczas wojny uratowany przez rodziny polskie i ukraińską. I
o tym mówi w prasie, radiu i telewizji, i na wszystkich spotkaniach z Polakami.
W tej gazecie mówią nie o bezczelnym Weissie, mówią o
bezczelnym żydowskim szowinizmie. A potem, że tu nie Palestyna. Ja tego nie
rozumiem! Jest rok 2001 i oficjalna gazeta Kościoła katolickiego posługuje się
takim prymitywnym, barbarzyńskim, czarnym, antysemickim językiem?! Czegoś
takiego nie ma w Europie! Wstyd!
– To mi jest wstyd, że takie słowa czytasz w moim kraju.
I mówią, że jestem prowokatorem, bo pewnie woleliby, żebym
milczał. Oni chcą, żeby tutaj w ogóle nie było Żydów! Albo żeby Żydzi
siedzieli cicho, żeby się bali, żeby przepraszali. A jednak ja nie powiem, że
autor tego tekstu to bezczelny polski szowinista. Nigdy tak nie powiem! To jest
bezczelny dziennikarz i antysemita! On przynosi wstyd polskiemu narodowi. Ja
jestem większym polskim patriotą niż on!
Powiedziałem niedawno w jednym z wywiadów, że ci, którzy mówią,
że naród żydowski musi przeprosić naród polski za zbrodnie NKWD, to ta sama
grupa, która uważa, że zbrodni w Jedwabnem dokonali Niemcy. Stawianie sprawy
Jedwabnego na równi z udziałem Żydów w NKWD jest niesprawiedliwością! Te
dwie sprawy nie są porównywalne!
Na uroczystości w szkole Laudera spotkałem dzisiaj kilku
znajomych polskich Żydów. Miałem wrażenie, że mają do mnie żal za moje
ostre wypowiedzi. Oni tutaj mieszkają, może się boją? Może część z nich
myśli, że ja, jako dyplomata powinienem być ostrożny? Każdy Żyd ma prawo
żyć gdzie chce, tam, gdzie mu będzie lepiej. Ja mieszkam w Izraelu, sam wybrałem
to miejsce. Może jestem nie w porządku w stosunku do nich? Bo oni tu pozostaną,
a ja mogę wyjechać. Kupię bilet na samolot LOT-u albo El Al – tak samo
drogie, współpraca polsko-żydowska w dziedzinie biletów lotniczych idzie świetnie
– a oni zostaną. Może więc powinienem być ostrożniejszy, miły,
cichy? Wtedy taka gazeta jak „Nasz Dziennik” byłaby zadowolona i
nie pisałaby o bezczelnym żydowskim szowinizmie!
Kilka dni temu ktoś powiedział, że skończyły się czasy
okupacji rabinów Weissów! Może kogoś zdenerwowało, że w wywiadzie radiowym
powiedziałem, że jeżeli już mówimy o komunistach, to każdy powinien
pilnować swojego narodu, swojej ulicy, swojego domu i swojej rodziny? Może ktoś
zrozumiał, co mam na myśli?
Od pierwszego dnia mojego pobytu w Polsce, codziennie, próbuję
budować mosty porozumienia między naszymi narodami. W każdej wypowiedzi
podkreślam swoją sympatię do tego kraju i jego mieszkańców, jestem otwarty
na każdą rozmowę. Ale po takim artykule mam ochotę zrobić jedno – wrócić
natychmiast do Izraela i powiedzieć: „Moi kochani, Polska to piękny
kraj, ale lepiej kupujcie sobie bilety do Francji albo do Anglii. Tam też są
antysemici, ale nie ma oficjalnych antysemickich gazet!”
Czy ja kogoś prosiłem o przeproszenie za Jedwabne? Nigdy! Ani
ja, ani rabin Schudrich, żaden Żyd nie prosił o przeproszenie za Jedwabne!
Czy my mamy prawo przyjąć takie przeprosiny w imieniu spalonych dzieci, kobiet
i mężczyzn? Nie, nie mamy prawa! Cały czas wracam myślą do dzisiejszego
przedpołudnia, do oczu tych dzieci. Człowiek, który może spalić dziecko,
jest bestią! Jest diabłem! I takiej zbrodni nie wolno relatywizować moralnie
mówieniem o tym, że Żydzi współpracowali z NKWD i że powinni za to
przeprosić Polaków! Człowiek, który tak mówi, nie ma serca! To jest
nieludzkie podejście! W takim dniu, jak dzisiaj, jestem szczęśliwy, że mam
swój kraj.
Nikt nie prosił kilka lat temu, żeby prezydent Lech Wałęsa
nas przepraszał! Może to Polska potrzebuje tego przeproszenia, jeżeli chce
należeć do świata demokratycznego i kulturalnego?!
Uważam, że sprawa Jedwabnego powinna być wyjaśniona ze względu
na Polaków, nie ze względu na Żydów!
– Wielu ludzi w Polsce tak uważa.
Dzisiaj, w Ameryce, we Francji, w żadnym cywilizowanym państwie
europejskim nikt o ambasadorze Izraela by nie powiedział, że jest bezczelnym
żydowskim szowinistą! Po co mi to wszystko? Kilka miesięcy temu przyjechał
do Izraela minister spraw zagranicznych Polski, profesor Władysław
Bartoszewski, Sprawiedliwy wśród Narodów Świata, uczciwy człowiek,
intelektualista. I miał spotkanie w Knessecie, podczas którego niektórzy nasi
posłowie mówili złe, nieprzyjemne rzeczy o polskim narodzie. Podszedłem
wtedy do dziennikarzy, naszych i z innych krajów, którzy to relacjonowali i
powiedziałem, że to jest złe i niesprawiedliwie, że nie można uogólniać,
nie można posługiwać się stereotypami. Można mówić, że poszczególni
Polacy byli nie w porządku, że byli antysemitami, ale nie wszyscy! Nie można
oceniać narodu na podstawie zachowania i poglądów niektórych jednostek! To błąd!
Co to znaczy dzisiaj być Żydem w Polsce? Jak Żyd słyszy taką
deklarację, jakie uczucia to w nim wywołuje? Co mu to przypomina? Niemiecki
minister spraw zagranicznych Joschka Fischer powiedział: „No more
war” i „No more Auschwitz”! I „no more Auschwitz”
jest ważniejsze!
Antysemityzm jest chorobą, z której się trudno wyleczyć. Ale
nigdy nie powiem, że Polacy wyssali antysemityzm z mlekiem matki! Nigdy! Nie
oceniam ludzi ze względu na ich rasę, kolor skóry, czy pochodzenie! Całe życie
mam takie podejście do ludzi. To codzienny egzamin ludzkości i demokracji
– traktowanie innych ludzi, odmiennej narodowości, wyznania czy koloru skóry.
Jakie uczucia żywimy do mniejszości? Do innych?
Są antysemici czy rasiści, którzy palą domy i zabijają. Są
i tacy, którzy to robią piórem i drukują w gazetach. Tak to jest.
Wracam do słów tego dziennikarza – „Tu nie
Palestyna”. Mógł powiedzieć – „Tu nie Izrael”. Kto używa
dzisiaj nazwy „Palestyna” w stosunku do Izraela? Ja nie jestem
ambasadorem Palestyny, jestem ambasadorem Izraela. Kiedyś hasłem antysemitów
było „Żydzi do Palestyny”.
– Myślę, że on chciał powiedzieć, że Izrael się
zachowuje bezczelnie szowinistycznie w stosunku do Palestyńczyków – u
siebie, w Izraelu. I że tu nie Palestyna, tylko Polska, i nie ma tu miejsca na
takie szowinistyczne zachowanie.
