Jagiena.

 Autor: Małgorzata Sporek-Czyżewska

Współpraca: Urszula Korzeniecka

 JAGIENA.

Inna.

 Moja Babcia Jewdokia mieszkała daleko, w krainie jezior, jak lubił powtarzać mój Tata. Odwiedzaliśmy ją nieczęsto. Szczególnie uwielbiałam jeździć do niej latem na wakacje.
Wioska, w której mieszkała, leżała daleko od głównej drogi, pośród lasów i łąk. Wokół domu był nieduży ogród i sad, przed końcem wakacji oblepiony owocami. Pewnego razu, mimo lata mocno się przeziębiłam i z gorączką wylądowałam w łóżku. Babcia krzątała się wokół mnie.
– Och, gdyby Jagiena była na tym świecie, wszystko byłoby inaczej – szeptała, przykładając dłoń do mojego rozpalonego czoła i powtarzając po wielokroć imię Jagieny. Kiedy gorączka ustąpiła i czułam się lepiej, powiedziałam:
– Opowiesz mi o niej Babciu?
– O kim słoneczko?
– O Jagienie.
Babcia uśmiechnęła się i zamyśliła.
– To było w odległych czasach, dawno temu, kiedy byłam taką małą dziewczynką jak ty… – zaczęła miękkim głosem opowiadać, a ja ułożyłam się wygodnie, wspierając głowę na poduszce mojego łóżka.
 – Tak, to było bardzo dawno. Nie wiem, czy ktoś może jeszcze ją pamiętać? Chyba tylko stare drzewa Puszczy Augustowskiej szumią opowieść o niej, i to tylko wtedy, gdy mocny wiatr kołysze ich gałęziami.
…Jagieeeenaaa! Jagieeenaaa!
– A cóż o niej wiedziano, Babciu?
– Niewiele… że sierota, że nie wiadomo jak się tu znalazła, skąd przybyła, słowem obca. A wyglądała jak nasza. Jej wygląd nie różnił się wcale od wyglądu innych kobiet we wsi. Nosiła skromny ciemny sarafan, a pod nim rubaszkę. Do tego ciemny, na czoło zsunięty płatok, tak że nie było widać ani jednego kosmka włosów. Płatok różnił się od chust z ozdobnymi kiściami, jakie zakładały starowierki idąc do molenny. Na nogach miała rozczłapane „łapcie”, jak mówiła na kalosze, którymi głośno szurała. Tak „zaciągała nogami”, kiedy poruszała się po
swojej izbie z klepiskiem.
Wszyscy nazywali ją Jagiena, albo Baba-Jagiena. Była niewysokiego wzrostu, można rzec kruszynka. Takoż i jej dom był malutki.
 
Chatynka na kraju świata
 
Jagiena żyła w oddaleniu, – snuła swoją opowieść Babcia – na skraju wsi, naprzeciw gęstego lasu, przy wąskim gościńcu prowadzącym chyba donikąd. My, ciekawskie dzieci z wioski, uwielbialiśmy zaglądać do jej chutorku, bo był inny niż wszystkie we wsi, jakby zaczarowany. I dom jej maleńki był, przypominał stóg siana, któremu nasadzono daszek, jakby czapeczkę, a pomiędzy kołki stogu wstawiono deski tworzące ściany domku. Maluchna chatynka stała na góreczce przed brzózkami, tuż przy polnej dróżce prowadzącej donikąd, jakby świat tam już się miał kończyć.
Po przeciwnej stronie tej dróżki cienił się stary, gęsty las. Chatynka miała dwa małe okieneczka, a w izbie ceglany piec, łóżko i stoliczek. Puste ściany, tylko po wschodniej stronie ikona była przywieszona. Przed nastaniem zimy, Jagiena ciągała z pola zaczepione na sznurku gałęzie i patyki na opał. A od lata do jesieni w pobliżu jej chatynki górowały dorodne jesiony i rozrośnięte olchy.
A dalej hen, teren był podmokły, same bagna, gdzie nie gdzie to aż woda stała. Za to przy samym domku już od wiosny kwitły niecodziennych rozmiarów kwiaty, nieznane nikomu, intensywnie żółte, przypominające może dzikie dalie. Opierały się o ściany chatynki, wzajem się podtrzymując, i ciekawie zaglądały do wnętrza przez małe okienka. A dalej rosły już tylko wysokie trawy, krzaczowiska, a także duże kołyszące się łopiany w towarzystwie dorodnych pokrzyw.
Na wiecznie ciepłym piecu Jagieny stał czegunnyj garszok, taki żeliwny garnek, który mógł służyć latami, bo dobrze trzymał ciepło i najlepiej nadawał się do warzenia naparów z ziół, gotowanych długimi godzinami. W izbie pachniało wilgocią i ziołami.
Skąd Jagiena znała tajemnicę ziół? Nie wiadomo kto nauczył ją tej sztuki? Nie wiadomo. Takich sekretów uczą zazwyczaj matki i babki, bo to przez kobiety przekazywana jest najskrytsza wiedza o tradycjach dobrej kuchni i mocy uzdrawiających. A ona sierotą przecież była. Musiała się w tym kryć jakaś tajemnica.
 
