Krasnogruda nr 12. SIARHIEJ ASTRAWIEC: Radziwiłłowskie trumny. Przeł. Mirosława Łuksza.

SIARHIEJ ASTRAWIEC 

Opowiadania 

Radziwiłłowskie trumny 
Opowieść o Agłabeldy, mumii i Twierdzy-Bohaterce 




W rejonowej restauracji na zapleczu staroświeckiego ratusza, dzisiaj Domu Pionierów, karmiono nędznie i nieapetycznie, całkiem nie po Radziwiłłowsku. Przed ratuszem Lenin prosił o coś ptaszki lub lotników, którzy strzegli go od balonów. Wzniósłszy rozpaczliwie ku górze swe zdrętwiałe, nieproporcjonalnie wielkie ręce, jak u burłaka albo ładowacza. Obok przechodził garnizonowy oficer z opaską na rękawie, która zupełnie nie pasowała do radzieckiego uniformu i gwiazdki z sierpem i młotem na czole. Drapieżnie niesocjalistyczny czarny radziwiłłowski orzeł bardzo przypominał orła Bundeswehry. Miał on jednako miast germańskiego białoruski proporczyk, w którym białe paski były zamalowane różowym flamastrem. Zgodnie z wynikiem referendum. Nie wiadomo, czy sam major o to się postarał, czy jego ordynans, czy syn-uczeń. Niegdyś Radziwiłł marzył, aby stanąć w spiżu na środku placu na koniu i nawet w rzymskiej todze jak prawdziwy imperator. Wokół powinni byli klęczeć niewolnicy o twarzach jego wrogów, ale już z tańszego żeliwa. Nic z tego nie wyszło, a zamiast Radziwiłła postawili Lenina, chociaż on nie marzył o tym i nawet nie wiedział, że istnieje rejonowe miasteczko Radziwiłłów.


Na placu ratuszowym chełpił się kołchozowymi referendalnymi sztandarami rejonowy komitet wykonawczy, wieszcząc, że rejon jest rolniczy, z przemysłem w powijakach, a wieśniacy wciąż noszą zgrzebne koszule z ornamentem. Przechodniom wzorowo przyglądała się galeria przodowników niemal wstrzymanej produkcji, którzy teraz mieli czas pozować do zdjęć. W dwóch samochodach z niebieskimi lampkami na dachu drzemały jawne siły ładu i porządku. W sklepach nie było żadnej kawy. Brama Słucka, widziana po raz pierwszy, witała białą obcością, anielską czystością. "Słu-uckaja bra-a-ma, świedka awantur" - usta powtarzały zasłyszane w słuchawkach słowa z magnetofonu. Brama była zasiedlona. Po prawej był tandetny półpusty sklep o gromkiej nazwie. Po lewej, po schodach na piętro, pracownia jubilerska. Pusty pokój z witrynką: pierścionki, kolczyki, krzyżyki. Nikogo. Za matowym szkłem wyła szlifierka, napełniając pomieszczenie szkodliwym pyłem. Kiedyś była tu kaplica, ksiądz w święta wychodził na balkon i pokazywał ciżbie wiernych obraz. Na dole mieściła się kordegarda, czuwała warta. Obecny ksiądz daremnie obijał progi, prosząc o zwrot kaplicy. Księdza traktowano podejrzliwie z uwagi na jego nieco polski akcent. 

Spojrzenie w lewo. Za sztucznym jeziorem z zielonych kęp, z cudzoziemska wyglądała wieża zegarowa miast wieży silosowej. Posąg z brązu w mniszej szacie trzymał w ręku otwartą księgę, proponując ją ulicznym czytelnikom, z białymi plamkami ptasich ekstremów na stronicach. Zobojętnieli czytelnicy stali odwróceni plecami do mężczyzny oczekując na rejsowy autobus. Ich ręce były obciążone fizycznym jadłem. Kamienica dźwigała na sobie dwa szyldy. Jeden informował, że człowiek z brązu za swego życia drukował tutaj pierwsze białoruskie książki, drugi powiadamiał, że obecnie w domu mieści się drukarnia rejonowej gazety "Czerwony Sztandar" i rejonowy oddział Związku Kresowiaków. 

Za plecami brązowego posągu ciągle jeszcze stał watykański kościół, do którego, z powodu nieustannej walki o mleczność i bitwy o plony, nie sięgnęły ręce władzy sowieckiej. Jak cacko. Drzwi były otwarte, ale nieufnie. Wnętrze wolno było oglądać przez kraty. Oczy do góry. Bajecznie pomalowane nie wyblakłymi jeszcze przez czterysta lat soczystymi farbami sklepienia i kopuły. Wrażenie egzotyczne. Nieoczekiwane podobieństwo do arabesek. Ale istota rzymska. Jan Maria Bernardoni? Stojącą osobno czerwoną dzwonnicę jakby pożyczono z zamirskiego zamku. Wewnątrz był widoczny dzwon. Czy żyje on? Czy ma jeszcze głos? Czy pamięta swą melodię? Czy nie pozbawiony serca? Żywy, pamięta, ale ileż można jedno i to samo powtarzać! Lepiej pomilczeć. On ma też akcent, który nie podoba się zwierzchności. 

My, wycieczkowicze, przyjechawszy z daleka białym autobusem z czerwonymi napisami, ciśniemy się w przysiadzie jak indyki koło otwartych okien kościelnych podziemi. Na oknach grube kraty, a w dole - trumny. Bardzo wielkie i nie bardzo. Ogółem niemal osiemdziesiąt. Staramy się zobaczyć jak najwięcej, lecz ledwo widzimy w półmroku pod każdym oknem po dwie-trzy trumny. Okien sześć. Jesteśmy wzruszeni i zakłopotani jednocześnie. Na niektórych trumnach zakurzone i wysuszone jak w muzeum wieńczyki, które poczerniały wraz z upływem czasu. Niektóre z sarkofagów związane drutem, ponieważ rozeschły się i popękały. Dębowe, wewnątrz metalowe. Wieka niektórych nieco zsunięte. Kto? Jak? Dlaczego? 