To jeszcze gorzej. Dlaczego? Przecież ja w Izraelu też byłem
krytykowany. Należę do tej grupy, która zawsze walczyła o to, żeby był pokój
z Palestyńczykami. Zawsze, nie pamiętam, żebym kiedyś myślał i czuł
inaczej. Po wojnie sześciodniowej pisałem, że to jest szansa historyczna, żebyśmy
pomogli Palestyńczykom zbudować niezależne państwo. Należałem wtedy do
bardzo małej grupy, byłem w opozycji, także w mojej partii. Organizowałem
demonstracje przeciwko zwolennikom przemocy wobec Palestyńczyków. W Izraelu
mamy wielu zwolenników konfrontacji, tak jak Igal Amir, który zamordował
Icchaka Rabina. Oni też w swoich gazetach pisali przeciwko mnie i nazywali
Palestyńczykiem. To w ich przekonaniu jest największą obelgą.
A teraz przyjeżdżam tu i w polskiej gazecie czytam, że jestem
bezczelnym żydowskim szowinistą. To absurd!
Byłem niedawno na spotkaniu w Klubie Inteligencji Katolickiej.
Miałem wykład, a potem była dyskusja. I podczas dyskusji jeden ze słuchaczy
powiedział: „Panie profesorze, tu będą opory po tym Jedwabnem”. I
to są te opory. Nie wolno przypominać. Trzeba milczeć. Nie wolno ruszać tych
spraw. Nie wolno patrzeć w lustro. Historia jest zamknięta, wszyscy Polacy
byli sprawiedliwi, tak?
Nigdy nie będę mówił ogólnie o Polakach, tylko o konkretnym
człowieku. Oni mnie nie zmienią. Nie zmienią mojego podejścia do ludzi.
Pamiętam spotkanie z kardynałem Józefem Glempem w Izraelu,
kilka dni przed wizytą Papieża. Był moim gościem w Yad Vashem. Profesor
Israel Gutman, ja i kardynał Glemp rozmawialiśmy ze dwie godziny, bardzo
ciekawie, mądrze, dobrze. Wtedy miałem nadzieję, to wynikało z tej rozmowy,
że kardynał zmienił swoje podejście do narodu żydowskiego, do naszej
religii, do nas. Więc jak tutaj usłyszałem jego – w moim odczuciu
– antysemickie wypowiedzi, poczułem się dotknięty, obrażony. Zawsze
szukam w ludziach dobrych, pozytywnych cech myślenia, które prowadzi w stronę
dobra i porozumienia, a nie w stronę uprzedzeń i stereotypów. Bo cały świat
powinien iść w kierunku wybaczenia, w kierunku dobra, przeciwko stereotypom i
uprzedzeniom. I wtedy, w Yad Vashem, byłem szczęśliwy, że udało nam się
tak porozmawiać.
Spotykam w Polsce wielu mądrych, dobrych kardynałów i biskupów,
i zwykłych księży. Jest takich dużo, może nawet większość. Mam do nich
wielki szacunek i czuję, że jesteśmy razem, po tej samej stronie.
– Taki jest ksiądz Michał Czajkowski z Towarzystwa
Przyjaźni Polsko-Izraelskiej, ksiądz Stanisław Musiał, arcybiskup Józef Życiński
i wielu, wielu innych.
To są kochani, mądrzy ludzie. Ludzie. W jidysz takich ludzi
określa się słowem – mencz.
To bardzo ważne żydowskie słowo.
– To znaczy – „ludzki”?
Mencz to jest „człowiek”, ale w jidysz znaczy właśnie
„ludzki”.
– Dzisiaj zaczyna się mówić o tym, że takich miejscowości,
jak Jedwabne, było w Polsce więcej.
To znaczy, że Niemcy mogli być pewni współpracy. Do
prowokacji potrzebne są dwie strony. To nie tango, to taniec śmierci! A jednak
nie powiem, że polski naród współpracował z Niemcami. Nigdy nie będę
anty-Polakiem, a ten dziennikarz jest antysemitą. To też jest część naszego
życia tutaj.
– Myślę, że ten dziennikarz, który to napisał, nic
nie wie o tobie i twojej działalności. Jest pełen złej woli. I na pewno jest
antysemitą.
Przed wojną, wśród polskiej inteligencji, wśród ludzi
wykształconych, też było wielu antysemitów. Antysemityzm nie zależy od
poziomu inteligencji, to nieuleczalna choroba. W Polsce w 1928 roku było 27
procent Żydów na wyższych uczelniach. I zaczął się proces „numerus
clausus”, potem „numerus nullus”, i w 1937 roku już było
tylko 7 procent. Antysemityzm to nie jest sprawa intelektualna, to sprawa
moralna. To nie wychodzi z głowy, to wychodzi z serca albo z trzewi. Taki człowiek
by nawet Marka Edelmana chciał wysłać do Palestyny. Bo Marek Edelman jest Żydem,
bo zna jidysz, bo Marek Edelman ma żydowską duszę. Marek Edelman jest
antysyjonistą, ja jestem syjonistą. A zdaniem takiego dziennikarza, dla nas
obu nie ma tu miejsca. To absurd!
– Myślę, że według
niego, dla wielu nie ma miejsca w demokratycznej Polsce.
Demokracja ma swoją kulturę albo jej nie ma – humanizm,
prawo do bycia innym. Każdy człowiek bez względu na rasę, narodowość czy
kolor skóry jest takim samym człowiekiem, ma w sobie tę samą duszę Boga, bo
wszyscy jesteśmy dziećmi jednego Boga, Boga sprawiedliwości. Bez wyznawania
tych prawd przez każdego człowieka nie pomogą żadne prawa i ustalenia. Bo w
ciężkich czasach wojny czy bezrobocia zawsze może znaleźć się jakiś
demagog, który zmieni system polityczny, a w dodatku zostanie wybrany w
demokratyczny sposób. Historia zna wiele takich przypadków. Tak to było w
Niemczech, we Włoszech, w Hiszpanii. W tym rozumieniu antysemici są również
przeciwnikami demokracji.
– Z dyskusji na temat Jedwabnego, która toczy się na łamach
naszej prasy, wynikają silne emocje. Część wypowiedzi dyskontowana jest właśnie
emocjami, negatywnymi emocjami w stosunku do Żydów. Ty, jako ambasador
Izraela, rzadko wypowiadasz się na temat Jedwabnego.
Jedwabne jest też symbolem. Wracamy w naszych rozmowach do małego
miasteczka, sztetł, na polskiej ziemi. W takich miasteczkach Żydzi stanowili
trzydzieści do sześćdziesięciu procent mieszkańców. I żyli sobie razem z
Polakami. Kłócili się, handlowali, uczyli się razem, razem mieszkali. Jedni
szli do bożnicy w piątek wieczorem, inni w niedzielę do kościoła. Lubili się,
czasami nawet polski chłopak zakochiwał się w żydowskiej dziewczynie.
Czasami się bili i kłócili, i przeklinali jeden drugiego. To było życie.
A co było podczas wojny? Nie w Jedwabnem; w Jedwabnem to inna
sprawa. Przyszli Niemcy, organizowali pogrom, wywozili lub mordowali wszystkich
Żydów. Co wtedy robili Polacy? Może stali na boku, część się śmiała,
niektórzy dopowiedzieli kilka słów. A między nimi były przecież dzieci, które
uczyły się razem, chodziły do tych samych szkół. Część Polaków ratowała
Żydów, w wielu kościołach ratowali Żydów. Ratowali ich podczas wojny, a po
wojnie informowali organizacje żydowskie o uratowanych dzieciach i one mogły
wrócić do swoich. Byli różni sąsiedzi, nie wszyscy tacy jak w Jedwabnem.
Mnie i moją rodzinę też uratowali sąsiedzi. Ale pamiętam z Borysławia chłopaka,
Michała. Mieszkał niedaleko, trochę starszy ode mnie. To była biedna
rodzina, często kupowali na kredyt w sklepie mojego ojca i ojciec nie chciał
od nich pieniędzy. Kiedy ukrywaliśmy się w tej podwójnej ścianie, a Niemcy
w kolejnej akcji wyciągali Żydów z kryjówek, to Michał biegał dookoła
naszego domu i krzyczał: „Weissy, tu oni się chowają, tu możecie ich złapać!”
