Krzysztof Czyżewski - Wariacje kosowskie (I)

Wspiąłem się na wzgórze u kresu Macedonii. Dalej już nie mogłem iść. Zaciągnięta mgłami, rozpościerała się przede mną nieprzejrzysta toń Kosowa - krainy, która imię swe wzięła od czarnych ptaków zrywających się ku wolności. Tak mi przynajmniej tłumaczył Agim Čavdarbasha, rzeźbiarz. Ale jego ptaki, usadzone na zielonej trawie ogrodu w wiosce Čaglavica nieopodal Prištiny, otoczone bliskim sąsiedztwem serbskich domów, krzyczącobiałe, nosiły na sobie chropawe pręgi. W ich marmurowopowabną skórę wżerały się pęta, niewidoczne z oddali, różne od reszty nie barwą, lecz fakturą materiału. Dopiero przy dotyku stawało się oczywiste, dlaczego żaden z nich nie ma rozwiniętych skrzydeł i nie zrywa się do lotu. Szorstkość dawała inny odcień bieli, który ranił wolność ciężarem ponad jej siły. 


Wtedy, stojąc na granicy, czułem jakbym dotykał białych kosów Agima - nasze europejskie nadzieja, wiara i miłość, wolność, równość i braterstwo pozostawały śmiertelnie niewidocznie spętane. Był marzec 1999 roku. Rdzawy zmierzch cedził ciemnisty osad na dno krainy otoczonej zewsząd pasmami gór, niby do dymiącej kadzi, z której Sybilla odczytuje złowrogą wyrocznię. Kosowo przygniatało duszę do samej ziemi. Ostatnie ptaki, ścięte zmrokiem nieuchronności, spadały w otchłań śmiertelnego snu, z którego nic nie wróżyło przebudzenia.

Doliną ciągnął sznur pojazdów. Uchodzili wszyscy, którzy przybyli tu ze świata, by powstrzymać anioła zagłady. Stacjonowali w Kosowie od października zeszłego roku, kiedy to po kolejnych masakrach ludności albańskiej w rejonie Drenicy, odkrytych przez dziennikarzy Reutera i Human Right Watch, NATO zagroziło nalotami, a Richard Holbrook wynegocjował z Miloševiciem wycofanie części wojsk serbskich i powrót wypędzonych, co miało nadzorować dwa tysiące międzynarodowych wysłanników. Widziałem ich twarze z bliska, z pobocza szosy, twarze obserwatorów OBWE, lekarzy, dziennikarzy, działaczy organizacji humanitarnych i praw człowieka. Nie patrzyli prosto w oczy, złowróżebni, świadomi grozy nadciągającej w miejsce przez nich opuszczone, które powoli za nimi spowijała ciemność. Teraz tu, w Kosowie, wybiło jej źródło. Mogłem uciekać. 

Na lotnisku w Skopje panował przeraźliwy tłok i panika. Posiadanie biletu z rezerwacją nie dawało jeszcze gwarancji miejsca w samolocie. Na szczęście miałem lot łączony, musiałem zdążyć w Wiedniu na samolot do Budapesztu, więc przeprowadzili mnie poza kolejką... Do autobusu, który miał już ruszyć w stronę samolotu, podszedł porządkowy w ciemnych okularach i wskazując palcem dwie osoby w ściśniętej jak śledzie gromadzie pasażerów, powiedział: "Pan i pan, wysiadać..." 

Lecę nad Kosowem, Europejczyk w ucieczce. Już zaraz będzie dobrze, na Schwechat znam każdy zakamarek, pójdę na dobrą wiedeńską, spokojnie, bez przepychania się, z kulturą... 