Ktoś pstryka - raz, drugi, jeszcze raz. Fotografowanie z fleszem. Po raz pierwszy i ostatni na tej wycieczce żałuję, że nie wziąłem aparatu fotograficznego. Została jedna klatka. Dla jednego zdjęcia nie chciało się brać. Myślę, że flesz rozjaśniłby trzy metry ciemności i zdjęcie by wyszło. Jedna klatka. Zakratowane dębowe trumny rodu Radziwiłłów. Magnackiego. Równorzędnego królewskiemu. Ale i głupców pośród nich nie brakowało. Oni - za kratami. Względem nas. My - względem nich. Wobec innych, my w ogóle za drutem kolczastym. Chce się dotknąć rękoma, ale nie wolno. 

Klucz ma tylko ksiądz. On je wietrzy. Ktoś ma pretensje do niego, że do sarkofagów nie wpuszcza wycieczkowiczów. A bardzo korci. Na pewno, aby zajrzeć do środka, albo, aby zostawić autografy. Nieświadome pragnienie napisać palcem swoje imię na zakurzonych trumnach. 

Stary ksiądz dobrze pamiętał pięćdziesiąty trzeci rok. Gdy zaczął psuć się Lenin. I gdy politbiuro zebrało się, aby podłożyć mu sąsiada. Partyjny pseudonim "Koba". Który również wymagał balsamowania. Pewniejszego niż leninowska receptura. I oto wtedy przyjechali z Moskwy odpowiedzialni towarzysze. W białych kitlach, z instytutu naukowo-badawczego - INB Balsamowania Przywódców Proletariatu. Kołchozowego chłopstwa. Inteligencji pracującej. I całej postępowej ludzkości. Białe kitle wydano im na Łubiance. Moskiewscy goście bezceremonialnie rozbili zamki sarkofagów, otworzyli je, zobaczyli Radziwiłłów, od których odcięli nożyczkami kawałki brody, włosów, ubrania. 

Więcej nie wiadomo. A stary ksiądz milczy. On w pięćdziesiątym trzecim był jeszcze na Kołymie. W promieniu tysięcy kilometrów nie było kościołów. Tylko za oceanem - na Alasce. Odebrano mu nawet brewiarz. Ale on znał modlitwy na pamięć, jak obozowi strażnicy regulamin służby garnizonowej i wartowniczej, pepeszę, krótki kurs WKP(b). Tymczasem trup Lenina zaczął się rozkładać, psując powietrze w mauzoleum obok muru kremlowskiego. Mechanizm kremlowskich kurantów ze smutku tracił rytm, a kremlowscy kursanci, a dosłownie mówiąc - ochrona z karabinami na ramieniu, zaczęła od smrodu tracić przytomność. Politbiuro od razu utajniło tę informację, jednakże ona mimo tego przeniknęła do wrogich rozgłośni i na stronice zachodnich gazet. 

W pododdziale medycznym poszkodowanym za sprawę idei kursantom, dostarczonym do drzwi mauzoleum, okazywano niezwłoczną pomoc lekarską i dawano poza kolejnością przepustkę do miasta. Musieli oni stać przed drzwiami jak posągi również po nocach, kiedy nie trzeba było prężyć się pod publikę, a również w najgorszą pogodę. Jednakże oni nie zwracali uwagi, im odpowiadała ich sytuacja. Napełniała ich dumą. Ich lepiej karmiono i ubierano. Oni bardziej podobali się dziewczynom. Strażnicy byli radzi, gdy fotografowano ich razem z mauzoleum i napisem na nim. Zwłaszcza gdy robili to bogaci cudzoziemcy z aparatami fotograficznymi zawieszonymi na szyi, którzy zazdrościli nieśmiertelności Iljicza i jego idei. Kremlowska warta chciała stać stale. Jednakże pewnego razu eksponat, dzięki któremu odbywali taką stołeczną służbę, zaczął wydzielać niezbyt przyjemną woń. 

Pracownicy INB mauzoleum, którzy również byli dumni, otrzymywali lepsze wyżywienie i byli również sprawdzeni na nieugiętość do siódmego pokolenia, pobierali diety, naostrzyli swe nożyczki i wyruszyli do rejonowego miasta Radziwiłłów, gdzie w szybkim tempie budowany był komunizm i przejście na ogólnokomunistyczny język. Dlatego też nie pojechali oni błąkać się wśród egipskich piramid lub po British Museum, który pozbawił nadnilskich mieszkańców większości ich mumii. INBiści marzyli o nowych rozprawach i stopniach naukowych. Doktor balsamowania przywódców, profesor nauk mauzolealnych, docent gensekoznawstwa - lub też o czymś podobnym. 

Ochrona mumii gwarantowała bilet do lepszego życia. Ochroniarzy chętnie przyjmowano do partii, dokąd, jak i do mauzoleum, cały czas była kolejka. Nie tylko bez problemów, ale nawet z radością przyjmowano ich na uczelnie i do szkół oficerskich. Mając tak łatwe życie, zapijali się oni często, przesiąkając spirytusem na podobieństwo ich ulubionej mumii-karmicielki. 

Uczeni z instytutu przy mauzoleum również spożywali spirytus metodycznie i w wielkich ilościach, którego do celów naukowych zawsze mieli pod dostatkiem. Mawiali nawet, że w ich instytucie istniała specjalna wytwórnia spirytusu. Masowo oderwać się od zgubnego nałogu udało im się tylko raz, gdy całą grupę pracowników wysłano samolotem czarterowym do miasta Szypka, gdzie tamtejsze politbiuro na posiedzeniu zamkniętym również postanowiło zabalsamować swego ukochanego genseka. Od tamtych szczęśliwych dni kremlowscy goście regularnie odwiedzali mauzoleum w Szypce w celu kontroli stanu ciała mumii, reżimu temperaturowego i jakości młodego szypkowskiego wina, które radowało serca i nie tumaniło w głowach. 