Przedtem chodził do szkoły z moją siostrą, do jednej klasy. Dlaczego tak wołał?!
Więc można czasami zrozumieć Żydów, którzy tu przeżyli
wojnę, że mają poczucie zdrady. Dlatego, że przedtem żyli razem – w
tej samej szkole, na tej samej ulicy. Na przykład w Wadowicach, tam mieszkało
wielu Żydów, chodzili z polskimi sąsiadami do tych samych klas. Nauczycielka
codziennie sprawdzała listę obecności. Czytała – tego nie ma, następnego
nie ma. I co? I nic! Dalej się uczyli, żyli, rozmawiali, bawili się. Tak było
w tysiącach miasteczek w całej Polsce. W Niemczech było inaczej, bo od 1933
do 1938 roku większość Żydów została wypędzona. Ale to, że to sąsiedzi...
Nic dziwnego, że Żydzi nie chcą tu przyjeżdżać. A jak
przyjeżdżają, wracają do tych miasteczek i widzą domy, które kiedyś należały
do nich i których nie mogą odzyskać. Często odwiedzam małe, żydowskie
miasteczka, które wyglądają jak z XIX wieku. Znam je ze starych fotografii.
Mieszkało tam wiele żydowskich rodzin, a teraz żyją tam inni ludzie, drugie
czy trzecie pokolenie. Czasami w ogóle nie wiedzą nic o Żydach, którzy tu
kiedyś mieszkali. Część w ogóle nie wie, kto to był Żyd, jak wyglądał.
Kiedy byłem przewodniczącym Knessetu, zostałem zaproszony z
oficjalną wizytą do Japonii i poprosiłem, żeby w programie znalazła się również
Hiroszima. Pierwszy raz w historii przedstawiciel Izraela oficjalnie odwiedził
Hiroszimę. Patrzyłem na to miasto, na które Amerykanie zrzucili bombę atomową
i myślałem o Europie, o Polsce. Tutaj Holokaust, jak tam bomba atomowa,
spowodował całkowite zniknięcie z polskiego krajobrazu, z polskiego życia Żydów.
Zostały puste domy, puste miasteczka, ich mieszkańcy zniknęli. Ta myśl nigdy
mnie w Polsce nie opuszcza.
Kiedy młodzi ludzie z Izraela przyjeżdżają do Polski, zawsze
odwiedzają nasze stare cmentarze w Warszawie, w Krakowie, w Łodzi. A przedtem
widzą te miasteczka i zawsze zadają nam i sobie pytania: „Gdzie są ci
Żydzi?” A oni wszyscy tylko na cmentarzach, to ich dom.
Jak Niemcy mordowali Żydów, to wrzeszczeli „Jude Raus!”.
Mówi się, że w Jedwabnem sąsiedzi spalili tysiąc sześciuset Żydów. Niech
będzie dziewięciuset, dwustu, czy nawet mniej. Ale jak do nich wołali?
„Rachele, wychodź!”, „Lejbeje, wyjdź”, „Mordechaj,
wyjdź”, „Piekarz, wyjdź!” Wołali do nich po imieniu, bo
znali ich od lat! To robi tę sprawę milion razy okropniejszą!
Wtedy wśród spalonych były dzieci. A teraz? Cały świat
przez pół roku walczył o to, by jeden mały kubański chłopiec wrócił do
swego ojca. Rządy, organizacje, wszyscy! Teraz świat jest lepszy.
Oczywiście, gdyby nie okupacja hitlerowska, nie byłoby
Jedwabnego. Żydzi mieszkaliby dalej w swoich miasteczkach. Ale próbą człowieka,
próbą człowieczeństwa są sytuacje ekstremalne, niezwykłe, trudne.
– Czy kiedyś
pomyślałeś, co by było, gdyby sytuacja była odwrotna? Gdyby to Żydzi
musieli ukrywać Polaków, swoich sąsiadów, podczas wojny, a za to ukrywanie
groziłaby im i ich rodzinom śmierć?
Bóg ocalił nas przed takim doświadczeniem. Nikt nie wie, ilu
sprawiedliwych by się znalazło. A wśród Polaków, zawsze to powtarzam, było
najwięcej Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. I jest jeszcze wielu takich,
o których nic nie wiemy. Spotykam wielu Polaków, którzy opowiadają o tym,
jak w czasie wojny ratowali Żydów. Przecież o tym też przez wiele lat w
Polsce się nie mówiło. Tak, jakby ukrywanie Żydów było wstydliwą sprawą.
Dziś jest na szczęście inaczej. Zaczęliśmy ze sobą rozmawiać, mówić do
siebie po wielu latach milczenia. I dlatego mamy jeszcze dużo nieomówionych
spraw.
Kiedy przyjeżdżam do Hajfy, spotykam wielu znajomych, którzy
zawsze zadają mi pytanie: „Czy w Polsce cały czas jest taki
antysemityzm?” A ja im odpowiadam: „Taki, jak w innych krajach
Europy”. Oni trzymają się swoich dawnych, złych wspomnień i nie chcą
się od nich oderwać. Nie chcą zobaczyć innej Polski. Jestem pewien, że jak
ktoś przyjeżdża z Niemiec albo z Francji, to się go o to nie pytają. Może
dlatego, że kiedyś byli tutaj, tak blisko? Ale ja widzę codzienną Polskę i
wiem, że nie można powiedzieć, że jest to kraj antysemitów. W Lublinie
studenci zrobili wystawę, są na niej zdjęcia ułożone w cykl „Ulica Hańby”.
To fotografie pokazujące ohydne antysemickie graffiti z ulic Lublina. Więc
jest i tak, że są graffiti, ale są młodzi ludzie, którzy przeciwko temu
protestują. Dzisiejsza Polska wie, że to wstyd być antysemitą. Setki ludzi słuchają
na koncertach muzyki żydowskiej, piosenek ze „Skrzypka na dachu” i
mają łzy w oczach. Wiedzą, że to jest żydowskie, więc gdyby byli
antysemitami, nie chcieliby tego słuchać, na pewno by się im to nie podobało.
A to im się podoba i ich wzrusza. Może naprawdę Polacy trochę za nami tęsknią?
A z drugiej strony – wielu o „Gazecie
Wyborczej” mówi, że to „żydowska gazeta”. A jest to bardzo
popularna gazeta, ma wielu czytelników. Więc może nie ma w Polsce aż tylu
antysemitów?
– Myślę, że są po prostu bardziej widoczni jak zło. A
książka „Sąsiedzi” wydobyła z polskiego społeczeństwa i złe,
i dobre cechy.
Książka Jana Tomasza Grossa jest ważna również dlatego, że
wniosła do naszego myślenia słowo „sąsiedzi”. To jest jeden z
najważniejszych kodów, papierków lakmusowych naszych stosunków. Dzisiaj,
kiedy wchodzimy do nowego świata, Unii Europejskiej, świata wybaczenia, to słowo
„sąsiedzi” ma wielką energię, wielką siłę. Są takie słowa,
które wchodzą w obieg językowy społeczeństw i w ich świadomość. Tak, jak
po śmierci Icchaka Rabina do języka mieszkańców Izraela trafiły słowa
wypowiedziane przez prezydenta Stanów Zjednoczonych, Billa Clintona, na
pogrzebie Rabina. Szalom Hawer – to znaczy „żegnaj,
przyjacielu”. Te słowa stały się symbolem. Przez pięć lat w Izraelu
to były najważniejsze słowa. I jako symbol pewnych przekonań weszły na stałe
do naszego języka. W Polsce tak samo się stało ze słowem „sąsiedzi”.
Co czuli ci polscy sąsiedzi? I tu się zaczyna stratyfikacja człowieczeństwa.
Są Sprawiedliwi wśród Narodów Świata, są i inni; i tacy którzy cierpią,
i są tacy, którzy patrzą obojętnie. Są też tacy, którzy się cieszą.
