Krzysztof Czyżewski - Opowiedzieć mit pogranicza

Opowiedzieć mit pogranicza - rozmowa Mai Jaszewskiej z Krzysztofem Czyżewskim. "Przegląd Powszechny", styczeń 2005


Maja Jaszewska: Od dwunastu lat działa w Sejnach Ośrodek Pogranicze – sztuk, kultur, narodów. Sejny to miejsce, gdzie historycznie spotykały się i nadal spotykają różne narodowości, tradycje i religie. Od lat sąsiadują tu ze sobą Polacy i Litwini. Nie zawsze to sąsiedztwo było łatwe. Mieszkają tu do dziś staroobrzędowcy. Przed wojną żyła w Sejnach duża społeczność żydowska. Miejscem, w którym organizujecie koncerty, spotkania czy, tak jak w kwietniu br. promocję pierwszego numeru polsko-litewskiego Almanachu Sejneńskiego, jest Biała Synagoga. Wystawy fotografii poświęconych historii Sejn pokazywane były w budynku przedwojennej jesziwy. Na czym przede wszystkim polega działalność Pogranicza? 

Krzysztof Czyżewski: Pograniczu - a więc każdej sytuacji, w której człowiek napotyka inne/innego – potrzebny jest własny język. Ten język w dużej mierze został zapomniany, zagubiony. Prowadzimy działania kulturowe, które go odpominają, tworzą na nowo. Od tego zaczyna się praca pośród społeczności i w miejscach, które przypominają rozbitą mozaikę. Z różnych historycznych powodów życie toczy się tutaj w osobnych enklawach, a pozostałości po innych, którzy kiedyś tutaj żyli, zarastają zapomnieniem. Brakuje obrazu całości i nad tym pracujemy. Poszukujemy spoiwa łączącego kawałki rozbitego świata. Do tego potrzebny jest nam słownik, dzięki któremu, razem z mieszkańcami moglibyśmy ponownie opowiedzieć mit pogranicza

Co to za mit? 

Człowiek potrzebuje mitu jak domu, pod dachem którego pomieści cały swój światoobraz, swoje emocje, wyobraźnię, wartościowanie, kulturę – wszystko z czym się utożsamia. Mit pogranicza scala w sobie różne sfery ludzkiego życia, tworząc z niego autonomiczną i organiczną całość. Z romantyzmem i Wiosną Ludów 1848 roku zaczęła rodzić się na naszych pograniczach mitologia narodowa. I tak Litwini mają dziś swój silnie ugruntowany mit narodowy, a Polacy swój. Działalność Pogranicza polega na tym, żeby stworzyć na nowo wspólną przestrzeń dla Polaków i Litwinów, w której, nie tracąc swojej tożsamości narodowej, będą mogli żyć razem jak u siebie w domu. Dotyczy to oczywiście również ludzi innych narodowości i wyznań żyjących w naszym regionie. Dotyczy także innych pogranicz, od Europy Środkowowschodniej poczynając, gdzie rozpoczynaliśmy i uczyliśmy się najwięcej, poprzez Kaukaz, Azję Środkową, Indonezję i Amerykę. Wszędzie tam jesteśmy zaangażowani z naszą pracą i wszędzie tam człowiek i jego zróżnicowana, wielokulturowa wspólnota potrzebują mitu pogranicza. Myśmy tego mitu nie wymyślili, on jest wpisany w tradycję Sejn. Wiele lat temu do wybudowanej przy pomocy dominikanów sejneńskiej synagogi, razem z rabinem, Torę wnosił ksiądz katolicki. Tej właśnie tradycji i pamięci staramy się być kontynuatorami. Gdyby jej tu wcześniej nie było, nigdy nie udałoby nam się zakorzenić z taką działalnością. 

Ale na początku nie było wam przecież łatwo? 