Ochrona mauzoleum, ubrawszy się po cywilnemu, odwiedzała Szypkę jeszcze częściej, aby skontrolować, czy warta honorowa kroczy jak należy, czy odpowiednio podnosi czubki butów i nie mruga oczami podczas bezruchu. Lubili oni nie tylko wino, ale jeszcze bardziej mocne szypkowskie winiaki. I szypkowskie dziewczyny o oczach, które, przepraszam za porównanie, są naprawdę czarne z oliwkowym blaskiem - jak oliwki, którymi dobrze zakąszać winiaczek. One bardzo lubiły rosyjskiego żołnierza Aloszę odlanego z brązu i stojącego na placu w Szypce. O nim śpiewał wzruszającą pieśń rosyjski artysta ludowy Jakow Mawzon. Szypkowskie dziewczyny nie mogły tylko ścierpieć śmierdzących papierosów "Szypka" bez filtru, które w celu umocnienia przyjaźni między narodami, na specjalne zamówienie politbiura, produkowała moskiewska fabryka tytoniowa. Ochronie mauzoleum wydawano je jako suchy prowiant. Państwo w ten sposób oszczędzało, bo papierosy z filtrem były wówczas deficytowe. 

Sarkofagi. My w żaden sposób nie możemy oderwać się od widoku, który każdy widział po raz pierwszy. A w dębowych trumnach Radziwiłłowie, o potędze których dzisiaj można tylko marnie powspominać. Wzdychając. Z rozczarowaniem. Po naszaniwsku. Niegdyś jedna z kobiet rodu Radziwiłłów nawet wspomagała Białorusinów pieniędzmi. Akurat "Naszą Niwę" na literaturę współczesną. Ale to wyjątek. Panowie nie lubili, aby nazywano ich tak jak chłopów, którym poświęcona była większość wierszy naszaniwskich poetów. 


Agłabeldy, rosyjski artysta z Czukockiego Okręgu Autonomicznego, zawsze marzył, aby zobaczyć na własne oczy jedyną w świecie Twierdzę- Bohaterkę. Napisał podanie do swojego mini ministerstwa kultury. Wszyscy mówili mu że tamtejsi mieszkańcy - ziemniakojedzi - to ludzie nowego hartu i pod względem zobojętnienia zajmują w Związku Sowieckim drugie miejsce po samych Czukczach. 

Czukocki gwiazdor estrady lubił oglądać popularny czarno-biały film o ich przywódcy. Film nosił właśnie taką nazwę "Przywódca Czukotki". A przewodził Czukotce i Czukczom jakiś cwany kartoflarz, wprawdzie nie z Twierdzy, ale z innej mieściny. Wedle krótkiego kursu WKP(b) przysłała go do Czukczów ojczysta kompartia bolszewików, chociaż nie jest to takie pewne. Możliwe, iż był on zbiegiem z katorgi, dokąd trafił za polski separatyzm. Ale w katordze, dzięki samokształceniu, przeistoczył się w ofiarnego zwolennika ziemniaków i białoruskiego patriotę. Tak przynajmniej informuje jedna emigracyjna książka, która ukazała się później w Nowym Jorku. 

Ten świadomy Białorusin miał skądś amerykański ręczny karabin maszynowy i skrzynię nabojów do niego. Przy pomocy erkaemu i niemal zupełnie niepiśmiennych Czukczów, których uzbroił i nawet nauczył jako tako chodzić krokiem marszowym i wykonywać rozkazy, Białorusin wypędził z Czukotki amerykańskich interwentów. Zostali oni zepchnięci w wody Cieśniny Vitusa Beringa a potem zdegradowani przez swoje dowództwo do szeregowców, ponieważ nie udało im się dołączyć Czukotki do Alaski. 

Wskutek wiecznej zmarzliny, braku ziemniaków i totalnego śnieżnego pustkowia, przywódcę Czukotki dość szybko, po pokonaniu amerykańskich zaborców, ogarnęła melancholia. Zatęsknił on do łanów ojczystych, brzózek i sosen. W składzie jego pospolitego ruszenia i mieszkańców znalazło się jeszcze kilku ludzi z krainy ziemniaczanych poletek. Utworzyli oni ziomkostwo, zaczęli prenumerować ojczyste gazetki i pewnego razu wraz z przesyłką otrzymali list ekspresowy od rządu Białoruskiej Rzeczpospolitej Ludowej z nie byle jakimi pełnomocnictwami. Do powołania czukockiej filii BRL! 

Pewnego razu, w słotę, odbyło się walne zebranie hodowców jeleni, łowców morsów i szeregowych mieszkańców. Z rewolucyjnym zapałem przyjęli oni jednomyślnie kilka deklaracji - o nieistnieniu Imperium Rosyjskiego, o prawie narodów do samostanowienia i ostatnią - o proklamowaniu "niepodległo-suwerennej Czukocko-Białoruskiej Rzeczpospolitej Ludowej". Przez niemal całkowicie zamarzniętą cieśninę wysłani zostali na wschód najlepsi myśliwi na irtach, z lekkimi kajakami ze skór jelenich - w psich zaprzęgach. Dobrnęli oni, przepłynąwszy wodę, do Ameryki i przekazali tamtejszemu gubernatorowi futro jelenie wraz z papierami zawierającymi apel o uznanie niepodległości nowego państwa, propozycję wymiany misji dyplomatycznych i niezwłoczne przysłanie wojskowego oddziału ekspedycyjnego w celu obrony młodej republiki przed dzikimi bolszewickimi hordami. Studiowanie więc historii WKP(b) nie jest wcale takie interesujące. 