Tacy, którzy się cieszą głośno i tacy, którzy pokazują palcem, kogo złapać,
i kolaboranci, i szmalcownicy, a potem mordercy z Jedwabnego. To jest
stratyfikacja. Tak było we wszystkich społeczeństwach okupowanych. Ale w
Polsce żyło przed wojną trzy i pół miliona Żydów, a teraz ich nie ma.
– To jest też
kompleks polski. Profesor Jan Błoński w książce „Biedni Polacy patrzą
na getto” pisze: „Żydów wyprowadziła z Polski nie tylko pamięć
udręki i syjonistyczna nadzieja. Także niepamięć i pazerność sąsiadów,
przede wszystkim zaś – odmowa obywatelskiego stowarzyszenia, zbliżenia,
pojednania. Holokaust nie zmniejszył, ale pogłębił odległość między
wielowiekowymi sąsiadami: ogarnięci cieniem śmierci, Żydzi stali się
bardziej obcy. Nawet w odczuciu tych, którzy im pomagali lub nie splamili się
niechęcią. Niedobitkowie budzili częściej odruchowe zdziwienie niż
spontaniczną radość”. Cytuję te słowa nie po to, żeby nas tłumaczyć.
Dla mnie są one świadectwem zrozumienia, pewnego stanu świadomości,
przynajmniej części społeczeństwa polskiego, tego, co się z nami –
Polakami i Żydami – stało.
To bardzo mądre słowa. Myślę, że od uświadomienia sobie
pewnych spraw, od wczucia się, empatii w stosunku do innych, do sąsiadów,
zależą nasze przyszłe relacje. Ale często jest tak, że kiedy Polacy mi mówią: „Dlaczego
ta młodzież żydowska nie przyjeżdża na dłużej, żeby poznać Polskę”,
to im odpowiadam: „Moi kochani, jak im się pokaże dokładniej, co to było,
to będzie jeszcze gorzej. Bo wtedy oni przyjadą do Łodzi i usłyszą, że
kiedyś tam mieszkało dwieście pięćdziesiąt tysięcy Żydów, a teraz zostało
może dwustu. I że w ich domach mieszkają inni ludzie. I to będzie
lepiej?”
A po Jedwabnem będzie tylko gorzej. Bo ci, którzy przyjeżdżają
na Marsz Żywych, przyjeżdżają do Auschwitz – to była niemiecka wyspa
na polskiej ziemi. A Jedwabne nie ma niemieckiej nazwy. Jedwabne jest polskim
miasteczkiem. Jedwabne – to takie delikatne, piękne słowo; jedwab jest
miękki i delikatny. I ten kontrast – delikatność tej nazwy i okrucieństwo
wydarzeń z nią związanych – będzie okropny. To jedna sprawa. A druga
– boję się, że po 10 lipca większość Polaków powie: „No
dobrze, było tak i tak. Wiemy o tym. A teraz wracamy do swoich spraw, zamykamy
jeszcze jeden tom historii i dosyć już”. Takie będzie poczucie. Nie będzie
się tego mówiło oficjalnie, ale wielu tak będzie czuło.
– Już teraz wielu tak czuje. Ludzie są zmęczeni tematem
Jedwabnego.
Dla polskiego narodu to bardzo ważne, żeby poznać prawdę. I
żeby ją zrozumieć. Myślę, że czasami, jak prawda jest znana, to lepiej
jest zamknąć sprawę i zacząć pisać nowe tomy historii. Ale to nie zawsze
jest możliwe. Bo uczuć nie da się zamknąć i o nich zapomnieć.
– Nikt nie lubi słyszeć, że był mordercą lub, że
jego najbliżsi byli mordercami. Polacy są wychowani w kulcie własnej
martyrologii, cierpień, których doznali jako naród w czasie wojny. I w kulcie
własnej szlachetności i prawości.
Pewnie! Większość Polaków nigdy nie było mordercami.
Miliony walczyły o niepodległość na różnych frontach i w polskim
podziemiu. Wszędzie na cmentarzach wojennych są groby polskich żołnierzy.
Mam do nich głęboki szacunek.
– Profesor Maria Janion uważa, że przeżycie żałoby po
śmierci tej części polskiego społeczeństwa, którą stanowili Żydzi, opłakanie
ich śmierci, prawdziwe spojrzenie w lustro jest dla naszego narodu konieczne
dla odzyskania polskiej tożsamości narodowej, której źródła tkwią w
romantyzmie, w społeczeństwie wielonarodowym i wielokulturowym. Do prawdziwego
przeżycia tego procesu są nam, tak jak społeczeństwu Jedwabnego, potrzebni
prawdziwi i dobrzy przewodnicy duchowi. Taką rolę powinni pełnić duchowni.
Może jest tak, że siła polskiego Kościoła miała przez
wieki kilka korzeni, a jednym z nich był antysemityzm? I może jest tak, że
mimo, że nie ma już w Polsce Żydów, Kościół używa starych ogni
antysemityzmu, żeby wzmocnić swoją siłę? I Jedwabne wchodzi do tego też.
Żałuję, że książka Jana Tomasza Grossa „Sąsiedzi” nie została
wydana rok wcześniej, przed wizytą Papieża w Jerozolimie. Wierzę, że w Yad
Vashem Ojciec Święty nie milczałby na temat Jedwabnego. I może Jego słowa
stałyby się drogowskazem dla innych?
Ten dzień, kiedy samolot Jana Pawła II lądował na lotnisku
Ben Guriona! Wszystko wtedy było symbolem. Dla nas najważniejsze było to, że
Ojciec Święty jest Polakiem, wielkim humanistą, człowiekiem wielkiej odwagi.
To bardzo istotne, jeżeli cały czas wracamy w naszych rozmowach do kompleksu
polskiego.
Samolot z flagami Jordanii i Izraela ląduje na lotnisku, które
nosi imię Ben Guriona – pierwszego premiera naszego państwa, urodzonego
w Polsce, w Płońsku, niedaleko Warszawy. Papieża wita premier Yehud Barak, którego
matka urodziła się w Warszawie; potem kolejne spotkania: z rabinem Lauem, który
pochodzi z Piotrkowa i przeżył Oświęcim, z innymi ocalonymi z Zagłady, którzy
są ważnymi osobistościami politycznymi w Izraelu, z historykami Instytutu Yad
Vashem.
Jan Paweł II, polski papież, mówi tak mądrze, tak pięknie,
każdy człowiek powinien tak myśleć jak On. Ale kiedy słowa padają z ust
Papieża, ma to wielkie znaczenie dla świata. Podczas tej tygodniowej wizyty
Jana Pawła II czułem, że większość Żydów, którzy mają korzenie
polskie, czuje głęboką do Niego sympatię i może dzięki temu zmienia się
ich stosunek do polskiego społeczeństwa, do innych Polaków.
Cały czas miałem świadomość, że na moich oczach dzieje się
Historia. W nocy, przed przyjazdem Papieża, miałem niesamowity sen. Nie staram
się zapamiętywać snów i nigdy ich nie interpretuję, ale ten we mnie pozostał.
Śnił mi się mój dziadek Icyk, ojciec mojej mamy, i dziadek Hirsz. Obaj
przychodzili do naszego domu na szabasowe kolacje. I w tym śnie oni się
zmieszali, połączyli w jedną postać z Janem Pawłem II. Dla mnie, osobiście,
to jest symbol. Jest dużo symboli w stosunkach polsko-żydowskich. Może
dlatego trudno jest być tu ambasadorem, bo te stosunki nigdy nie będą zwykłe,
normalne, obojętne, urzędowe. Zawsze będą nadzwyczajne, albo bardzo dobre,
albo złe, ale zawsze pełne symboli i emocji.
Często myślę o tym, czyim tu jestem ambasadorem? Powiedzieć,
że reprezentuję tutaj cztery i pół miliona Żydów, którzy zostali
zamordowani w czasie drugiej wojny w całej Europie, to byłoby nadużycie. Nikt
mi nie dał takiego upoważnienia. Ale mam poczucie, że jestem ambasadorem żywych,
ale również ambasadorem umarłych.