Pieśń sieroca
 
– Babciu – rozgorączkowana opowieścią, przerywałam jej w pół słowa – a czy wiesz coś więcej o tej tajemnicy? Może choć rąbka mi jej uchylisz?
– Nie wiem, sama się domyśl. Jagiena lubiła często i sama chodzić do lasu, i to w porze gdy ledwie świtało. Zagłębiała się w niedostępne miejsca, żeby nikt jej nie widział i nie słyszał. Tam pełną piersią śpiewała. Nigdy nie zapomnę jej śpiewu. To była pieśń sieroca, pieśń samotności, rozpoczynająca się od lamentu zbolałej matki: Umolijała mat’ radnaja...
Śpiew Jagieny był tęskny, zmierzał wprost do nieba i wschodzącego na horyzoncie słońca. Gdy zakradałam się do lasu by jej posłuchać, czułam, że pragnęła, by pieśń usłyszała jej ukochana matka. Wcześnie ją straciła. To, co pamiętała, było jak przez mgłę.
Nauczę cię kiedyś tej pieśni, Jewdokijo. Gdy ogarnie cię smutek a życie zda ci się otwartą raną, nie znajdziesz lepszego lekarstwa od pieśni sierocej Jagieny. Nie raz ją w życiu śpiewałam i zawsze mi pomagała na ból duszy.
 
Zapach nie z tej ziemi
 
Wiele jeszcze innych tajemnic krążyło wokół Jagieny – ciągnęła opowieść Babcia, uprzedzając moje pytania – Na przykład niezwykły zapach, jaki roznosił się z jej chatynki. Jego moc wypełniała powietrze i niczym ogromna niewidzialna chmura już po chwili spowijała całą okolicę. Miał on w sobie niewysłowioną słodycz, z niczym nieporównywalną. Żadne określenia słowem nie wystarczyły, by wyrazić jego niezwykłość.
Czując ten zapach w powietrzu, ludzie wychodzili ze swych domostw, rozglądali się po świecie z niedowierzaniem, ich serca wypełniała radość i kojący spokój, a na twarzach gościł niewymuszony uśmiech. Zapach rozprzestrzeniał się, przenikał do najmniejszych zakamarków. Wpływał nie tylko na ludzi, ale i na zwierzęta. Oto koty rozciągały się leniwie, psy przestawały szczekać, krowy ryczeć, a ptaki wyśpiewywały radosne trele.
– Dzień dobry, szczęść Boże o poranku – wołał zawsze burkliwy sąsiad, który rozpoczynał dzień od narzekania na świat i ludzi.
Takie uśmiechnięte i radosne poranki zaczęły zdarzać się coraz częściej mieszkańcom naszej wsi, oddalonej od głównych dróg, ukrytej pośród puszcz i lasów. Podróżnych widywało się tu rzadko, czasem jakiś zbłąkany powóz wzbijał tabuny kurzu na piaszczystej drodze. Tak było i tego dnia, gdy z przejeżdżającej kolasy wyjrzała Pani w białej sukni i obszernym kapeluszu na głowie. Rozglądając się wokół ciekawie, rzekła:
– Czy to jakaś kraina szczęśliwości ukryta w lesie? Wszyscy tu mili i uśmiechnięci, a zapach jakby nie z tej ziemi.
– Nie, to nasza Jagiena sołoduchu warit – odpowiadali jej ludzie, wskazując na chatynkę na kraju świata.
– A jak ona gotuje, to świat się raduje – dodawali chórem inni, siedzący przed domami na ławeczkach.
I zanim przyjezdna Pani się zorientowała, już otoczyły ją kobiety by obdarować ją kwiatami nazrywanymi w swoich ogrodach.
 