W dole blisko czterdziestotysięczne siły serbskie zbliżają się od Północy do granic Kosowa. Znowu przychodzi czas na generała Ratko Mladicia, wsławionego czystkami etnicznymi w Bośni, i na Arkana, przywódcę paramilitarnych bojówek. Zaledwie dwa dni upłynęły od zawieszenia konferencji pokojowej w Rambouillet i Paryżu, zakończonej fiaskiem, bo tylko jednostronnym podpisaniem porozumienia przez stronę albańską. Holbrook poleci jeszcze do Belgradu, będzie groził nalotami, ale nic już nie powstrzyma przygotowanej przez dowódców serbskich "Operacji Podkowa", która ma być wreszcie "ostatecznym rozwiązaniem" problemu kosowskiego, dla którego sednem nie jest kwestia takich czy innych praw Albańczyków czy też ich dyskryminacja, lecz "zasadnicza zmiana struktury etnicznej odwiecznie serbskiej ziemi". Gdy za cztery dni, 24 marca, zaczną spadać na Jugosławię pierwsze bomby NATO, ofensywa serbska będzie już w pełnym toku i dziesiątki tysięcy Kosowian dzielić będzie los wygnańców z własnych domów. Świat zacznie mówić o początku wojny, ale dla Serbów i kosowskich Albańczyków wkroczy ona jedynie w nową fazę. Obie strony wybrały wojnę już wcześniej. 

Milošević jeszcze w październiku 1991 roku, na konferencji w Hadze, odrzucił plan lorda Carringtona, który dawał Serbom mieszkającym w Chorwacji i Bośni bardzo szerokie prawa, włącznie z odrębnym parlamentem i podwójnym obywatelstwem. Wiedział, że oznacza to również przyznanie podobnych praw Albańczykom w Kosowie. Zasada, o której wówczas się mówiło "KKK" - "Krajina kao Kosowo" (Krajina jak Kosowo), nie interesowała go. Wolał poświęcić Serbów z chorwackiej Krajiny, by kwestię Kosowa rozstrzygnąć według własnego planu. Pierwszym jego etapem było wprowadzenie w Kosowie apartheidu, który przez wiele lat w Europie, jak i w większości środowisk serbskiej opozycji, pozostał przemilczany i zamaskowany oportunizmem polityków. W ciągu kilku miesięcy od lipca 1990 roku 90% Albańczyków zwolniono z pracy w sektorze państwowym. W następnym roku usunięto ze szkół i wyższych uczelni około 45 tysięcy albańskich wykładowców i studentów. Raporty organizacji międzynarodowych mówiły o najdrastyczniejszym w Europie łamaniu praw człowieka, ale nikt tego nie słuchał. Opublikowany w Brukseli raport Konferencji Wolnych Związków Zawodowych już w 1993 roku zwracał uwagę, że "masowa czystka etniczna w instytucjach kosowskich ujawnia, że jej celem nie jest dyskryminacja etniczna na różnych poziomach, lecz radykalna zmiana struktury narodowościowej w Kosowie". Wyglądało na to, że Milošević czeka tylko na odpowiedni moment. Chciał konfrontacji, nie dialogu i współpracy. Jednym z pierwszych kroków, jakie poczynił wobec elit albańskich, był atak na polityków znanych ze swej projugosłowiańskiej postawy, takich jak Azem Vllasi i Mahmut Bakalli.