Zawsze na polskiej ziemi można było obrazić Żyda, zawsze Żydzi
czuli się niżsi, gorsi. Mimo że tu prawie nigdy nie było pogromów, zawsze
Żydzi się bali, zawsze byli pełni kompleksów w stosunku do Polaków. Na
przykład samo słowo „Żyd”. W innych językach nie ma takiego słowa.
Po rosyjsku jest „jewriej” – z hebrajskiego. Jehudi – to
niemieckie „Jude”. Jedyny język na świecie, w którym słowo
„Żyd” brzmi jak przekleństwo, to polski. Nawet inteligentny Polak,
który nie jest antysemitą, używa słowa „Żyd”. To przekleństwo.
– Nie, to zwykłe słowo. Tylko kontekst, w jakim się go
używa, może być niedobry.
„Żyd” to niskie słowo. Zawsze szukałem w polskim
języku innego słowa, chciałem używać innego słowa, ale nie mogłem.
– Bo nie ma.
Jest mi nieprzyjemnie, kiedy używam tego słowa, bo w moim
odczuciu to słowo antysemickie. Skąd ono pochodzi? Dlaczego tak brzmi?
– Po francusku jest „Juif”. Do naszego języka
to przyszło z francuskiego i dlatego tak brzmi. To tylko fonetyka.
Może tak jest, ale to sprawa emocji i odczuć. Część naszej
tragedii, naszego kompleksu polskiego polega też na tym, że dzisiaj, kiedy
polska elita intelektualna i polityczna ma przekonanie, że być antysemitą
jest czymś obrzydliwym i nielicującym z godnością człowieka, Europejczyka,
kiedy nastąpiło odnowienie demokratycznego życia w Polsce, Polska dla Żydów
byłaby rajem, ale już prawie nie ma Żydów.
I kolejny paradoks. Jestem już dość długo w Polsce, kraju
prawie bez Żydów, ale żyję historią Żydów, ich życiem, bardziej niż u
siebie, w Izraelu. Prawie codziennie uczestniczę w uroczystościach i
spotkaniach poświęconych sprawom przeszłości Żydów polskich, w polskiej
prasie czytam artykuły poświęcone sprawom żydowsko-polskim. Powietrze jest
pełne żydostwa, a prawie nie ma Żydów. Mówiłem kiedyś, że w jakimś
sensie to jest również nasza ziemia, bo mieszkaliśmy tu prawie tysiąc lat.
Pejzaże, przyroda, chmury – to wszystko pozostało w naszej pamięci.
Polska ziemia pełna jest żydowskich prochów, a dusze pomordowanych –
czasami mam takie odczucia – pozostały w powietrzu nad tą ziemią. I
nigdy stąd nie wyemigrują.
List otwarty Szewacha Weissa do Lecha Wałęsy (listopad 1989
roku)
Z początkiem września mieliśmy długą rozmowę w Pańskiej
kancelarii, w biurach „Solidarności” w Gdańsku. W toku tej
rozmowy, w której uczestniczył również dep. Uzi Landau, protestowaliśmy
przeciwko antysemickim akcentom Pańskiej kampanii wyborczej na prezydenta
Polski.
Nie ustawał Pan w próbach zatarcia tego bolesnego wrażenia,
jakie wywarły Pańskie wypowiedzi, i składał Pan bardzo przyjemne dla ucha
prożydowskie i proizraelskie oświadczenia. Prasa polska podała obszerne
informacje na temat naszej rozmowy w Gdańsku, wystąpiliśmy również razem w
polskim radiu i telewizji. Zatroszczył się Pan o to, by nasze spotkanie było
odpowiednio obsłużone przez prasę, ponieważ był Pan zainteresowany w
zmazaniu piętna antysemityzmu ze swego czoła.
Niestety, naruszył Pan złożoną obietnicę i wrócił do
poprzednich praktyk. Pańskie oświadczenie, że jest Pan „stuprocentowym
Polakiem”, budzi najgłębsze oburzenie swoją antysemicką wymową. Chcę
żywić nadzieję, że nie całe sto procent Polaków pogrążonych jest w
mrokach antysemityzmu.
Pan, Lech Wałęsa, nie jest prywatnym Polakiem. Nosi Pan co
najmniej cztery kapelusze: kapelusz laureata Pokojowej Nagrody Nobla; kapelusz
przywódcy buntu przeciwko totalitaryzmowi komunistycznemu; kapelusz bohatera międzynarodowych
środków masowego przekazu, a obecnie również kapelusz kandydata na
prezydenta Polski. Szlachectwo zobowiązuje, zobowiązuje również do tego, żeby
nie kłamać. Zaostrzający się antysemicki charakter Pańskiej walki o
stanowisko prezydenta Polski, stoi w jaskrawej sprzeczności z epilogiem naszej,
nietrzymanej w tajemnicy, rozmowy z początku września w Gdańsku.
Zadeklarował się Pan jako „stuprocentowy Polak”. Również
Polska w roku 1990 jest „stuprocentowo polska”. Około 10 procent
obywateli Polski zamordowano na jej ziemiach. Niech się Pan uda na pola rzezi
do Treblinki, zobaczy stosy popiołu w Majdanku, obejrzy krematoria Oświęcimia,
pojedzie do Chełmna i Sobiboru – i tam zrozumie Pan tę stuprocentową
polskość Polski. Ci obywatele, to byli Żydzi. Zatarliście ich tożsamość i
zaadoptowaliście ich po śmierci, by rozpłynęli się w społeczności
polskiej, a Pan mógł być „stuprocentowym Polakiem”.
W imieniu 3,5 miliona stuprocentowych Żydów, zgładzonych w
stu procentach za swoje żydostwo, odważę się zaingerować w walkę wyborczą
w demokratycznej Polsce i poprzeć tych, którzy nie są w stu procentach
Polakami. Jeżeli nawet ich polskość jest stuprocentowa, to chociażby ze względu
na piętno, jakie chciał Pan wybić na ich czołach i ich pochodzeniu, chociażby
tylko ze względu na błoto, jakim chciał Pan obrzucić ich „czystość
rasową” – godni są stanowiska prezydenta Polski – tej
Polski, której cała ziemia jest jednym wielkim cmentarzyskiem ofiar ideologii
rasizmu. (...)
Niedaleko Pańskiego miasta, Gdańska, znajdzie Pan obóz
koncentracyjny Stutthof. W obozie tym wymordowano również pańskich rodaków i
synów innych narodów i innych wyznań. W obozie tym więziony był również
Dow Szilanski i jego żona Rachel. Szilanski jest obecnie przewodniczącym
parlamentu w suwerennym Izraelu. W imieniu tego Izraela i w imieniu milionów Żydów,
martwych i żywych, potępiam stanowczo Pańską zuchwałość w nadziei, że będzie
Pan jej żałował.
– Przypominam twój list otwarty do Lecha Wałęsy, bo
sprawy, o których w nim piszesz, są
nadal aktualne. Minęło dziesięć lat demokratycznej Rzeczypospolitej, a w
polskiej mentalności niewiele się zmieniło. Wałęsa w podobnym duchu
wypowiadał się na temat przepraszania Żydów za Jedwabne. Czy wtedy Wałęsa
zareagował na ten list?
Tak. Byłem wtedy wiceprzewodniczącym parlamentu i Wałęsa
przez naszego przedstawiciela w Polsce szukał ze mną kontaktu. Akurat się tak
złożyło, że na zaproszenie profesora Bronisława Geremka przyjechałem do
Warszawy na spotkanie Rady Europy. Wałęsa przysłał po nas samochód –
byłem z córką, która jest historykiem – i pojechaliśmy do Gdańska. W
rozmowie zaczął mi wyjaśniać, że to nieprawda, że on nie jest antysemitą,
że gdyby był Żydem, to byłby z tego dumny, bo jako naród, który tak
ucierpiał podczas wojny, dokonaliśmy cudu, budując silne i demokratyczne państwo.