Gromadka ciekawskich z jednym, co nie nadążał
 
– Nie bałaś się razem z innymi dziećmi z wioski tej innej, żyjącej na kraju świata, Babciu? – dopytywałam ją, sama czując jakiś lęk w sercu.
– Bałam się, a pewnie. I moi rówieśnicy też. Dlatego my, dzieci, nieczęsto zapuszczałyśmy się na skraj wsi. Jednak ciekawość wobec czegoś nieznanego, tajemniczego i niecodziennego rozpalała nasze umysły. Przecież ludzie gadali, że ona dziwna, nie wiadomo skąd się wzięła, taka sama, na uboczu. Siła naszej ciekawości była nie do opanowania.
Przemieniłyśmy się w gromadką ciekawskich, zapuszczających się tak blisko, jak to było możliwe, żeby ją podglądać. Z każdym dniem podchodziłyśmy coraz bliżej, aż dosłownie przemykałyśmy pod jej oknem. Jagiena wiedziała o tych naszych dziecięcych eskapadach do jej „królestwa na uboczu”. Mimo że lubiła swoje odosobnienie, przyzwyczaiła się do naszej obecności, czasem przyglądając się nam z oddalenia. Chyba nawet zaczęła rozpoznawać nasze sylwetki. Z życzliwością obserwowała Wanię, małego chłopczyka, najmłodszego spośród nas, który z
trudnością doganiał gromadkę pozostałych.
Pewnego dnia Jagiena spostrzegła, że w naszej gromadce brakuje Wani. Wyjrzała ze
swego okienka i zapytała:
– Gdzie jest chłopiec o lnianych włosach?
Tak to nas zaskoczyło, że nic nie odpowiedziałyśmy. Zaległa cisza.
– Ty, powiedz. – Nie, ty to zrób – szeptałyśmy między sobą.
– A może ty mi odpowiesz, Jewdokio? – Zdziwiłam się, że zna moje imię. Odważyłam się, zrobiłam krok do przodu i cichuteńko powiedziałam:
– Mały Iwan jest bardzo chory, uchodzi z niego życie.
Jagiena patrzyła na nas uważnie swoimi niebieskoszarymi oczami o jasnym, głęboko przenikającym blasku. Wyczytałam z nich, że bardzo przejęła ją wiadomość o chorobie Wani.
Niepokój musiał wkraść się do jej duszy, lecz nie dawała tego po sobie poznać.
– Przyjdźcie jutro rano, coś dla niego przygotuję - odezwała się stanowczo.
 