Mówimy o świecie, w którym nic nie przychodzi łatwo. Mój przyjaciel, Leon Tarasewicz, zwykł był mawiać "Białoruś nie dla mięczaków", a ja bym chętnie tę jego formułę rozszerzył na całe pogranicze. Po latach przekonałem się, że to, co robimy wpisuje się w przestrzeń Sejn, ponieważ nieustannie odwołujemy się do podświadomości tego miejsca i jego mieszkańców. Odpominamy przeszłość, zapisaną w metryce tego miejsca i nadal obecną w architekturze, przypowieściach czy legendach, pamięci najstarszych mieszkańców. W budynkach, w których dziś gospodarujemy, przed wojną mieszkali Żydzi. Zawsze byli jacyś inni, z którymi sejneńszczanie musieli się uczyć wspólnie żyć. W takim miasteczku jak Sejny bardzo głęboko zakorzeniona jest tradycja wielokulturowej Rzeczypospolitej. Odczuliśmy to, kiedy zamieszkaliśmy tutaj. Nikt nie wymagał od nas, abyśmy byli tacy sami jak tutejsi mieszkańcy. Nikt nie żądał, żebyśmy opowiedzieli się czy jesteśmy Żydami czy Cyganami, czy trzymamy z Litwinami czy Polakami. Nikt – to może za dużo powiedziane... Pamiętam symboliczny moment nadania nam imienia, a tym samym wpisania w społeczność. Na naszym samochodzie ktoś napisał "świrowiercy" – słowo, które jest znakomitą wariacją od słowa "starowiercy", określającego ludzi, którzy ciągle przecież tu z nami mieszkają. Nadając nam to imię, przyzwolili jednocześnie na odrębność i autonomiczność. To jest właśnie ta siła pogranicza, która sprawia, że będąc sobą, możesz jednocześnie być z innymi. 

Od kilku lat przyznajecie nagrodę Człowieka Pogranicza. Jej ostatnim laureatem został Arvo Pärt – estoński muzyk. Kogo i za co honorujecie tym tytułem? 

Do tej pory wyróżniliśmy Jerzego Ficowskiego, Tomasa Venclowę, a teraz Arvo Pärta. Są to ludzie, którzy swoją postawą życiową i twórczością budują mosty pomiędzy kulturami i religiami. Najczęściej sami mają splątane rodzinne korzenie. Podróżując wiele po Europie Środkowej, często spotykałem ludzi mówiących różnymi językami, szanujących inne kultury, zaprzyjaźnionych z sąsiadami, posiadających niemałą wiedzę o innych i oddanych zachowaniu pamięci i prawdy o nich. Wskazywano mi ich mówiąc: to człowiek pogranicza, z nim pan porozmawia... Pamiętam, jak po raz pierwszy przybyłem do Czerniowiec, dawnej stolicy Księstwa Bukowiny. W takim supersamie z mydłem i powidłem stała mała budka, w której starszy człowiek sprzedawał pocztówki i inne pamiątki po starej cywilizacji. Dał mi adres do "Czernowitzera" podkreślając: to człowiek pogranicza, jego trzeba poprosić, by pokazał panu miasto... Gdy podczas naszego pierwszego spaceru powiedział: to jest nasza synagoga, pomyślałem, że jest czerniowieckim Żydem. Ale po chwili usłyszałem: a to jest nasza cerkiew prawosławna, a to nasz kościół, a to nasza kircha i nasza cerkiew greckokatolicka. Wszystko, co mi pokazywał było nasze. Nie, Czernowitzer nie był relatywistą religijnym czy kulturowym. Miał swoją wyraźną tożsamość, również narodową, i bardziej był tu zakorzeniony niż każdy domorosły nacjonalista; był obywatelem Bukowiny, bogatego i zróżnicowanego świata, w którym żył i wzrastał, i który w całości traktował jako własny. 

Czy można mówić o archetypie "człowieka pogranicza"? 