Tymczasem reakcja kosowskich Albańczyków wyraźnie nie była po myśli reżimu w Belgradzie. W ich środowisku wraz z rokiem 1989 skończyła się era komunistycznych działaczy dawnego systemu, na których miejsce weszła młoda inteligencja, skupiona w takich organizacjach jak Stowarzyszenie Filozofów i Socjologów Kosowa oraz Stowarzyszenie Pisarzy Kosowa, któremu przewodniczył Ibrahim Rugova. Ich pierwszym manifestem była, napisana w duchu postawy Gandhiego, petycja Za demokracją, przeciw przemocy. Uzyskawszy duże poparcie społeczne, w grudniu 1998 roku tworzą własną partię polityczną, Demokratyczną Ligę Kosowa, której przewodniczącym zostaje Rugova. Po tym, jak w 1990 roku Milošević pozbawił Kosowo autonomii i rozwiązał kosowski parlament, Albańczycy w 1991 roku ogłaszają Kosowo republiką (uznaje ją jedynie Albania), a w roku następnym, przytłaczającą większością głosów, wybierają Ibrahima Rugovę na swego prezydenta. Opowiadają się za stopniowym dążeniem do niepodległości, ale wyłącznie na drodze domokratycznej i bez użycia przemocy. Narzucony im przez władze w Belgradzie system zniewolenia wymusił na nich konieczność samoorganizacji, utworzenia podziemnego państwa z własnym rządem, systemem edukacji, ochrony zdrowia itd., finansowanym z tzw. "podatku niepodległościowego" (3% miesięcznych dochodów), który zgodziła się płacić na rzecz Kosowa cała diaspora albańska. W rezultacie dobrze ich to przysposobiło do funkcjonowania w warunkach wolnego rynku, prywatnej przedsiębiorczości i samorządności. Natomiast Serbowie, paradoksalnie, pozostając w pozycji państwowo uprzywilejowanej, uzależnieni od "państwowego garnuszka", stali się zakładnikami jego biedy i korupcji, co szybko stało się widoczne gołym okiem w obrazie sytuacji materialnej współmieszkańców Kosowa. Rodziło to dodatkowe napięcia, których i tak nie brakowało w przeciągu lat 90. Innym ich źródłem byli serbscy uchodźcy z Bośni i Krajiny, których rząd nie chciał wpuścić do Belgradu, odmawiał im nawet jugosłowiańskiego obywatelstwa, wymuszając jednocześnie, najczęściej wbrew woli samych zainteresowanych, ich osiedlanie się w Kosowie, co z kolei radykalizowało postawy Albańczyków. Jedną z pierwszych akcji, dzięki której dała znać o swoim istnieniu partyzantka kosowska, było podłożenie w lutym 1996 roku pięciu bomb pod znajdujący się w Prizrenie ośrodek dla serbskich uchodźców z Krajiny .

Rugovie coraz trudniej będzie utrzymać tak powszechne poparcie dla taktyki biernego oporu. Milošević, któremu nigdy już później nie uda się uzyskać tak absolutnego poparcia jak w roku 1990, będzie utrzymywał się przy władzy dzięki koalicjom, w czym pomoże mu w pewien sposób strategia przywódców albańskich - bojkotując wybory za każdym razem oddadzą zwolennikom Miloševicia 40 miejsc w parlamencie, które wystarczyłyby może do jego obalenia. Inna rzecz, że opozycja serbska nawet nie podejmuje rozmów z Albańczykami, by wspólnie doprowadzić do zmiany władzy w Jugosławii. 

Gdy w 1996 roku na arenę wydarzeń wstępuje Wyzwoleńcza Armia Kosowa, dla Miloševicia pojawia się nowa szansa do wykorzystania, a w każdym razie znacznie bardziej "wygodny" partner dla jego kosowskich planów niż pacyfista Rugova. UČK (Ushtria Clirimtare e Kosovës) ogłosiła swe powstanie pod koniec 1992 roku, ale długo nikt nie wierzył w jej istnienie, mówiono nawet o serbskiej prowokacji. Po raz pierwszy Kosowianie zobaczyli ich umundurowanych na pogrzebie nauczyciela zabitego przez serbską policję w wiosce Llaushe w 1997 roku. Usłyszeli wtedy od nich słowa, które długo sobie potem powtarzano: "Będziemy walczyć póki ostatni serbski policjant i żołnierz nie opuszczą tego obszaru". Dużo by mówić o maoistowskiej ideologii leżącej u początków tego ruchu, o koligacjach z komunistycznym reżimem Envera Hodży oraz powiązaniach z mafią i różnego rodzaju przemytem. Ale czasy się zmieniały, zmieniały się władze organizacji i struktura jej członków, zmieniał się kontekst, w którym działała. Dla mieszkańców Kosowa pod koniec lat 90., zdesperowanych brakiem rezultatów umiarkowanej polityki ich przywódcy i zaostrzającym się aparatem represyjnym władz w Belgradzie, partyzanci UČK stali się obrońcami i nadzieją na spełnienie marzeń o wolnym Kosowie. Niechybnie zbliżał się czas konfrontacji. 