Uzdrowienie Wani
 
Jak tylko nasza gromadka poszła sobie, Jagiena – szurając po klepisku łapciami – rozmyślała, co ma uczynić. Widzę ją, jak z uwagą przegląda pączki suszonych ziół wiszące nad kuchnią. Nic jednak nie przychodziło jej do głowy. W nocy nawet na chwilę nie zmrużyła oka. Aż nastał świt. Niespodziewanie zerwał się wiatr i jego silny podmuch otworzył okno, gnąc rośliny i szeleszcząc ziołami. I nagle stało się coś nieoczekiwanego – Jagiena poczuła ogromny ciężar w swojej prawej dłoni. Ręka zaczęła jej rosnąć, a przedramię wysuwać się, niczym długi kij zakończony dłonią. Pewnie chwytała w nią garść żółtych kielichów tych dzikich kwiatów, co przypominały dalie, i mocno trzymała swą zdobycz. A potem, jakby nigdy nic, ręka powracała na swoje miejsce. Jakiś głos, z siłą nieznoszącą sprzeciwu, dyktował Jagienie co powinna robić,
podpowiadał kolejne kroki w działaniu. Słyszała też głos chłopca proszącego o pomoc. Nie oglądając się na nic, krzątała się po chatynce jak nakręcona, wykonując czynności, które głos jej nakazywał. A jej usta, jak w transie, po wielokroć powtarzały słowa: Gospodi Pomiłuj, Gospodi Pomiłuj, Gospodi Pomiłuj… Potem mówiono we wsi, że to było jej zagoworywanie, jakby jej usta szeptały coś w melodyjnym zaśpiewie, jakby rytmicznie coś zaklinały. Widzę ją też jak chwyta garnek żeliwny, rozpala ogień, wrzuca do niego garść zerwanych kwiatów, sięga po pąki suszonych leśnych ziół i gotuje. Niezwykłej mocy zapach wydobywa się z saganka, wypełniając wnętrze chatynki.
Tak, jak prosiła, nasza gromadka zjawiła się przed nią następnego dnia o poranku.
Serduszka nasze wisiały na niteczkach, w oczach kręciły się łzy, bo stan małego Wani się pogorszył, gorączka nie odpuszczała, leżał w łóżku bez sił, a rodzina spodziewała się najgorszego.
Jagiena wszystko wyczytała z naszych oczu i pobiegła do stojącego na kuchni saganka. Po przelaniu jego zawartości do butelki, podeszła do nas i stanowczym głosem nakazała:
– Niech Wania wypije tę miksturę. Ma ją pić codziennie, zaraz po zachodzie słońca, aż do czasu, kiedy choroba ustąpi.
 
Dłonie jak skrzydła anioła
 
Wieść o uzdrowicielskich mocach Jagieny szybko rozeszła się po okolicy. Do chatynki na kraju świata zaczęli przybywać ludzie potrzebujący pomocy, nieszczęśnicy, chorzy liczący na uzdrowienie. Jagiena – cierpliwie i bez wytchnienia gotując ziołowe napary i inne mikstury – zawsze
przypominała sobie to, co przytrafiło się jej przy uzdrawianiu małego Wani o lnianych włosach. Każdej nocy, kiedy była w służbie potrzebującym pomocy – tak, jak wówczas – jej dłoń wysuwała się na długim jak kij przedramieniu, by schwycić właściwy kwiat, by potem w saganie gotować pachnącą miksturę. Dłonie Jagieny zmieniały się, stając się coraz bardziej pomarszczone, stare, a jednocześnie lekkie jak skrzydła anioła.
– Pamiętam – coraz cichszym głosem mówiła Babcia, jakby chciała, abym przysunęła się do niej blisko – że podczas odwiedzin zastawałam ją siedzącą na ławeczce przed domem i się w swoje dłonie, coraz bardziej przypominające zmięty papier przez który przebijało się światło. A może jeszcze co innego? Jakby one same były światłem albo jakby to Jagiena użyczyła swoich dłoni światłu…
Zastanawiałam się, co to może oznaczać? Dlaczego się tak dzieje? Jaka drzemie w tym tajemnica? Coraz bardziej lubiłam do niej przychodzić. Najwierniej odwiedzaliśmy ją właśnie my, to znaczy ja Jewdokia i mały Wania, ten o lnianych włosach. On cały czas przytulał swą głowę do dłoni Jagieny, które go wyleczyły. Na tych słowach opowieść Babci nagle urwała się. Zobaczyłam łzę spływającą po jej policzku.
 