Człowiek pogranicza spotyka Innego, jest z nim w dialogu. I w tym sensie jest to sytuacja archetypowa. Nasze działania odnoszą się nie tylko do warstwy kulturowej czy historycznej. Dotykają sfer głęboko osobistych, egzystencjalnych. Nie jest przypadkiem, że odbywał się u nas kongres psychologów terapeutów, że od początku z tym środowiskiem – a zwłaszcza ze znakomitym szpitalem psychiatrycznym w Suwałkach, poszukującym nowych form terapii – wiążą nas żywe kontakty. To oni uświadomili nam, jak głęboko nasza praca kulturowa sięga w sferę życia psychicznego mieszkańców pogranicza. Mit narodowy nie przyzwalał na tzw. rodziny mieszane; było się polską albo litewską rodziną. A tymczasem większość tutejszych rodzin jest mieszana, fakt ten skrywając. Zaczęli to odkrywać pracujący z nami młodzi ludzie, dopytując o historie rodzinne, szperając w rodzinnych archiwach. I oto pojawia sięczłowiek pogranicza, nagroda, wybitni ludzie, uznanie dla bogactwa czerpanego ze splątanych korzeni. To oddziaływuje. Byliśmy już świadkami spotkań po wielu, wielu latach polskich i litewskich członków tej samej rodziny albo sytuacji, w których ktoś z dumą podkreśla, że dostał życzenia noworoczne od krewnego podpisane "człowiek pogranicza". A to tylko jeden z przykładów odniesienia naszej pracy do sfer głęboko osobistych. Jeżeli spotykają się u nas dzieci i opowiadają sobie wzajemnie - Ja jestem Litwinem. A ja staroobrzędowcem. Moja wiara jest taka, a moja trochę inna – to ma to wpływ nie tylko na pogłębienie ich wiedzy o świecie. Poprzez to doświadczenie staną się innymi ludźmi, inaczej będą odczuwać i rozumieć miłość, religię, patriotyzm i świat współczesny, w którym coraz mniej będzie tych zewnętrznych granic strzeżonych przez zasieki i kordony, a coraz więcej tych wewnętrznych, wynikających ze zróżnicowania kulturowego. Inaczej będą się spotykać z Innością. 

Co przede wszystkim powoduje wojny na pograniczach? Czy nie lęk przed tym, że spotkanie z Innym odbierze nam naszą tożsamość? 

Pogranicze to wyrzeczenie. Jest jak wielogłosowa pieśń, której nie da się wyśpiewać jednym, tylko swoim głosem. Trzeba umieć się pogodzić z tym, że moje przeświadczenia i racje nie są jedyne i ostateczne. Mówi o tym mądrość huculska, przywołana za pewnym starym Żydem z Podkarpacia przez Czesława Miłosza w Zniewolonym umyśleJeżeli dwóch kłóci się, a jeden ma rzetelnych 55 procent racji, to bardzo dobrze i nie ma się co szarpać. A kto ma 60 procent racji? To ślicznie, to wielkie szczęście i niech Panu Bogu dziękuje! A co by powiedzieć o 75 procent racji? Mądrzy ludzie powiadają, że to bardzo podejrzane. No, a co o 100 procent? Taki, co mówi, że ma 100 procent racji, to paskudny gwałtownik, straszny rabuśnik, największy łajdak. 

Samoograniczenie, wyciszenie swojego ja jest warunkiem stworzenia i w sobie, i w miejscu, w którym żyję, przestrzeni spotkania z drugim człowiekiem. Ta przestrzeń to swoistego rodzaju agora. Istnieje fizycznie i symbolicznie, przybierając postać rynku w Sarajewie, albo naszej Białej Synagogi, w której ostatnio spotkaliśmy się przy okazji wydania pierwszego numeru polsko-litewskiego Almanachu Sejneńskiego. Istnienie wspólnej polsko-litewskiej agory nie oznacza jednak, że powinien przestać istnieć polski czy litewski dom kultury, pomiędzy którymi mieści się nasz Dom Pogranicza. Wręcz przeciwnie, nie byłoby agory, gdyby mieszkańcy nie zachowali swoich odrębnych tradycji. Tak samo jak nie byłoby w Sarajewie czarsziji, gdyby nie łacińska, muzułmańska, prawosławna i cygańska mahala. Dramat zaczyna się wtedy, gdy pozostają tylko mahale, osobne dzielnice narodowe czy religijne, a zanika agora. Nie ma wtedy miejsca, w którym różnice mogłyby znaleźć swoje bezpieczne ujście, swoje cywilizacyjne spełnienie. Obawiam się, że we współczesnym świecie zagubiliśmy agorę, tak jak zapomnieliśmy języka, którym opowiedzieć by można mitpogranicza. 