A później, w 1995 roku byliśmy razem na uroczystościach
obchodów pięćdziesiątej rocznicy wyzwolenia Oświęcimia. Elie Wiesel, ja i
Wałęsa wygłosiliśmy przemówienia. Ja mówiłem kilka słów po polsku,
kilka słów po angielsku, kilka słów po hebrajsku no i w jidysz, bo ci, którzy
zostali tam zamordowani, mówili, krzyczeli i płakali w jidysz. To był nasz język.
Jechaliśmy razem do Oświęcimia w autobusie prezydenckim. Król Norwegii,
prezydent Niemiec, wielu przywódców państw europejskich. Siedziałem obok Wałęsy
i rozmawialiśmy o wojnie. Jak się jedzie autobusem, to wzdłuż drogi widać
linie kolejowe. I w pewnym momencie powiedziałem mu, że zawsze, jak w Polsce
widzę linie kolejowe i słyszę odgłos pociągu – „tak tak, tak
tak, tak tak” – to dla mnie to są drogi do śmierci, a te głosy to
requiem mojego narodu. On był wzruszony, czy nawet wstrząśnięty moimi słowami;
mówił, że nie pamięta wojny, ale wie, jak straszna to była tragedia i dla
Polaków, i dla Żydów, i jak straszne było nasze cierpienie. Tak rozmawialiśmy
w drodze do Oświęcimia.
Po południu, w Krakowie, na Wawelu była konferencja, na której
miała być podpisana deklaracja przeciwko rasizmowi. Byłem na tej konferencji
z moim przyjacielem, profesorem Israelem Gutmanem. I raptem okazało się, że w
tej deklaracji nie ma ani słowa o Żydach i o antysemityzmie! I o tym, że w Oświęcimiu
ginęli Żydzi! Znowu była mowa tylko o obywatelach polskich! I wtedy powiedziałem,
że my deklaracji nie podpiszemy, bo ci, którzy tam zginęli, byli obywatelami
nie tylko polskimi, ale byli Żydami z różnych krajów Europy. Wszyscy znają
dokument z Wannsee! On dotyczył Żydów żyjących w każdym państwie
europejskim, nawet Żydów mieszkających w Afryce! Ten plan dotyczył
wymordowania wszystkich Żydów! Tak mówiłem do prezydenta Wałęsy. W końcu
deklaracja została zmieniona, dopisano do niej, jak chcieliśmy, że w obozach
zagłady zginęło tyle i tyle Żydów.
Ale chodzi mi o to, że jeszcze po uroczystości w Oświęcimiu,
z polskim prezydentem, który przecież zna historię, musieliśmy mieć taką
dyskusję! Wiem, że to spadek propagandy komunistycznej, która z jednej strony
mówiła o Żydach, a z drugiej strony znacjonalizowała naszą tragedię,
tragedię narodu żydowskiego dodała do polskiej tragedii. I ta sprawa wraca
podczas dyskusji o Jedwabnem. Jest tak, że kiedy Żydzi ginęli w Oświęcimiu,
to byli obywatelami polskimi, a kiedy współpracowali z NKWD, to już nie byli
obywatelami polskimi, tylko byli Żydami! Przecież to absurd, to manipulacja!
Mówię o Lechu Wałęsie, bo żywiłem do niego głęboki
szacunek, mieliśmy bardzo dobre kontakty. Myślałem, że ten człowiek
przeszedł metamorfozę w stosunku do Żydów. I przykro mi, że teraz znowu słyszę
podobne jego wypowiedzi o Jedwabnem. Szkoda.
Wspominam zawsze tę podróż z Wałęsą do Oświęcimia
prezydenckim autobusem, bo wtedy pierwszy raz, tak boleśnie, uświadomiłem
sobie, jaka to droga. Dokąd prowadziła. Polskie drogi, żydowskie ostatnie
drogi. Zawsze myślę o tym, co oni widzieli, co zostało im w oczach, tym
ludziom wiezionym w ciężarówkach na rozstrzelanie w lasach koło Borysławia,
Truskawca, w Ponarach, koło Otwocka, koło Majdanka czy koło Wałbrzycha? Wszędzie,
w całej Polsce. To ziemia pełna popiołów i pełna pamięci. Ich pamięci.
Kiedy byłem z żoną w 1993 roku na Litwie, odwiedziliśmy jej miejscowość
rodzinną – Serei – jakieś sto kilometrów od Wilna. To też kiedyś
była Polska. Jest tam piękne jezioro i las. W tym lesie Niemcy wymordowali
wszystkich żydowskich mieszkańców. Między innymi rodzinę ojca mojej żony.
Rozmawialiśmy ze starszymi ludźmi, którzy pamiętali tamte
czasy. Jeden staruszek zaczął opowiadać, że pamięta rodzinę mojej żony
– była tam piękna dziewczyna, Lea, blondynka, jasna, najpiękniejsza,
jaką w życiu widział. On pracował na poczcie i lubił wyglądać przez okno,
jak przechodziła ulicą, robiła zakupy czy spacerowała. Był w niej
zakochany, ale nigdy nie odważył się do niej podejść. Ona pozostała na
zawsze w jego pamięci. Lea była ciotką mojej żony. Słuchając opowieści o
jej jasnej urodzie uświadomiliśmy sobie, że nasza wnuczka Szira jest do niej
podobna. Zawsze nas dziwiło, po kim ma takie jasne włosy – moja żona
jest ciemna, córka i jej mąż też, a Szira ma blond włosy i niebieskie oczy.
Jak to wszystko dziwnie wraca, takie koło życia i śmierci; jakby żydowska
dziewczyna Lea z małej miejscowości na Litwie zjawiła się po latach w
dalekiej Hajfie w Izraelu.
Komentarz Jacka Lutomskiego do artykułu „Kradzież czy
podarunek”, który ukazał się 30 maja 2001 roku w
„Rzeczpospolitej”
Niezwykłe freski, ostatnie dzieła Brunona Schulza zniknęły z
Drohobycza w tajemniczych okolicznościach. Teraz okazuje się, że są już w
Instytucie Yad Vashem w Jerozolimie. W całej sprawie ciągle więcej jest
niejasności i pytań niż odpowiedzi. Dlaczego nie wiedziały o tym władze
Ukrainy? Jakie były powody przeprowadzenia całej akcji w stylu filmu
sensacyjnego bez wiedzy zainteresowanych stron, w tym strony polskiej, która
deklarowała chęć współpracy i współfinansowania ratowania tego bezcennego
dzieła sztuki? Czy zostało złamane prawo międzynarodowe i ukraińskie?
Dlaczego na tak drastyczne rozwiązanie zdecydował się znany ze swej
szlachetnej działalności Instytut Yad Vashem? Czy doszło do kradzieży w
majestacie prawa?
Na odpowiedzi trzeba poczekać. Ale już teraz można powiedzieć,
że źle się stało. Freski Schulza to nie tylko „zwykłe” dzieła
sztuki, to również dokument historii, przerażający dowód koszmaru czasów
Holokaustu. Największe wrażenie robią w miejscu, w którym powstały. Wyrwane
z niego stają się tylko rysunkiem, freskiem, obrazem. W willi Landaua były Świadectwem.
– Cytuję jeden z wielu artykułów, które ukazały się
w polskiej prasie na temat fresków Brunona Schulza. Jego ton jest
reprezentatywny dla odczuć większości Polaków. Chciałabym posłuchać też
drugiej, waszej strony.
Bruno Schulz był polskim pisarzem, ale nigdy nie odszedł od
religii żydowskiej, tak jak setki, tysiące polskich Żydów, którzy się
zasymilowali lub przeszli na katolicyzm. Był jak Kafka, który też był Żydem
i Czechem, pisał w języku niemieckim, nie w jidysz. Schulz był pisarzem
polskim i pisał po polsku, ja to wiem. Takich było niemało.