Gdy wiosną 1997 roku rozpoczęły się rozruchy w Albanii, pogrążając cały kraj w anarchii, do Kosowa przedostaje się blisko milion sztuk broni zrabowanej w magazynach wojska i policji. Broń jest wprawdzie marnej jakości, ale partyzanci poczuli się pewniej. Tymczasem w grudniu tego roku, w imieniu strony serbskiej, generał Mamcilo Perisić zapowiada dużą operacją wojskowo-policyjną w Kosowie. Przełomowy okazuje się miesiąc luty 1998 roku. W odpowiedzi na zabójstwo przez UČK dwóch policjantów, Serbowie niszczą i palą ponad dwadzieścia wiosek w rejonie Drenicy, zabijając ponad sto osób, głównie starców, kobiet i dzieci.

Czy już wtedy można mówić o początku wojny? Gdyby kierować się przepowiednią "Wojna zaczęła się w Kosowie i w Kosowie się skończy", to pojawiła się ona jeszcze w roku 1980, podczas majowych manifestacji mieszkańców domagających się dla Kosowa statusu pełnoprawnej republiki, krwawo stłumionych przez policję. Tak więc w pewnym sensie od tamtego już czasu trwał w Kosowie stan wojny. 

W lutym 1998 roku nastąpiła niewątpliwie nowa jej faza. Jeśli liczba partyzantów UČK pod koniec 1997 roku wynosiła 300 osób, to po masakrze w Drenicy wzrosła do 15 tysięcy. Tak poważnie wzmocniona UČK przystąpiła do ofensywy, wyzwalając w ciągu pięciu miesięcy ponad 30% terytorium republiki. W lipcu rozpoczęła się wielka ofensywa wojsk serbskich. Międzynarodowa Federacja Praw Człowieka alarmuje o ponad stu tysiącach Albańczyków wygnanych ze swych domów. Władze Czarnogóry po przyjęciu 40 tysięcy uciekinierów informują, że nie mogą więcej i zamykają granicę. Raport "Lekarzy bez granic" mówi o "licznych przypadkach zbiorowych egzekucji, odciętych głów, wyłupionych oczu, obciętych uszu, zbiorowych grobów". Oczywiście ofiary również są po stronie serbskiej, giną Cyganie i Gorańcy (Słowianie wyznania muzułmańskiego), ale proporcje są takie jak w Drenicy, albo jeszcze bardziej na niekorzyść Albańczyków. Dziennikarze mają drogę odciętą do tych wydarzeń, niewiele informacji przenika do opinii publicznej, a brak obrazów telewizyjnych sprawia, że politycy nie traktują sprawy Kosowa wystarczająco poważnie. Dlatego wrześniowe przedarcie się dziennikarzy Reutera i Human Rights Watch do rejonu Drenicy i odkrycie tam nowej masakry było tak istotne, pociągnęło za sobą działania wspólnoty międzynarodowej i zawiesiło na czas jakiś walki zbrojne.

Ale jeszcze w Boże Narodzenie tego roku rusza serbska ofensywa w region Podujeva w północnym Kosowie. Belgrad mówi o "ograniczonej operacji mającej na celu schwytanie zabójcy serbskiego policjanta", na co szef misji obserwatorów OBWE, Walker, zauważa uszczypliwie: "Zawsze mnie dziwiło, że czołgi są potrzebne do poszukiwania tych, których nazywa się kryminalistami". Międzynarodowy Czerwony Krzyż podaje, że w wyniku tej ofensywy ponad 6 tysięcy Albańczyków musiało opuścić swe domy. W oficjalnych statystykach liczba wygnanych Kosowian w całym 1998 roku przekracza 300 tysięcy.

Tak, ta wojna nie zaczęła się w momencie, kiedy NATO zrzuciło pierwsze bomby na Jugosławię. Wtedy, gdy leciałem samolotem nad Kosowem, nie było już innej możliwości, by powstrzymać posuwającą się w dole armię, dowodzoną przez najlepszych w Europie specjalistów od czyszczenia etnicznego. Jednocześnie było już za późno, by ustrzec mieszkańców Kosowa przed eksterminacją i wypędzeniem. Teraz przychodziło zapłacić cenę za kosowski letarg społeczności międzynarodowej, za tragiczną w skutkach niefrasobliwość konstruktorów porozumienia pokojowego z Dayton, którzy pominęli zupełnie problem Kosowa, nie przygotowując dla niego żadnego rozwiązania. A był to ostatni może moment, kiedy można było uprzedzić katastrofę. Przeczuwało ją tak wielu i tak wielu okazało się bezsilnych.