Nieco niezwykły "czukocko-białoruski" związek, przywódca Czukotki uzasadnił miejscowemu churałowi istnieniem gdzieś tam Litewsko-Białoruskiej, a więc nie całkiem słowiańskiej, Rzeczpospolitej. Nikt zasadniczo nie protestował dowiedziawszy się, iż samo ziemniaczane państwo znajduje się gdzieś niedaleko Berlina i Paryża, i że mianowicie jej przedstawiciela tubylcy obrali gubernatorem Wysp Hawajskich - pięćdziesiątego stanu Ameryki. A Czukotka, jak obiecał przywódca, może zostać pięćdziesiątym pierwszym albo czterdziestym dziewiątym, jeżeli nastąpi jej zjednoczenie z Alaską, z którą to rozeszły się wskutek procesów tektonicznych. 

Z listy białoruskich osiągnięć publika przyjęła podejrzliwie tylko wiadomość o tym, iż żona Lenina jest z pochodzenia Białorusinką. Ale przywódca wyjaśnił, że ona jest swego rodzaju "naszym agentem", który hamuje i neutralizuje zbytnio krwiożercze humory swego męża. Biorąc odwet za prymat i dyktat nielicznych Litwinów (wraz z Żydami) w Rzeczpospolitej Litewsko-Białoruskiej, przywódca Czukczów umiejętnie wyłożył sens swojego urzędu - powołał się na naczelnika państwa polskiego, również, nawiasem mówiąc, Białorusina, Józefa Piłsudskiego, który przeobraził się w Polaka (więc jeszcze bliżej Paryża) po tym, jak carscy satrapowie zesłali go na katorgę niemal na Czukotkę - na pięćdziesięciostopniowe mrozy i wieczną zmarzlinę. 

Amerykanie poczuli się nieco obrażeni i sprawa utknęła w biurokratycznej machinie. Dopóki kongres i senat oraz prezydent dywagowali nad potrzebą jednoczesnego istnienia aż tylu białoruskich republik, nie ostała się żadna z nich. Pomoc wojskowa okazała się całkowicie zbędną. Rozwiązywanie białoruskich problemów odłożono na daleką przyszłość, Clintonowi. 

Nie doczekawszy więc urzędowego zaproszenia do Twierdzy-Bohaterki, Agłabeldy kupił bilet kolejowy i pojechał na koszt własny. Cały tydzień wlókł się, aby spełnić swoje rojenia i objadł wagon restauracyjny, który bardziej przypominał bar niż restaurację. Na dworcu wysiadł na stronę warszawską, na wszelki wypadek walizkę zostawił w przechowalni i w taksówce zwiedził historyczną twierdzę. Później znów wsiadł do swojego wagonu, w którym przez te dwie godziny zmieniono sowieckie koła na zachodnie. Agłabeldy dojechał do Paryża, tam trochę przeistoczył się w antysowietczyka zostawszy na emigracji. Nie wiadomo, dlaczego to uczynił, KGB, nawet zmieniwszy nazwę, nie może do dziś tego rozgryźć. Wiadomo tylko, że wszystkiemu jest winna zagraniczna propaganda, bo Agłabeldy zaczął nawet występować w paryskim studio Radia "Swoboda" przeciw sowieckiej władzy na Czukotce, dopóki filii tej ze względów oszczędnościowych nie zamknięto. Agłabeldy musiał zmienić image, aby zostać szansonistą i incognito śpiewać w przejściach podziemnych. Raz mu nawet dała datek sama Raisa Gorbaczowa, bo akurat nastała pierestrojka i pozbawiła czukockiego barda honorariów radiowych. 

Pewnego razu zaproszono go w końcu do Twierdzy-Bohaterki, aby radować dwóch zaprzyjaźnionych prezydentów - kremlowskiego i miejscowego - piosenkami ich młodości. Ostatniemu podobała się zwłaszcza piosenka "Uwiazu ciabie ja w tundru", a także "Stuardesa pa imieni Żana". W twierdzy, w przerwach między salwami, Agłabeldy wykonywał sowieckie pieśni patriotyczne z towarzyszeniem chóru i orkiestry uhonorowanego orderem czerwonego sztandaru okręgu wojskowego, w którym rozpoczynał swoją pokrętną drogę do błyskotliwej kariery sam Szura Bałaganow - prezydent. Wskutek świątecznych salw armatnich, chociaż ze ślepych nabojów, raptem runął stumetrowy betonowy obelisk ważący sześćset dwadzieścia ton. Nic w tym dziwnego, gdyż już w trakcie budowy obiekt ten zwalał się kilkakrotnie. Więc nikt się nawet bardzo nie zdziwił. Zwłaszcza że runął w stronę Polaków, którzy przestali kochać Układ Warszawski i zaczęli umizgiwać się do NATO, co nie podobało się obu prezydentom. Orkiestra została zagłuszona rumorem, a konsylium zamiejscowego wojskowego szpitala polowego wykryło objawy urazu u solisty. Baterię artylerii pokrył gruz od obelisku. Z muzyką trzeba było skończyć. Ale za to Bałaganow pokazał Borysowi Mojsiejewowi swoje łóżko w koszarach i automat Kałasznikowa, z którym jako pogranicznik KGB eseseser strzegł warszawskiego mostu i gigantycznego obelisku w twierdzy. (Automat był oczywiście inny. Tamten dawno spisano ze stanu i w postaci pomocy humanitarnej wymieniono na coś u afrykańskich powstańców przeciw ich tyranii.) Agłabeldy otrzymał osobiście z rąk prezydenta honorowy dyplom za męstwo i skierowanie do radziwiłłowskiego sanatorium, gdzie go i spotkaliśmy. 