– Czytałeś jego opowiadania?
Nie. Czytałem wiersze o nim, widziałem przedstawienia
teatralne i film „Sanatorium pod Klepsydrą”. Ale Schulza po polsku
nie czytałem.
Nie chcę jednak mówić o literaturze; nie znam się na tym.
Schulz to teraz już symbol. Wiadomo, że w Drohobyczu było mnóstwo rysunków
Schulza. Nikt nigdy nie badał, w jaki sposób jego rysunki znalazły się w różnych
muzeach na świecie, kto to kupił, kto to skradł, jak to zostało wywiezione z
Drohobycza. A teraz w polskiej prasie zrobiła się afera, że Instytut Yad
Vashem ukradł freski Brunona Schulza namalowane w willi Landaua w Drohobyczu.
Kim był Landau? To był brutalny, niemiecki gestapowiec, który
przywłaszczył sobie tę willę, wyrzucając czy zabijając jej mieszkańców,
a Brunona Schulza, wielkiego polskiego pisarza, zatrudniał jako niewolnika do
ozdabiania ścian. Landau mieszkał w willi z żoną, miał dwoje dzieci. Rano
wychodził do pracy, zabijał żydowskie dzieci, a wieczorem wracał do swoich
dzieci i cieszył się, że śpią w takim ładnie pomalowanym w obrazki pokoju.
W Polsce dużo się mówiło o tym, że Muzeum Literatury
pragnie odkupić te freski. Już był plan, żeby w Drohobyczu stworzyć Centrum
Kultury i Solidarności Polsko-Niemiecko-Ukraińskiej. A o Żydach wszyscy
zapomnieli! O Żydach się nic nie mówiło, że Bruno Schulz był Żydem.
Czy polski minister kultury od razu pojechał do Drohobycza i
spotkał się z ministrem kultury Ukrainy, i powiedział, że Polsce bardzo na
tym zależy, żeby te freski były w Warszawie? Nic takiego się nie stało. Były
luźne, niekonkretne rozmowy o tym centrum pojednania. I jeszcze te niemieckie
pieniądze – to też ciekawe. Niemieckie morderstwa, niemieckie pieniądze.
Zawsze niemieckie pieniądze, pieniądze, pieniądze!
– Może odkupienie win – te pieniądze?
Ach! Do kogo należy Bruno Schulz? Gestapowiec Landau zatrudnił
go jako żydowskiego niewolnika, żeby namalował w dziecięcym pokoju freski.
Nie takie, jakie mu się podobały, nie! Na żądanie Niemca miały być to
ilustracje do niemieckich legend, niemieckiej mitologii dla niemieckich dzieci.
Malował je żydowski niewolnik. A potem inny gestapowiec na złość Landauowi
zabija jego niewolnika, Żyda Brunona Schulza.
Czy Schulz został zamordowany jako pisarz polski? Czy on malował
te freski jako polski pisarz? Bruno Schulz został zamordowany w Drohobyczu jako
Żyd. I te freski też malował jako żydowski niewolnik. „Verfluchte Jude”
– tak pewnie go nazywali Niemcy.
Są tacy, którzy uważają, że malowane przez Schulza freski są
częścią polskiej kultury, że każde dzieło sztuki powinno pozostać tam,
gdzie powstało i dlatego najlepsze miejsce dla fresków jest w Drohobyczu. Jeżeli
tak, to należy zabrać ze wszystkich muzeów Europy i Ameryki wszystkie judaica
i posłać je tam, gdzie powstały, gdzie było ich miejsce! Wiem, że to
absurd, ale zasada powinna obejmować wszystkie zabytki, nie tylko akurat te
freski! A jeżeli tak, to gdzie to posłać? Do grobów? Do żydowskich domów w
polskich miasteczkach, w których dawno mieszkają Polacy?!
Przecież dziennikarze, którzy piszą, że Yad Vashem kupił te
freski za sto dolarów, muszą wiedzieć, że to jest kłamstwo! Każdy wie, jak
się kupuje judaica. Jakie judaica zostały wywiezione z Polski do Stanów, do
Waszyngtonu?! Dlaczego można wywozić z Polski do Waszyngtonu, a z Drohobycza
do Jerozolimy nie?! Skąd to oburzenie?! Jeżeli wolno jedno, wolno i drugie!
– Uważam, że dobrze się stało, bo one by tam zniszczały
do szczętu, i wtedy wszyscy by żałowali.
No pewnie! Ale dlaczego tak dużo piszą o tej sprawie w
polskich gazetach? Czy dlatego, że Bruno Schulz był Polakiem? Nie! Dlatego, że
teraz dużo mówi się o Jedwabnem, o tym, że polscy sąsiedzi w Jedwabnem
zamordowali swoich żydowskich sąsiadów. I chce się pokazać, że Żydzi to złodzieje,
bo ukradli freski Schulza! Mówiłem o tym w wywiadach radiowych. Trzeba mówić
odważnie o tym, co się myśli. I ja tak mówię. Wiem, że wiele osób się ze
mną nie zgadza, ale mam odwagę powiedzieć coś, co nie przysporzy mi
popularności – tych fresków nie kupił żaden pokątny handlarz, to
Instytut Yad Vashem je kupił! Jestem przewodniczącym Światowej Rady Yad
Vashem i się w takie sprawy nie mieszam. Ale gdyby ktoś z Yad Vashem się mnie
spytał, to bym powiedział: „Koledzy, kupujcie wszystkie freski i trzeba
dobrze zapłacić, nieważne jak – ale żeby to było legalnie
kupione”.
Yad Vashem niczego nie ukradł, powtarzam to raz jeszcze.
– To są okropnie trudne rozgraniczenia – czy ktoś
jest Żydem czy Polakiem żydowskiego pochodzenia. Problem tożsamości, problem
identyfikacji, problem kryteriów. Nie ma prostych rozwiązań. Nie wiem, czy
takie rozgraniczenia w ogóle są potrzebne.
Napisał do mnie profesor Harry Sommer z Izraela, który w
czasie wojny był pomocnikiem Brunona Schulza – podawał mu farby, mieszał
je, wykonywał różne proste zajęcia. On pamięta ostatnie dni Schulza,
ostatnie z nim rozmowy. Schulz przed śmiercią miał głęboką świadomość
swojego żydostwa. Czasami myślę, że gdyby Bruno Schulz przeżył wojnę, to
prawdopodobnie wyjechałby z Drohobycza, tak jak my wyjechaliśmy do Polski. To
spekulacje oczywiście, ale pomyślmy. Miał poczucie swojego żydostwa, pewnie
nie zmieniłby imienia i nazwiska, jak wielu Żydów, którzy zostali po wojnie
w Polsce. Zostałby Brunonem Schulzem. Pewnie w 1968 roku, jak wielu innych,
zostałby z Polski wygnany. Nikogo wtedy nie obchodziło, czy ktoś jest polskim
pisarzem, czy nie. Jakby pojechał do Izraela, na pewno by go zaprosili na
akademię i na pewno by miał swoje biurko w Yad Vashem.
Ta kłótnia jest o to, czy Bruno Schulz jest Polakiem, czy Żydem.
I wracamy znowu do spraw selekcji. Komunista, ateista z polskim nazwiskiem jest
Żydem i musi przepraszać za zbrodnie stalinowskie jako Żyd. Nie oczekuje się
tego od Polaków, którzy byli w aparacie stalinowskim. To różne selekcje.
Czasami mam wrażenie, że sam Schulz tutaj nikogo nie obchodzi, że sprawa jest
rozdmuchana właśnie w kontekście Jedwabnego.
– To trudne sprawy. Dla mnie jest jasne, że Bruno Schulz
został zabity nie dlatego, że był polskim pisarzem, a dlatego, że był Żydem.