W chwili, gdy obserwowałem z samolotu malutkie czołgi w dole, posuwające się wzdłuż białego pasemka drogi, powrócił do mnie pewien sen z dzieciństwa, powtarzający się potem, przywołujący przeczucie jakiejś katastrofy, która czai się tuż za krawędzią wszystkiego, w co się bawię. Największy lęk budziło nie to, co się miało stać, lecz sama nieuchronność zbliżania się czegoś mrocznego, co posiadało swój wibrujący dźwięk i pozostawiało słodkawy posmak w ustach. 

Teraz coś podobnie niepowstrzymanego koncentrowało się na północnych rubieżach Kosowa. Myślałem o różnych dyskusjach dowądzących wyższości jednego narodu nad drugim, o megalomanii naszej cywilizacji, o kłamstwie zaklętym w mitach, kulturze i polityce, o poczynaniach w imię interesu własnego, o tchórzliwych unikach i inteligentnych wymówkach odwodzących od zmierzenia się z rzeczywistością taką, jaka ona jest. To wszystko docierało do mnie w postaci rozmów ze znajomymi, spotkań i lektur, stanowiło naturalny element podróży i życia na pograniczu, ale teraz dopiero zaczęło ujawniać swą prawdziwą naturę, trucicielską, stając się nieuchronne, nieodwołalne, nie-do-zagadania, skoncentrowane w tym wojsku w dole, już przygotowanym ideologicznie i emocjonalnie do dokonania eksterminacji sąsiedniego narodu. Byłem przerażony, śniłem w samolocie koszmarny dziecięcy sen, który nie był już snem. Za wszystkim, w co bawiliśmy się w Europie, czaiła się katastrofa.

Rozmyślałem oczywiście o Serbach, o Jugosłowianach, których znałem wielu i do których często podróżowałem. Przypominałem sobie ten ich gest ręki z rozmachem wyrzuconej z dołu w górę, przed twarzą, który tak często pojawiał się podczas rozmowy, gest podkreślający pewność ich racji, a jednocześnie starający się za jednym zamachem uciąć wszelkie wątpliwości i komplikacje z tą racją związane, których istnienie sami przeczuwali. Przypomniałem sobie zwrot "ne ma problema", powtarzany równie często, jak zapewnienie o tym, że z polityką nie mają nic wspólnego, co miało zwalniać z odpowiedzialności; i jeszcze to, że każdą krytykę zwróconą choćby w stronę prezydenta, któremu byli przeciwni, brali przeciwko sobie, nie potrafiąc poradzić sobie z urażoną dumą narodową; i jeszcze okrzyki szlachetnie protestujących w obronie demokratycznych wyborów w Belgradzie, rzucane w stronę policjantów: "Nie nas bijcie. Idźcie do Kosowa!"; i jeszcze te zwroty o kobietach albańskich jako "maszynkach do robienia dzieci", odnajdowane w najlepszych pismach literackich; i jeszcze to przekonanie o cywilizacyjnej wyższości, bo gdyby nie oni, Serbowie, to Albańczycy pasaliby jeszcze owce w górach... Jugosławia wyciągnęła do nich rękę, pomogła im, a oni, niewdzięcznicy, teraz chcą niepodległości (i w tym właśnie momencie następuje ten gest, szybki, by w porę uciąć wszelkie uwagi o tysiącach ofiar, jakie to "wyciągnięcie ręki" za sobą pociągnęło, o wcieleniu Albańczyków przemocą do federacji jugosłowiańskiej, bez pozostawienia im jakiegokolwiek wyboru). 