Brak agory przyczynia się chyba do radykalizowania postaw po obu stronach powstającego muru? 

Mieliśmy w naszej Klasie Dziedzictwa Kulturowego dziewczynę z rodziny muzułmańskiej, której ojciec był emigrantem z Iranu. Pojechała studiować na uniwersytet muzułmański w Sarajewie. Spotkałem ją tam przypadkowo na ulicy. Zaprosiła mnie na swoją uczelnię i do tętniącego życiem centrum kultury. Młodzi ludzie studiowali Koran, śpiewali, modlili się, robili teatr, odkrywali swoją bośniacko-muzułmańską tożsamość. Formowali ją właściwie na nowo, bo wcześniej żyli w świeckim jugosłowiańskim państwie i społeczeństwie. Sytuacja wojny kazała im na nowo opowiedzieć się, kim są i do jakiej tradycji się odwołują. Obserwując to wszystko, uświadomiłem sobie kilka rzeczy. Po pierwsze to, że moi kosmopolityczni przyjaciele z Sarajewa patrzyli na odradzanie się życia muzułmańskiego jak na groźne zjawisko, w którym lęgnie się fundamentalizm religijny. Był to dla nich obcy świat i do głowy by im nie przyszło nawiązać z nim dialog czy współpracę. Młodzi muzułmanie, których poznałem wtedy, nie byli fundamentalistami. Nie wiem, jacy są dzisiaj, bo takie marginalizowanie i separowanie grupy czyni ją zdecydowanie bardziej radykalną. Uświadomiłem sobie też wtedy, że europejska tradycja oświeceniowa, z której wywodzi się model świeckiego państwa obywatelskiego, na niewiele się zdaje w tej nowo zaistniałej sytuacji. Nie odpowiada już na potrzeby i pytania mieszkańców Sarajewa i nie potrafi zmierzyć się z narastającym wewnętrznym konfliktem. Zdałem sobie wtedy sprawę, że przepaść dzieląca oświeceniowych Europejczyków od tych młodych bośniackich muzułmanów jest głębsza od tej, która dzieli Serbów i Chorwatów czy Chorwatów i Bośniaków. I że ta przepaść będzie się coraz bardziej pogłębiać. Po dziesięciu latach napotykam na nią w Paryżu, Rotterdamie, Berlinie... 

Czyli konflikt nie tyle narodowy, co kulturowy i religijny? 

Konflikt wojennego Sarajewa stał się odbiciem konfliktu współczesnej Europy, która nie ma języka, aby porozumiewać się z licznymi emigrantami, ludźmi o innej tożsamości i opowiadającymi się za inną tradycją niż świeckie państwo obywatelskie. 

Przecież Europa jest wielokulturowa. W wielu krajach są liczne mniejszości narodowe. 