Masz rację, że spór o Schulza, te agresywne artykuły w prasie oskarżające
Yad Vashem o kradzież są balansowaniem samopoczucia Polaków w kontekście
Jedwabnego. Ale ten spór jest głębszy, dotyka podstawowego w mentalności
naszych narodów poczucia cierpienia i martyrologii – podczas wojny w
obozach koncentracyjnych ginęli Polacy. I ginęli Żydzi. I do tej pory, sześćdziesiąt
lat po wojnie, trwa upiorna licytacja – kto cierpiał bardziej? Może nie
jesteśmy w stanie uznać nawzajem ogromu cierpień naszych narodów?
Może? Będąc w Polsce uświadomiłem sobie, że w tych dwóch
krajach – tu i w Izraelu – Holokaust trwa dalej. W świadomości
ludzi, w pamięci, w pamięci dzieci. W problemach moralnych, które społeczeństwo
musi jakoś rozwiązać. Nadzieja jest w następnych pokoleniach. Dla mojej
wnuczki i dla twoich dzieci te sprawy nie będą już miały takiego ładunku
emocjonalnego.
Czasami mam wrażenie, że sprawę Brunona Schulza widzę
inaczej, niż wszyscy moi znajomi polscy Żydzi. A we wszystkich innych
sprawach, np. dotyczących napisu na pomniku w Jedwabnem, raczej się zgadzamy.
Więc może Bruno Schulz, Żyd piszący po polsku, jest miernikiem patriotyzmu wśród
polskich Żydów? To jest granica! To jest ich polski paszport!
– To piękne
spostrzeżenie!
Kiedy w Izraelu tęskniłem do Polski, chciałem wrócić do
miejsc swojego dzieciństwa, moje myśli i wspomnienia były smutne. Ale smutek
pociąga człowieka. Czasami mi się śniła Polska – i w tych snach nigdy
nie było słońca, zawsze była noc, poranek lub zmierzch, taki cień. Lubię
te pory dnia, kiedy światło nie jest ostre, kiedy panuje półmrok. Człowiek
ma różne kolory w sobie, w swojej duszy, te kolory to lustra uczucia. Szarość,
zmrok, spokój – to mnie pociąga, lubię tę atmosferę nostalgii. Kiedy
chodzę po Mea Szearim w Jerozolimie, w moich oczach i myślach zjawia się
Borysław, dziadkowie Hirsz i Icyk, bożnica na Dolnej Wolance. To nie wygląda
tak samo, ale wieczorami przypomina mi moje miasteczko, przypomina mi
przedwojenną Polskę. Lubię tam być.
Ale w tym uczuciu jest jeszcze coś. Przez wiele lat syjonizm
chciał wyciągnąć Żydów z diaspory i wyciągnąć diasporę z serc Żydów.
A ja nie mam nic przeciwko diasporze, ja kocham diasporę. Większość naszej
historii, nasza kultura – to diaspora. Oczywiście, w diasporze mieliśmy
okropne kłopoty, były pogromy i prześladowania, wszyscy o tym wiemy. Ale my
dalej cierpimy. U nas w kraju też. Myślę, że Żydzi dali światu tyle dzięki
życiu w diasporze. Gdyby nas nie wypędzono z naszej ziemi dwa tysiące lat
temu, mielibyśmy własne państwo, i jego tworzenie i funkcjonowanie pochłaniałoby
wszystkie nasze siły. Państwo, jego organizacja, sztandary, kultura, wojny,
administracja, życie partyjne. Dziewięćdziesiąt procent energii każdego
narodu idzie na budowę i funkcjonowanie struktur państwowych. A Żydzi przez
tyle lat nie musieli się tymi sprawami zajmować! Diaspora dała nam bardzo dużo.
A i świat ma bardzo dużo z tego, że Żydzi byli w diasporze.
– Ty jesteś człowiekiem diaspory.
Tak. Mówiliśmy już o tym. Kocham diasporę i się tego nie
wstydzę. Na szczęście stosunek do diaspory się zmienia. Syjonizm zaczyna się
znowu otwierać do świata. Kiedyś syjoniści uważali, że miejsce każdego
porządnego Żyda jest w Izraelu. Teraz się mówi inaczej. Mamy żydostwo w różnych
krajach świata. Izraelczycy dużo podróżują i widzą, jak wygląda świat.
Żydzi mieszkają w różnych krajach, w każdej chwili mogą przyjechać do
Izraela i być dumni z własnego, silnego i demokratycznego państwa. To im daje
energię, siłę i poczucie dumy. I mają pewność, że mają własne miejsce
na świecie.
– Diaspora to dla ciebie Borysław i dzieciństwo. Masz
swoje miejsce na świecie, jesteś ambasadorem Izraela w Polsce, ale cały czas
wracasz tam. I tutaj, do Polski.
Kiedy byliśmy z Rabinem w Polsce, w kwietniu 1993 roku, lecieliśmy
z Krakowa nad Ukrainą, Rumunią, Bułgarią i Turcją do Izraela. Lecieliśmy
nisko nad Galicją. Patrzyłem przez okno i szukałem Borysławia. Byłem nad
ziemią, na niebie, jak chmury. Czułem się jak chmura. A trzy miesiące później
już naprawdę pojechałem do Borysławia. Chmury to moje miejsce. Chmury są
smutne i ja jestem smutnym człowiekiem. Żyję w chmurach. Mówi się, że jak
człowiek żyje w chmurach, to ma iluzje.
– W Polsce człowiek „z głową w chmurach” to
marzyciel, oderwany od rzeczywistości.
U nas też. Ale ja nie z głową w chmurach, ja z duszą w
chmurach. To całkiem coś innego. Czasami myślę, że może te chmury zasłoniły
Bogu to, co się działo na ziemi. A co było wtedy, kiedy nie było chmur,
tylko świeciło słońce? Może to słońce za ostro świeciło, a jak się
patrzy na ostro świecące słońce, to też trudno coś dostrzec? Ale to jest
Jego słońce i Jego chmury. Dlatego cały czas czekam na odpowiedź –
„Gdzie był Bóg?”
Na rysunkach dzieci słońce zawsze jest uśmiechnięte. A dla
mnie słońce ma twarz Boga. Jak myślę o Bogu, to zawsze wyobrażam go sobie
albo jako słońce, albo jako bałwana.
– Takiego ze śniegu?
Tak. A jak patrzę na chmury, to widzę tam twarze ludzi, różne
obrazy, kompozycje. Maluję moją wyobraźnią na chmurach, na ścianach, na
sufitach. Może chmury to było moje jedyne dzieciństwo? Mówiłem, że nie znałem
nazw drzew, kwiatów, ptaków. Jako dziecko lubiłem patrzeć na chmury. Dzieci
się bardzo interesują chmurami, bawią się z nimi w wyobraźni. Chmury to
taka ucieczka od rzeczywistości.
Rozmawiamy cały czas o tym, co się stało tu, na polskiej
ziemi. Ale kiedy patrzę na polskie zachmurzone niebo, to zawsze myślę o tym,
że chmury widzą wszystko, co się dzieje na ziemi. I wtedy, w czasie wojny, też
widziały. Amerykanie czy Anglicy robili zdjęcia lotnicze obozów Zagłady.
Widziałem te zdjęcia. Wielu ludzi się pytało: „Dlaczego alianci nie
bombardowali tych obozów?” I są różne na to odpowiedzi: że nie
wiedzieli dokładnie, co się tam dzieje. Ale oni dobrze wiedzieli, były
przecież relacje Jana Karskiego. Albo że nie chcieli zabić więźniów tych
obozów. Trzecia odpowiedź była taka, że to nic by nie pomogło. A czwarta
interpretacja, najbardziej cyniczna, mówi o tym, że nie chciano, by opinia
publiczna uważała, że taką wagę przywiązują do sprawy żydowskiej. Bo
obozy Zagłady dotyczyły przede wszystkim Żydów.
I kiedy patrzę na chmury, to w wyobraźni ożywiam je,
przypisuję im cechy ludzkie. I wtedy myślę, że one cały czas widziały,
fotografowały to, co się działo na ziemi. Słońce też widziało. (...)

|