Kosowo od wielu lat było przekleństwem Serbów. Powstrzymywało ustanowienie demokracji, która - zapewniwszy swobody obywatelskie i wolne wybory - mogła prowadzić do utraty prowincji w 90% zamieszkałej przez Albańczyków; umacniało władzę dyktatorską, mobilizowało agresję nacjonalistów, aż w końcu przyprowadziło wojnę - toczoną dotychczas gdzieś daleko w Słowenii, Chorwacji czy Bośni i Hercegowinie - na próg ich własnego domu, do samego Belgradu i innych miast serbskich. Z drugiej strony, ten położony na peryferiach region, w zbiorowej pamięci stanowił jedno z centrów duchowych, obciążone całym bagażem narodowej mitologii. Czy Serbowie mogli się tego wyrzec? A czy Polacy mogli się wyrzec Wilna i Lwowa? Nie przyszło to łatwo. Aby nie dać się zamknąć w mitologicznym getcie narodowym, aby sprostać zmieniającej się rzeczywistości i jej nie zakłamać, potrzeba było wielkiej przenikliwości, dalekowzroczności i odwagi, przełamującej kompleks "zdrady narodowej". Potrzeba było takiego środowiska paryskiej Kultury, którego Serbowie nie mieli i nie mają.

Rozmyślałem o tym, jak trudno jest zachować niezawisłość od zbiorowych odczuć, zwłaszcza w sytuacji dla narodu kryzysowej. Przywoływałem w pamięci Mirjanę Miočinović, Ivana Čolovicia i inne pojedyncze osoby z Belgradu, którym udało się ją wywalczyć, płacąc w zamian wysoką cenę izolacji i cierpienia. Bo niby wszyscy jesteśmy różni i grzechem jest uogólnianie, aż tu nagle czterdzieści tysięcy osób znajduje się w jednej grupie żołnierzy, pod jednym rozkazem i wobec jednej sprawy, jaką mają wspólnie do zrobienia - jakież to ma znaczenie, że w czymś są od siebie różni? Nacjonalizm jest szaleństwem zarówno zbiorowości jak i jednostek - przestrzegał Danilo Kiš. Bycie osobnym i pojedynczym jeszcze od niego nie wyzwala. On tworzy "pozór indywidualności", "indywidualistę bez indywidualności". Dosięga z łatwością również tych, którzy nie uważają się za nacjonalistów, a zachowują się wobec niego biernie, którzy tracą czujność rezygnując z samokrytycyzmu i poddawania w wątpliwość własnych racji. Wywalczona w życiu na codzień - w tym kotle gotującym się od propagandy nienawiści, narodowego turbo-folku, kultu patriotycznych mitów i plemiennych herosów - nieprzynależność jest tym minimum, które nas uwierzytelnia wobec demona nacjonalizmu.

Danilo Kiš jest serbskim i europejskim pisarzem. Jego książki ważne są dla nas dzisiaj nie dlatego, że dotyczą Jugosławii, w której po jego śmierci wybuchła wojna, ale dlatego, że dotyczą nas właśnie, Europejczyków. Snując rozmyślania o Serbach, wcale nie mam poczucia, że zamieszkują oni inną krainę od tej, w której mi przyszło żyć, i do której zmierzam teraz samolotem. Prawda, że jesteśmy od siebie odcięci - oni wszędzie potrzebują z trudem osiągalnych wiz, ja nigdzie w Europie, z wyjątkiem Jugosławii. Zdaje się jednak, że żyjąc w Polsce, w Wiedniu czy w Unii Europejskiej, wcale nie jesteśmy wolni od tych używek, którymi oni przyprawili swą śmiercionośną mieszankę wybuchową. Nasz charakterystyczny gest z pozoru jest inny - wyciągnięta spokojnie przed siebie ręka, zdającą się coś poklepywać poufale pod sobą, pewna swej racji, aż do momentu, gdy nie wyczuje swego kresu, krawędzi przestrzeni, do której nie sięga i która staje się w tej samej chwili przestrzenią zagrożenia; wtedy ręka cofa się szybko i jak oszalały kamerton wymachuje w obie strony starając się za wszelką cenę nie dać przystępu czemuś, co mogłoby się z tej ciemnej otchłani wynurzyć. 

Mamy też swoje niefrasobliwe "no problem", a właściwiej "take it easy". Mamy ledwie skrywaną wyniosłość cywilizacyjną, graniczącą czasem z rasizmem, jak to bywa choćby w przypadku Cyganów. Mamy nacjonalizm, a sartreowski typ pana Julka, przywoływany przez Kiša, który - kochając własne, "francuskie" stadko - blednie w kawiarni na każde przywołanie angielskiej herbatki i dzięki temu właśnie blednięciu tenże Julek staje się kimś, zyskuje indywidualność... takich typów ci dostatek, nie tylko na Bałkanach.