Na bramie radziwiłłowskiego parku kultury i odpoczynku ludu pracującego imienia Wołodarskiego nie było już ani czerwonych gwiazd, ani wyrwanych z nich i brutalnie zerwanych z naszego czerwono-zielonego sztandaru złocistych sierpa z młotem. Zgodnie z wynikiem pierwszego referendum. Zamiast nich na obu bramach znalazły się zrywające się do lotu drapieżne orły. Bodajże takie same jak w Bundestagu - na całą ścianę za trybuną. Z pewnością, rejon sprzedawał swoją produkcję rolną do Niemiec. Za bramą - droga. Niegdyś po niej Radziwiłłowie szaleli od przepychu: latem posypywali solą i jeździli saniami z niedźwiedziami z Akademii Smorgońskiej w zaprzęgu. Wdzięczny lud zbierał potem deficytową "białą śmierć" dziękując Panu Bogu za łaskę. 

Zrobiliśmy zdjęcie na tle orłów. Z obu stron drzemały sztuczne stawy wykopane ongiś zniewolonym ludem. Potem powitał nas żołnierz, jakby milcząco pytając o przepustkę na teren. Tak, tak! W Radziwiłłowie również jest typowy rosyjski żołnierz Alosza, który doszedł do Szypki i zbrązowiał. U siebie, w związku, w celu zaoszczędzenia surowca odlewano ich często z gipsu i cementu, jednakże radziwiłłowski Alosza był taki jak należy, prawdziwy. Z brązu. Ze względu na potencjalnych tutaj zagranicznych turystów. Hełm, pepesza, buty ze skaju. Znaną piosenkę o nim wykonywał zasłużony rosyjski artysta Muslim Magomajew, który nagrał ją jako popularny radziecki przebój epoki rozwiniętego socjalizmu na małą czarną płytę winylową. W podmoskiewskim wszechzwiązkowym studio gramofonowym "Melodia". W miasteczku Aprelewka. 

Przed mostem, przez rów z wodą, witała cementowa ojczyzna-matka, na którą zabrakło brązu. Chruszczowowskiej sztampy: z pękatym biustem i kulą w prawej ręce - rogatą niby z dwoma lontami naraz. Jakby mówiła: "Jesteśmy zrodzeni, aby marzenia wcielić w czyn". Murowana, z pomieszczeniami na górze, długa jak tunel brama zamkowa żwawo informowała, że niebawem znajdziemy się w międzykołchozowej lecznicy imienia Timiriaziewa. Nieco zdziwieni obecnością książęcego herbu powyżej nazwy, zaznajomiliśmy się z treścią dwóch żelaznych tabliczek. Lewa uprzedzała, że "zamek Radziwiłłów" i że "podlega karze zgodnie z prawem". Druga poprowadziła w rewolucyjną przeszłość. Tutaj pierwszy zjazd trzeźwych żołnierzy zachodniego frontu przyjął rezolucję o "bezwzględnym przestrzeganiu rewolucyjnego ładu w armii". 

Wielce wzbogaceni w wiedzę historyczną, przeszliśmy przez tunel bramy i znaleźliśmy się na słonecznym dziedzińcu, gdzie musieliśmy się zapoznać z wykładem o 365 pokojach pałacu i złotych apostołach, którzy gdzieś tajemniczo znikli. Chętnych na nich było tylu, że Radziwiłłowie nie nadążali robić woskowych duplikatów z trupów. W ten sposób stworzyli oni galerię postaci woskowych, podczas gdy czegoś podobnego nie było nawet w Londynie. Rozglądamy się naokoło. W otworach dział wkopanych na sztorc spoczywały niedopałki papierosów. Zegar na wieży wskazywał niepojętną godzinę. Między oknami gabinetu zabiegowego wisiał polsko-białoruski poeta Syrokomla. Tandetnie zapraszały do wnętrz pałacu szyldy prywatnych sklepików. Nad drzwiami sanatoryjno-timiriaziewskiej administracji wyłaniał się wpółzatarty łaciński napis. Aforyzm, sentencja, wskazówka? 

Nasz przewodnik z zachwytem opowiadał o ukrytych skarbach Radziwiłłów, których sam nie widział. O dzielnych rosyjskich oficerach, którzy w 1812 roku popruli pierzyny i poduszki, porozbijali pałacowe kominki i wszystkie co do jednej szyby, szukając książęcych bogactw. W zimowym powietrzu kłębiło się białe gęsie pierze. Szwadron latających husarzy. Sam Radziwiłł, próbując bez powodzenia wyzwolić kraj od Rosjan, z powodu tego awanturnika Napoleona, musiał uciekać razem z Francuzami. 

- A czy wiecie - odezwał się po białorusku, potęgując ogólne zdziwienie półdrzemiący na sąsiedniej ławeczce pensjonariusz - i teraz ludzie szukają, zwłaszcza gdzieś schowanej kasetki ze srebrnymi widelcami i łyżkami, opukują ściany w salach, gdy w pobliżu nie ma lekarzy. Lekarze również szukają. Ale pensjonariusze bardziej, aby zdążyć w czasie turnusu. Innych zajęć tutaj nie ma: zabiegi, gazety i poszukiwanie skarbów. 

- A pan osobiście? - zainteresował się przewodnik. 

- A po co mi te łyżki? Mam własne w domu. Ja bym chętniej znalazł ten podziemny korytarz od Radziwiłłowska do Zamirza, przez który karetą jeździli... - rozmówca przybrał marzycielski wygląd, ale po chwili zreflektował się i pochwalił: - A u nas dzisiaj wystąpi Agłabeldy! Bez playbacku. 