Europa ma wielki problem ze swoją wielokulturowością, boi się jej i nie ma na nią pomysłu, a jeżeli już, to przebrzmiały. Nie można dłużej udawać, że to, co wydarzyło się w byłej Jugosławii jest zewnętrzne w stosunku do reszty Europy. Nie można żywić się iluzją, że nam, cywilizowanym krajom takie barbarzyństwo nie grozi. Otóż przeciwnie, przyjdzie nam zapłacić rachunek za nasze tchórzostwo, bierność i niezrozumienie dramatu Bośni. Wszystkie tamtejsze plagi mamy już na progu swojego domu: politycy pokroju Karadżicia rosną w siłę, młode pokolenie radykalizuje się i skłonne jest raczej do walki niż do dialogu z innym, chusty kobiet i inne oznaki przynależności religijnej budzą niepokój, na co usiłujemy reagować regulacjami prawnymi, dając tym świadectwo swego zagubienia i bezradności bardziej niż wysokiej kultury prawnej. Europa musi odnaleźć dla siebie nowy mit, w którym będzie miejsce dla Innego i taki język, w którym można się będzie z nim porozumiewać w obrębie jednej wspólnoty. Jesteśmy obecnie w tej fazie procesu kształtowania się naszego życia społecznego, w której rodzić się będzie nowy model współżycia ludzi różnych narodów, kultur i religii. Jestem przekonany, że w tym procesie bardzo istotną rolę odegrają ludzie głęboko religijni, bowiem – wbrew mniemaniom wielu – są pobratymcami Innego, wyposażonymi w wyrzeczenie, empatię, współczucie, wrażliwość na dobro wspólne... Kiedy mówię "ludzie głęboko religijni", to myślę też o Jacku Kuroniu i jemu podobnych, przekraczających siebie poszukiwaczach sacrum. Jest wielkim osiągnięciem naszej cywilizacji ruch praw człowieka, ale obrona praw innego czy każdej mniejszości, to jeszcze za mało, by stworzyć tkankę łączną dla różnych ludzi żyjących blisko siebie. Potrzeba nam dzisiaj takiej egzegezy naszych Świętych Ksiąg, która pomoże wiernym opuszczającym różne świątynie - sąsiadujące jednak ze sobą blisko w jednym mieście, w jednej globalnej wiosce – współżyć ze sobą pod jednym dachem. 

Czy jest to w ogóle możliwe? 

Przynajmniej jako u-topia. Słowo to zapisywał w ten sposób Paul Celan, z tychże wspominanych przez nas Czerniowiec, oznaczając miejsce odległe, do którego dąży się bez końca, acz zajmowalne, czyli istniejące realnie. Niedawno gościliśmy w Sejnach profesora Jacka Filka, filozofa z Krakowa. Mówił o trzech wielkich epokach filozofii w dziejach ludzkości. Istotą epoki starożytnej było "to" - obiektywny byt. Potem nastała epoka kartezjańskiego "ja", a dziś stoimy w obliczu epoki "ty", opartej na paradygmacie dialogu. Jej zapowiedzią jest filozofia dialogu Martina Bubera, Franza Rosenzweiga, Emmanuela Levinasa czy księdza Józefa Tischnera. Jestem głęboko przekonany, że wykształcaniu tego nowego paradygmatu towarzyszyć będzie rozwój kultury dialogu, dla której etos ludzi pogranicza będzie fundamentem. Chciałbym wierzyć, że to, co robimy w ośrodku w Sejnach, jest maleńką cegiełką w tym budowaniu. 

Jak szukać mitu pogranicza w miejscach dotkniętych tak bolesną przeszłością jak Sejny? Jak o niej mówić i jak z nią żyć na co dzień? 

Tuż po wojnie w Kosowie w 1999 roku znalazłem się w Kosowskiej Mitrowicy i tam dopiero zrozumiałem, czym były Sejny w 1919 i 1920 roku. Ta sama domowa, sąsiedzka wojna pomiędzy Serbami i Albańczykami, Polakami i Litwinami. Wojna, po zakończeniu której nikt nie wyjeżdża, wszyscy zostają. Wiadomo, kto do kogo strzelał i kto co komu zrobił. Odbudowanie wspólnoty w tej sytuacji jest bardzo trudne. Najpierw trzeba przejść okres rozdzielenia. Społeczności tak skonfliktowane jak te w Kosowie czy kiedyś w Sejnach, muszą przez jakiś czas żyć osobno. Nieraz trwa to całe dziesięciolecia, nieraz i tego jest mało. Jeżeli na pograniczu wydarza się tragedia, następuje rozdział, głębszy i boleśniejszy niż tam, gdzie nie było tak silnego splotu i tak dużej bliskości. Nierealne jest oczekiwanie od ludzi, żeby żyli po tragedii razem i w zgodzie. Okopują się po różnych brzegach rzeki, zadomowiają w odrębnych mitach. Aż po jakimś czasie pojawią się pośród nich budowniczowie mostów – neimarzy, jak dawniej nazywano ich na Bałkanach. I nie zostaną wygnani ze wspólnoty... 