Istnieje hipoteza mówiąca o tym, że to, co się dzieje pod koniec dwudziestego wieku w krajach byłej Jugosławii, jest odrabianiem zaległych procesów historycznych, które tu przebiegają z opóźnieniem i są zwykłym anachronizmem we współczesnej Europie. Mnie osobiście o wiele bardziej przekonuje opinia Ralfa Dahrendorfa, odziedziczona po jego mistrzu, Erneście Gellnerze, wybitnym badaczu zjawiska nacjonalizmu w dziejach ludzkości. Otóż Gellner, przed samą śmiercią, miał powiedzieć swemu uczniowi, że "wydarzenia dziejące się na Bałkanach są zjawiskiem na wskroś nowoczesnym. To mobilizowanie ludzi przez pozbawionych skrupułów przywódców, którzy wykorzystują różnice, których sami ludzie byli w małym stopniu świadomi".

Wiele jest w Europejczykach nagromadzonych pokładów, łatwopalnych i mitotwórczych, które mogą w każdej chwili zostać wykorzystane przez przywódcę pokroju Miloševicia. Sprzyja temu współczesna kultura, zbywająca słabości naszej natury - ludzkie i istniejące od zawsze - magiczną formułą "take it easy", a każdej próbie zmagania się z naszymi przypadłościami przyczepia epitet "zaangażowania", który pod koniec dwudziestego wieku ma wydźwięk pejoratywny.

Naiwnością z mojej strony było sądzić, że po wylądowaniu na Schwechad wszystko powróci do normy. Wprawdzie nikt się nie przepychał i spokojnie mogłem się napić wiedeńskiej, ale były to tylko pozory spokoju. Za krawędzią otaczającego mnie blichtru czułem wzbierający niepokój. Zaraz się zacznie. Za parę dni gazety zaczną donosić o nowej wojnie, a na ekranach telewizorów śledzić będziemy nocne naloty na Jugosławię. W głowach ludzi powstanie szalone zamieszanie. Z jednej strony wściekła akcja militarna z powietrza, bardzo agresywna, jakby starająca się zagłuszyć swoje zapóźnienie i całą wcześniejszą hipokryzję, przymykającą oko na zbrodnie dyktatora, z którym przez całe lata się układano, przyjmując za dobrą monetę jego nigdy niespełnione obietnice.

Z drugiej strony prawie równie hałaśliwa antyamerykańska histeria dużej części inteligencji europejskiej, która - w całej swojej słabości i zagubieniu, mamrocząc coś o pacyfizmie i potrzebie negocjacji, o procedurach prawnych i odrzuceniu przemocy, a tak naprawdę nie potrafiąc w żaden sposób zmierzyć się z rzeczywistością i nie będąc w najmniejszym stopniu zdolną do wygenerowania konkretnych propozycji zmierzających do rozwiązania problemu, który przecież w jej własnym organizmie się zrodził - znalazła sobie kozła ofiarnego w postaci NATO i złych Amerykanów. Nie wszyscy temu ulegli, zdając sobie sprawę, że jeżeli Europa sama nie wyrwie się ze swego letargu, w którym pogrążona była jeszcze w czasie wojny w Bośni, a także z zaklętego kręgu Maastricht i dyktatu euro, jeśli nie zacznie brać w swoje ręce spraw całego kontynentu, wytwarzać własnych antyciał wobec zjawisk takich jak czystki etniczne na Bałkanach, wówczas pogrąży się w chaosie, niwecząc cały proces zjednoczeniowy. "Ustawiliśmy Maastricht przed Sarajewem. Teraz płacimy cenę" - pisał w trakcie bombardowań Timothy Garton Ash.