Afisz rzeczywiście zapowiadał, że trafimy na koncert. Ale się nam udało! W sanatorium dla pracowników pól i zagród ma wystąpić sam Agłabeldy. Z popularnymi piosenkami, z artystyczną recytacją epopei o przywódcy Czukotki zrehabilitowanym przez sowiecką władzę podczas chruszczowowskiej odwilży. Tylko jeden koncert w Republice-Bohaterce! 

Po paradnych schodach, jak niegdyś zamożna szlachta, magnaci, a nawet sami królowie, wchodziliśmy na górę - tam, dokąd "osobom postronnym wstęp surowo wzbroniony". Za stolikiem dozorcy obudziła się pijana kobiecina w białym kitlu, widać było, że to sprzątaczka. Upiła się ona z powodu mizernego zarobku i dlatego, że w żaden sposób nie nastąpił najpierw komunizm a następnie rynkowy socjalizm. Również dlatego, że nigdzie nie ma kasetki z widelcami i łyżkami, które były własnością gospodarzy pałacu do czasu jego sowietyzacji. Zaczęła ona nieładnie kląć, ale nasz przewodnik tknął jej pod nos papierek i baba umilkła od nieświadomego szacunku dla władzy sowieckiej i odbitek pieczęci herbowych. 

Panie i panowie zostawiwszy karety wchodzili jeszcze wyżej - do sali balowej, gdzie oczekiwała orkiestra kameralna, aby zagrać Haydna lub Glucka, albo kapela janczarska, aby wyrżnąć miedzianymi czynelami, walnąć wielkim tureckim bijakiem, by metalicznie przeraźliwie huknęły tołumbasy i zawirował mazur. Dzisiaj w sali tańczono nowocześnie, w rytm żwawych pohukiwań z głośników "Atatasa! Baw się, robotnicza klasa!" I tylko same kobiety. Mężczyźni tradycyjnie zabawiali się gdzieś przy butelce. Czekali, aż damy zawołają. W kącie ćwiczyły najlepsze dojarki rozkładając w skupieniu pompy do dojenia. Miał się odbyć konkurs "A nu-ka, żenszczyny!" Ćwiczenia te obserwowała ze ściany nie rodzina Radziwiłłów, lecz Suworow, Kutuzow, pierwszy prezydent republiki, uczestnicy suworowskiego przemarszu przez Alpy szwajcarskie i obrony Szypki przed tureckim jarzmem. Agłabeldy szykował się wystąpić później - po programie telewizyjnym "Wremia" podczas nocnego show "Przyjaźń narodów", dlatego też nie czekaliśmy. 

Przewodnik wyprowadził nas na taras, abyśmy zobaczyli okolicę. Za wielkim sztucznym jeziorem jak ośnieżony wierzchołek odległej stąd, gdzie tylko błota i melioracja, góry emanowała bielą Brama Słucka. Żelazne ogrodzenie tarasu zdobił herb Radziwiłłów z koroną (niebieska farba zaczęła się łuszczyć). W kącie, na równie niebieskiej ławce, siedzieli dwaj mężczyźni z cudzoziemskimi skośnymi oczami. "Toż to sam Agłabeldy", omal nie tracąc przytomności wyszeptała jedna z naszych kobiet, która w szkolnych latach zbierała fotosy sowieckich piosenkarzy. 

Rzeczywiście, sam Agłabeldy osobiście siedział z mężczyzną, niejakim Łatypem Urałowym, który starym zwyczajem palił niepopularną już "szypkę". Czukocki piosenkarz pokazywał mu najdroższy miejscowy banknot z folklorystycznym ornamentem, bohaterską twierdzą i po raz pierwszy z nieczytelnym faksymile naczelnego bankiera. On, niepotrzebnie szeleszczący i wielki, skapitulował przed drugim frontem i land-lease’m, które niegdyś przeprawiały się przez Alaskę i Czukotkę. Za 50-tysięczny banknot z bohaterską cytadelą można było kupić kilogram gotowanej kiełbasy lub trzy dolary USA i porcję lodów. "Zdrada!" - oniemiałym głosem krzyczeli po rosyjsku z różnymi akcentami obrońcy trzynastu narodów i narodowości, w tej liczbie i Czukczowie, którym nie powierzano obrony Czukotki od Alaski do Komsomolska nad Amurem przed samurajami i kamikaze. 

Łatyp udawał biznesmena, który chce handlować z Radziwiłłowem paluszkami kukurydzianymi. A w rzeczy samej zamierzał on nocą, w czasie popisów Agłabeldy’ego, gdy całe radziwiłłowskie kierownictwo będzie balować w pałacu, dostać się do kościelnej krypty. Otrzymał on zadanie wykraść przepis balsamowania, który jeden z Radziwiłłów przywiózł onegdaj z pielgrzymki do Jerozolimy. Był to program maksimum. A w najgorszym przypadku musiał on odciąć kawałeczki od radziwiłłowskich mumii. On miał samochód z dyplomatyczną rejestracją. 

Podeszliśmy i zapoznaliśmy się z drogimi gośćmi. Zrobiliśmy zrzutkę i wysłaliśmy umyślnego do sklepu. Kompan piosenkarza bardzo wychwalał naszego prezydenta-integratora. Wówczas jeszcze nie przypuszczałem, iż główną misją Łatypowa było jeżdżenie do nas w celu odcinania kawałków od Radziwiłłów. Bo ich Lenin znów zaczął cuchnąć. Dlatego zamknięto mauzoleum. A prezydent naszej Republiki-Bohaterki obiecał kremlowskim leninistom, że gdy oni znowu obejmą władzę, będą mogli w dowolnej chwili przyjeżdżać do twierdzy i Radziwiłłowa, a nawet zabrać do swojego INB jeden sarkofag i w tym celu Szura podpisał utajniony dekret o ich nacjonalizacji. 