Czy może istnieć pogranicze bez animozji, konfliktów i walki? 


To jest zupełnie niemożliwe. Byłoby to zresztą ze szkodą dla samego pogranicza, bo cały jego potencjał bierze się ze zmagań różnorodności, przeciwności, tarć, polemik i animozji. Ludzie żyjący na pograniczu mają wyrazistszą tożsamość, co wynika z faktu nieustannego konfrontowania się z innością. Pogranicze to olbrzymi potencjał i nie bez powodu mówi się, że najbogatsze cywilizacje rodzą się w jego obrębie. Tak jest, dopóki walce towarzyszy etos rycerski, a życiu codziennemu etos pogranicza. To pozwala zachować instynkt wyczucia granicy, której na pograniczu przekroczyć nie można, za którą zaczyna się już tylko nienawiść i zniszczenie. Najbardziej dramatyczny film dokumentalny, jaki w życiu widziałem, jest zapisem amatorskiej kamery, na którym utrwalono jeden dzień wojny w Mostarze. 9 listopada 1993 roku – w pobliże Starego Mostu podjechał chorwacki czołg i rozpoczął ostrzał. Wydawało się, że most runie od jednego pocisku, a tu całodzienna kanonada, jak w filmie Kieślowskiego mordercze, długie zabijanie ludzkiego ciała. Patrzysz i płaczesz. Zabijali most, bo był dziełem obcego mistrza, Hajrudina, bo łączył brzegi, splatał ludzi, mieszał krew, bo był piękny... Linia Starego Mostu w Mostarze, niezwykle subtelna i delikatna, była jedną z najpiękniejszych na świecie. Była świadectwem najwyższego kunsztu jej twórcy. Połączenie urwistych brzegów rzeki i tak różnych społeczności tam mieszkających wymagało mistrzostwa formy. Sytuacje pograniczne tworzą najbardziej wyrafinowane estetycznie kształty, najwspanialszą poezję, literaturę i sztukę, bo tylko to jest w stanie sprostać najtrudniejszej ze sztuk – sztuce współżycia z innym w całym splocie różnic, sprzeczności, historycznych urazów, osobnych racji i odrębnych wierzeń. Linia Starego Mostu, zwanego na starych pocztówkach Tureckim albo Rzymskim, była równie delikatna i cienka jak wspomniana linia graniczna, której przekroczenie zamienia bogaty potencjał rozwojowy pogranicza w destrukcję. Wyczuwać przebieg tej niewidocznej gołym okiem granicy, tworzyć kulturę, która pozwala oprzeć się pokusie jej przekroczenia – ot i tajemnica życia na pograniczu. Dotarłem do Mostaru w rok po zburzeniu Starego Mostu. Po obu stronach rzeki zostali nienawidzący się wzajem Chorwaci i Muzułmanie, Serbów wygnano już wcześniej. Tyle ludzi tam zginęło, a tą rocznicą, upamiętnianą do dziś po tej wojnie jest rocznica zburzenia mostu. Mostarianie, mówiąc o nim, używają formy osobowej, tak jakby mówili o człowieku, jakby w postaci tego mostu została zabita osoba. 


Jest w Pana gabinecie taka szafa ze starymi pocztówkami. Są ich tysiące. Niektóre mają po sto lat. Widać na nich twarze dawno już nieżyjących osób, krajobrazy z czasem obrócone w zgliszcza. Kilkadziesiąt z nich przedstawia stary most w Mostarze. To w sumie też świadectwo pewnego pogranicza – wczoraj i dzisiaj. 