Pamięć śmierci się nie kłania
 
– Babciu, a pokażesz mi gdzie mieszkała Jagiena?
– O, tego domu dawno już nie ma. Wycięto drzewa, wszystko zarosło dziką łąką. A i ten las przy dróżce nie ten sam. Tylko czasem gdzieniegdzie zakwitnie zabłąkany i samotny żółty kwiat na długiej łodydze, przypominający dalie. Wszystko wygląda tam teraz inaczej. Nawet bagniska powysychały.
 
–- Ale zabierzesz mnie tam, prawda? – dopytywałam.
Babcia spojrzała na mnie badawczym wzrokiem .
–- Obiecujesz Babciu?
–- Obiecuję, ale najpierw musisz wyzdrowieć.
–- To już daj mi tego swojego gorzkiego syropku – powiedziałam pojednawczo.
Zasypiałam widząc Jagienę krzątającą się po chatynce, szurającą łapciami po klepisku. Teraz wiedziałam już na zawsze, że ludzie nie znikają, że są z nami tak długo, jak długo przechowuje ich nasza pamięć. Tak jak Jagiena pozostała na zawsze w sercu i pamięci mojej Babci Jewdokiji. A teraz także w mojej pamięci.

Komentarze:

Dodaj swój komentarz:

Imię i nazwisko:*

Adres e-mail:*

Treść:*

ładowanie...

Kod z obrazka:*

 

 pola oznaczone * są wymagane

Szukaj na stronie

Od 1 września

Dwór Miłosza w Krasnogrudzie

czynny od poniedziałku do piątku 10.00 - 16.00

 

 

 

 Instytucja współprowadzona przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego RP.

 

  Instytucja Kultury Województwa Podlaskiego

 

IV Kongres Archiwistyki Społecznej

"Krasnogrudzkie Archiwum Pogranicza. Opowieść Małgorzaty Sporek-Czyżewskiej" 

 

  

 

SEJNEŃSKA KSIĘGA BAŚNI- OPOWIADA POMYSŁODAWCZYNI BOŻENA SZROEDER

 

,,Atlas Sejneńskiego Nieba" 

wystawa Małgorzaty Dmitruk, Biała Synagoga

 

  

,,Żegaryszki II i Inne" 

wystawa Krzysztofa Czyżewskiego, Krasnogruda, aleja Gabrielii

 

 

  

 

 

Szanowni Państwo, drodzy Przyjaciele, kochani Rodzice, Sąsiedzi, Goście Sejn i Krasnogrudy, 

Bardzo zachęcamy do wsparcia Fundacji Pogranicze 1%-em Waszego podatku. Pomoc taka dla nas w dzisiejszych czasach jest jedną z możliwych dróg utrzymania naszego miejsca.  

Jak można przekazać 1% swojego podatku dla Organizacji Pożytku Publicznego jaką jest Fundacja Pogranicze? W zeznaniu podatkowym należy wpisać KRS Fundacji Pogranicze: 0000178248.

 

 

 

 

 

Oferta edukacyjna

Darowizny uzyskane przez Fundację Pogranicze

W związku z otrzymaniem darowizn, na podstawie art. 18 ust. 1f, pkt 2 ustawy z dnia 15 lutego 1992 r. o podatku dochodowym od osób prawnych (Dz. U. z 2011 r. Nr 74, poz. 397, ze zmianami), Fundacja Pogranicze podaje do publicznej informacji, że łączna kwota uzyskana z tego tytułu w okresie od 01.01.2020 r. do 31.12.2020 r. wyniosła 88.736,29 zł.

W 2020 roku Fundacja uzyskała również kwotę 9.545,20 zł w formie wpłat z 1% podatku oraz 5.667,98 z tytułu zbiórki publicznej nr 2018/2901/OR.

Otrzymane darowizny Fundacja Pogranicze w całości przeznaczyła na realizację działań statutowych.

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

INFORMACJA O POLITYCE PRYWATNOŚCI