Ale o tym Łatyp milczał jak ryba. A wiedział dużo! Jakże czasem korciło wykazać się swoim doświadczeniem i przebiegłością, zwłaszcza przed kobietami. Trudno się powściągać, gdy obok naiwnie dywagują o polityce, widząc tylko czubek góry lodowej... W barze plażowym przy sąsiednim stoliku wychwalają ostre charczo i egzotyczny cocktail nie mając pojęcia o recepturach, składnikach, całej kuchni! Czekoladowe szypkowskie dziewczyny w plażowych miniówkach paliły "stewardessę" i pokpiwały zeń gdy on zaciągał się "szypką". Ach, cóż to były za perspektywy! Wspólnota socjalistycznego wyboru, wspólny alfabet - cyrylica i sporo nazwisk (np. Iwanow, tylko z akcentem na inną sylabę), wreszcie jedna i ta sama prawosławna religia, którą jeszcze niedawno oficjalnie traktowano jako opium dla mas. Podczas kolegowania z szypkowskimi dziewczynami wypłynął nawet pomysł zjednoczenia braterskich państw na bazie mauzoleów i miłości do Aloszy. Mauzoleiści żałowali jeno, że skończą się zagraniczne delegacje - do Szypki, gdzie własne pieniądze tugriki, woda mineralna "Nazran", smakowity złocisty pięciogwiazdkowy winiaczek i smagłolice piękności, które rozmawiają po rosyjsku nieco nieprawidłowo, z podniecającym akcentem. Jednakże później, gdy Szypka i Kreml całkiem rozeszły się w odmienne strony i kapitalistycznie podrożały szypkowskie uzdrowiska i miłość dziewczyn, jeszcze bardziej zachciało się zjednoczenia, autentycznego. Trochę nadziei wniósł Borys Moisiejew przed eskapadą do Twierdzy-Bohaterki. Niespodziewanie zaproponował on Szypce dołączenie do dwoistego związku RS, aby uczynić go troistym na bazie wspólnej religii i alfabetu. 

Mnie cały ten kombinat, szczerze mówiąc, nie spodobał się już na początku. Nie mam zaufania do wszelkich wikingów zza Orszy. On należał do tego rodzaju obcoplemieńców, którzy stają się bardziej rosyjscy niż sami Rosjanie, jeżeli, oczywiście, zaufać Leninowi (pełny zbiór utworów, t. 20, s. 354). O swoich podejrzeniach ja, jak zazwyczaj - nikomu. Gdyby chociaż zajrzeć do jego, na pewno podrobionych, dokumentów. Ale on lisek-chytrusek - Hurra! - Łatyp, tylko dał w gaz. Za to czukocki piosenkarz spąsowiał od razu, smętnie zaśpiewał "Ach kakaja żenszczyna! Mnieb takuju!" Potem ogólnie "Ty maja bańka, ja twoj tazik". Krótko mówiąc, współczesne kremlowskie przeboje. A Czukcza raptem się przyznał, że on pewnie jest wnukiem samego przywódcy Czukotki, dlatego stale czuł ciągotę do twierdzy. Nadszedł czas rozstania, wzruszony Agłabeldy jako człowiek Północy markotnie zaintonował "Kasiv Jaś kaniuszynu" - siedem razy, jak zdarta płyta. Zrobiło się komicznie. Ostatni toast - za białorusko-czukocką przyjaźń narodów, za korzystanie z czukockich portów przez nasze okręty podwodne i za jeszcze jakieś dziarskie głupstwo. Ja poprosiłem piosenkarza, aby wykonał na ostatnie życzenie "Maszę z Urałmasza", ale on w żaden sposób nie mógł przypomnieć całego tekstu. 

Zamkowe mury jak egzema czy inne dreszcze ogarnęła miałkość, razem z tynkiem kruszyły się cegły jak zaniedbane zęby. Ja po raz pierwszy nie miałem ochoty wziąć kawałka "na pamiątkę", było odrażająco. Sztuczne jeziora łańcuchem otoczyły zamek. Niegdyś gwoli radości publiki z polecenia Radziwiłłów inscenizowano tutaj bitwy morskie, bitwę pod Trafalgarem. Zionęły bitewnym ogniem działa pokładowe, mnożąc zabitych i rannych. Ale my niczego już nie widzieliśmy. Raptem pokropił delikatny deszczyk w słonecznej poświacie. W alei brązowych popiersi skromny bukiecik z drobnych polowych kwiatków był złożony tylko Janowi Marii Bernardoni. Ciekawe, że drugie imię po matce a nie po ojcu. Ciężko się przyzwyczaić. 


Późnym wieczorem siedzieliśmy w pokoiku internatu daleko od Radziwiłłowska w byłej stolicy niegdysiejszego Wielkiego Księstwa. Przed ruinami zamku stała gipsowa kobiecina, identyczna jak radziwiłłowska. W prawej ręce miała ona prawdziwą kulę armatnią z epoki średniowiecza, stos których widzieliśmy potem w skromnym miejscowym muzeum krajoznawczym. Kulę bez dziwacznych lontów, gładką. Baba-gigant. Ideał czasów moralnego kodeksu budowniczych komunizmu. 

Pili litrową wódkę Kazakoff, dobrze chociaż że nie Suvoroff, którego portretów mieliśmy powyżej dziurek w nosie. Potem jeszcze jakąś radziwiłłowskiego rozlewu, piekącą, tandetną. Nie ma tego, co dawniej, jak rzekł poeta. Wszystkie toasty tkliwe - za Radziwiłłów, za ich trumny. A również za ostatki rodu - jego żeńskie odgałęzienie. Interesujące, jak w końcu demokratycznej odwilży zagraniczny minister, dzisiaj antysowiecki funkcjonariusz w parlamencie, całował rączki starym kobietom, starał się mówić po polsku (chłopi też potrafią!). Pierwszy zjazd Radziwiłłów w jednoimiennym centrum rejonowym! Sowiecki szampan w pałacu pośród portretów wodzów na ścianach (prezydenta jeszcze wówczas nie mieliśmy) i pensjonariuszy w świeżych kitlach, wydanych przez administrację z okazji. Kolacja w rejonowej restauracji i nocleg z karaluchami i kolorowym telewizorem w rejonowym blichtrze. 