Z tych wszystkich starych map, pocztówek, książek, filmów, fotografii i nagrań muzycznych, które od lat gromadzimy, próbujemy odtworzyć i scalić na powrót jeden wspólny świat. Zbieramy ślady przeszłości jak rozsypane, pogubione paciorki. I to jest bardzo ważna część naszej pracy. Nie chodzi wyłącznie o pasję kolekcjonerską czy dokumentalistyczą. Jest w tym raczej coś z poszukiwania schulzowskiej zagubionej Księgi, księgi powrotnego dzieciństwa, jak nazywał ją Jerzy Ficowski. Odwiedza nas czasem w Sejnach David Krakauer – wybitny klezmerski klarnecista z Nowego Jorku. Jego przodkowie pochodzili ze Lwowa, ale on nigdy się tym specjalnie nie interesował. Któregoś dnia pokazałem mu pocztówki starego Lwowa. Czytałem, co ludzie napisali na ich odwrocie, oglądaliśmy stemple, znaczki, stare ulice i domy na zdjęciach. Na jednej z pocztówek odczytaliśmy prośbę syna, najprawdopodobniej żydowskiego muzykanta, do ojca, aby ten przesłał mu skrzypce. Pokazywałem Davidowi ten świat, opowiadałem o świątyniach i ludziach, o tym, co już dzisiaj nie istnieje i o napisach w językach polskim czy jidisz, które jeszcze gdzieniegdzie wyzierają spod tynków... Nagle zobaczyłem, że on płacze. Wyprawa w tamten dawny świat, okruchy ludzkich losów, nakładające się na to wspomnienia o dziadkach i refleksja o własnych korzeniach – wszystko to możliwe dzięki magii starych pocztówek - zrobiły na nim wstrząsające wrażenie. Niedługo potem skomponował jeden ze swoich najpiękniejszych utworów: Powrót do Lwowa, a na okładce płyty umieścił reprodukcje pocztówek, które tamtego dnia oglądaliśmy. 

Jest Pan bardzo często zapraszany w różne miejsca, gdzie problemy pogranicza wymagają licznych działań. Czy Ośrodek Pogranicze ma swoje odpowiedniki? 

Coraz więcej czasu poświęcamy na dzielenie się swoim doświadczeniem i pomoc innym w podobnej pracy na innych pograniczach. W obrębie programu nazwanego przez nas Grą szklanych paciorków powstają powoli inne Domy Pogranicza, choć jest to dopiero faza początkowa. Sejny są takim laboratorium, w którym próbujemy wypracować narzędzia do pogranicznych działań i stworzyć takie warunki, aby inni mogli z nich korzystać. Niedługo przystąpimy do odbudowy dworu w Krasnogrudzie, gdzie zgodnie z naszym zamierzeniem, i przy wsparciu duchowym Czesława Miłosza, powstać ma Międzynarodowe Centrum Dialogu. To będzie college dla przyszłych animatorów działań na pograniczach, z którymi współpracować będą pisarze, artyści i naukowcy. Mówię tutaj o pewnym osobnym rzemiośle, którego trzeba się uczyć tak jak pisania, chociaż wszystkim się zdaje, że pisać potrafią. Często spotykam się z takim oto twierdzeniem: Wielokulturowość? My to u siebie też robimy: zapraszamy zespoły folklorystyczne z różnych krajów, organizujemy festiwale. Ale to nie o to chodzi. Tu potrzebna jest wiedza i warsztat, których trzeba się uczyć. A potem trzeba się zabrać do pracy, długofalowej, z dnia na dzień, z roku na rok, pośród konkretnej społeczności i w odniesieniu do realnego miejsca. Oczywiście nie chodzi tutaj o jakąś replikę naszej pracy w Sejnach, bo to nie miałoby sensu. Nigdy nie zgodziliśmy się na utworzenie oddziału czy filii "Pogranicza". Chodzi nam raczej o inspirowanie i pomoc w powstawaniu samodzielnych ośrodków, które będą mogły w przyszłości ze sobą współpracować. 

Mam świadomość tego, że wszystko, co zrobiliśmy tutaj przez tyle lat, można zniszczyć w ciągu jednego dnia. Ale czy to oznacza, że nasza praca nie ma sensu i że jesteśmy utopistami oderwanymi od rzeczywistości? Czyż największymi utopistami nie są burzyciele mostów? Tacy, jak ten chorwacki generał, który wydał rozkaz zburzenia mostu w Mostarze, bo uważał, że w ten sposób oczyści miasto z obcych elementów i umocni jego chorwackość. Most zbudowany przez Hajrudina trwał ponad pięćset lat. I już w kilka lat po zburzeniu przystąpiono do jego odbudowy. Kiedy byłem tam w 1997 roku węgierscy budowniczowie wyciągali z dna Neretwy bloki kamienne pochodzące ze Starego Mostu, by wszczepić je później w konstrukcję mostu, który wkrótce na nowo spinać będzie dwie wieże, dwa urwiste brzegi rzeki... 

"Przegląd Powszechny", styczeń 2005


Komentarze:

Dodaj swój komentarz:

Imię i nazwisko:*

Adres e-mail:*

Treść:*

ładowanie...

Kod z obrazka:*

 

 pola oznaczone * są wymagane

Szukaj na stronie

"Opowieści o Współistnieniu. Niewidzialny Most" -

Pogranicze w Zachodniej Galilei

(28.11-4.12.2019)

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego” w ramach Programu „Kultura Inspirująca”

  

 Modernizacja Amfiteatru w Krasnogrudzie

 

 

 

Dwór w Krasnogrudzie

Olga Tokarczuk

| 21 02 2015 | Krasnogruda  

 

 

Od września Dwór w Krasnogrudzie czynny od poniedziałku do piątku od 10.00 do 16.00.

W soboty i niedziele po uprzednim kontakcie telefonicznym

Bożena Bartosiewicz: tel. 603 123 743

 

Koncert Finałowy Orkiestry - Lato w Pograniczu 2019. Galeria zdjęć


IRENA VEISAITĖ

Człowiek Pogranicza 2019

 

Orkiestra Klezmerska Teatru Sejneńskiego

Kup płytę Orkiestry

Rodzinne Skarby. Kolekcja Filmowa. 2019

 

 

Oferta edukacyjna

Darowizny uzyskane przez Fundację Pogranicze

W związku z otrzymaniem darowizn, na podstawie art. 18 ust. 1f, pkt 2 ustawy z dnia 15 lutego 1992 r. o podatku dochodowym od osób prawnych (Dz. U. z 2011 r. Nr 74, poz. 397, ze zmianami), Fundacja Pogranicze podaje do publicznej informacji, że łączna kwota uzyskana z tego tytułu w okresie od 01.01.2018 r. do 31.12.2018 r. wyniosła 66.006,31 zł.

W 2018 roku Fundacja uzyskała również kwotę 16.106,30 zł w formie wpłat z 1% podatku oraz 5.131,31 z tytułu zbiórki publicznej nr 2018/2901/OR.

Otrzymane darowizny Fundacja Pogranicze w całości przeznaczyła na realizację działań statutowych.

Towarzystwo Inwestycji Społeczno – Ekonomicznych S.A. w Warszawie udzieliło nam pożyczki na zamknięcie inwestycji oraz pomogło zorganizować montaż finansowy przy współpracy z Polskim Bankiem Spółdzielczym w Ciechanowie dla zapewnienia pełnej płynności przy prowadzeniu inwestycji związanej z rewitalizacją zabytkowego kompleksu dworskiego w Krasnogrudzie, w którym powstaje Międzynarodowe Centrum Dialogu.

www.tise.pl

Informacja o plikach cookies

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

"Biuletyn Pogranicza" w Twojej skrzynce

INFORMACJA O POLITYCE PRYWATNOŚCI