"Fajny facet - ten Agłabeldy - oznajmił ktoś na głos. - Tak. I kompan też. Prawdziwy rosyjski mużyk z tego Łatypa Urałowa. Nie sprzeniewierza się ideałom - pali "szypkę", pije wszystko co się pali..." Raptem w internacie wyłączono na polecenie światło, aby lokatorzy chcąc nie chcąc kładli się spać. Nalewać do szklanek trzeba było przy błyskach zapalniczek. Rozmowa mimowolnie ucichła, jedynie ze ściany zaczął ochoczo bajać głośnik radiowęzła. Z niego dowiedzieliśmy się, że portret z radziwiłłowskiej sali tanecznej wytrwał na "trudawym pastu" już dwa lata. Czas leci! Sam portret zaczął przechwalać się jak to on "sachranił stranu" od najścia szarańczy i jak teraz usiłuje "skleić obszczestwa" jak rozbity talerz. 

"Precz z nim...! - oburzył się ktoś w ciemności. - Nie chcę, aby mnie sklejali jacyś tam. I jeszcze z różnymi niedoróbkami. W kawałek. Jak sklejony makaron w żołnierskiej menażce". "Oj nieładnie - w starej stolicy przeklinać po rosyjsku - nieoczekiwanie dla siebie zaprotestowałem jak nasz ksiądz. - Lepiej wypijmy za niego. On na razie jest najsprytniejszym kartoflarzem, przynajmniej w paszporcie". Zapalono płomyk, zaczęto w milczeniu przeszukiwać flachy, ale więcej wódki nie było. Ani kropli. A bełkotliwy głośnik nie uśmierzał się. Trzeba było wyciągnąć wtyczkę z gniazdka. 

Zapadła gęsta noc. Gdzieś Łatyp umykał z mumią do domu. Z dużą prędkością, chociaż przeszkód na drodze nie było. Dzięki Szurze Bałaganowowi, który słupy graniczne na wschodzie ściął piłą spalinową "Drużba", a samych pograniczników rozesłał do domów zwolniwszy do rezerwy. Obrotny Łatyp, natchniony własnym sprytem, stwarzał w wyobraźni nowe plany. Poszerzenie zasięgu mauzoleów. Filie w Phenianie, Hawanie, w Burkina Faso i Republice Środkowo-Afrykańskiej, jak również w Ho Chi Minh. Bardzo żałował utraty Bukaresztu i Tirany. Obywatele bohaterskiej republiki przeważnie spali. Szura śnił, jak buduje nowy obelisk, który padając, pokryje całe NATO. Agłabeldy opukiwał ściany. W sąsiednich salach przyczaili się, czekając na wyniki. 

1996 rok 
Przełożył Aleksander Wierzbicki

Krasnogruda nr 12, Sejny 2000, Pogranicze.


Komentarze:

Dodaj swój komentarz:

Imię i nazwisko:*

Adres e-mail:*

Treść:*

ładowanie...

Kod z obrazka:*

 

 pola oznaczone * są wymagane

Szukaj na stronie

Od 1 września

Dwór Miłosza w Krasnogrudzie

czynny od poniedziałku do piątku 10.00 - 16.00

 

 

 

 Instytucja współprowadzona przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego RP.

 

  Instytucja Kultury Województwa Podlaskiego

 

IV Kongres Archiwistyki Społecznej

"Krasnogrudzkie Archiwum Pogranicza. Opowieść Małgorzaty Sporek-Czyżewskiej" 

 

  

 

SEJNEŃSKA KSIĘGA BAŚNI- OPOWIADA POMYSŁODAWCZYNI BOŻENA SZROEDER

 

,,Atlas Sejneńskiego Nieba" 

wystawa Małgorzaty Dmitruk, Biała Synagoga

 

  

,,Żegaryszki II i Inne" 

wystawa Krzysztofa Czyżewskiego, Krasnogruda, aleja Gabrielii

 

 

  

 

 

Szanowni Państwo, drodzy Przyjaciele, kochani Rodzice, Sąsiedzi, Goście Sejn i Krasnogrudy, 

Bardzo zachęcamy do wsparcia Fundacji Pogranicze 1%-em Waszego podatku. Pomoc taka dla nas w dzisiejszych czasach jest jedną z możliwych dróg utrzymania naszego miejsca.  

Jak można przekazać 1% swojego podatku dla Organizacji Pożytku Publicznego jaką jest Fundacja Pogranicze? W zeznaniu podatkowym należy wpisać KRS Fundacji Pogranicze: 0000178248.

 

 

 

 

 

Oferta edukacyjna

Darowizny uzyskane przez Fundację Pogranicze

W związku z otrzymaniem darowizn, na podstawie art. 18 ust. 1f, pkt 2 ustawy z dnia 15 lutego 1992 r. o podatku dochodowym od osób prawnych (Dz. U. z 2011 r. Nr 74, poz. 397, ze zmianami), Fundacja Pogranicze podaje do publicznej informacji, że łączna kwota uzyskana z tego tytułu w okresie od 01.01.2020 r. do 31.12.2020 r. wyniosła 88.736,29 zł.

W 2020 roku Fundacja uzyskała również kwotę 9.545,20 zł w formie wpłat z 1% podatku oraz 5.667,98 z tytułu zbiórki publicznej nr 2018/2901/OR.

Otrzymane darowizny Fundacja Pogranicze w całości przeznaczyła na realizację działań statutowych.

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

INFORMACJA O POLITYCE PRYWATNOŚCI