Po rozpoczęciu nalotów NATO na Jugosławię zaczęto mówić o wojnie w obronie praw człowieka, pierwszej takiego rodzaju w historii, zapowiadającej nadejście lepszego świata w nowym tysiącleciu. Starożytni Rzymianie mawiali: Si vis pacem para bellum (Jeśli chcesz pokoju, gotuj się do wojny). Wówczas oznaczało to wzmocnienie własnej obronności, dzisiaj oznacza militarną interwencję w innym, suwerennym kraju. Ta wojna nie miała innego interesu niż przywrócenie pokoju, powstrzymanie zabijania i zapewnienie uchodźcom powrotu do domu. Toczyła się jednak na kilku planach, pośród których nie jest nam łatwo znaleźć jasną dla siebie orientację. Wytoczono wojnę Miloševiciovi, którą póki co przegrano, bo nie udało się go obalić. Serbowie, którzy od początku nalotów ponosili ofiary w ludności cywilnej, w większości uznali tę wojnę jako skierowaną przeciwko swemu narodowi. Serbscy reżyserzy teatralni, którzy wystawiali kiedyś sztuki Vaclava Havla, napisali do niego: "Cóż takiego zrobiliśmy tobie, by nas bombardowano?" W odpowiedzi usłyszeli: "Nic nie zrobiliście, ale wasz reżim morduje waszych współobywateli. A robiąc to Albańczykom robią również mnie. To jest podstawowa zasada: Jeżeli ktokolwiek jest raniony, ja jestem raniony. To jest uniwersalna zasada ludzkiej solidarności, przecinająca granice państw i regionów". Czy odpowiedź prezydenta Czech była dla nich zrozumiała? 

A Kosowianie, czy rozumieją, co to znaczy, że ta wojna toczy się o prawa człowieka? Brzmi to dosyć abstrakcyjnie, jak na europejskich salonach dyplomatycznych. Tam w górach wojna toczy się o Kosowo, o wolność. Czy to jest to samo, co prawa człowieka? Czy świat toczy walkę o Kosowo? Gdyby tak było, to wraz z nalotami, ruszyłyby wojska lądowe, wyzwalając prowincję. Tymczasem zaczęto bombardować miasta serbskie... 

Zaraz na wstępie, po porwaniu przez Serbów trzech żołnierzy amerykańskich, usłyszeliśmy jeden z priorytetów tych, którzy dowodzą w wojnie o prawa człowieka: przede wszystkim dbać o własną skórę. "To jest mentalność pokolenia, które chciałoby mieć zasady, ale nie jest zdolne do płacenia ceny za ich posiadanie" - taką ocenę wystawiał pokoleniu prezydenta Clintona w dniach wojny George Soros. "Kiedy zasady i własny interes wchodzą w konflikt, wtedy górę bierze interes własny."

Argument potępiający tę wojnę dlatego, że wcześniej nie podjęto podobnej w obronie praw Kurdów czy Tybetańczyków, nie jest dla mnie przekonujący. Jeżeli komuś leży na sercu ich los, powinien robić wszystko, aby ta wojna okazała się zwycięska. "Było, nie było", ale nie może być "jest jak jest". Chociaż tyle. Chociaż w Kosowie.

Problem stanowi natomiast przejrzystość tego, o co się walczy i w imię jakich zasad. Dzisiaj w Europie tej przejrzystości nie ma. Co więcej, o ocenie wydarzeń rzadko decydują racje moralne, od których silniejsze są resentymenty historyczne i przynależność do jednej wspólnoty religijnej czy kulturowej. W takiej sytuacji o wiele trudniej zaangażować się w walkę o wolność Kosowa tak, jak kiedyś lord Byron zaangażował się w walkę o wolność pobliskiej Grecji. Działo się to na początku XIX stulecia, a Grecy byli pierwszym narodem na Bałkanach, który walkę taką, zakończoną zwycięstwem, podjął. Doświadczyli wówczas wielkiej europejskiej solidarności. Byron, wraz z setkami innych ochotników z Europy, na wieść o rzeziach dokonywanych na powstańcach greckich przez Turków, wyruszył na wojnę za Grecję. To prawda, że byli tacy, co upatrywali w tym walkę chrześcijan z muzułmanami; to prawda, że kleftowie, wcześniej zwykli rozbójnicy, którzy stali się głównymi bohaterami powstania, odbiegali znacznie od romantycznego wyobrażenia herosów dawnej Hellady; to prawda, że Metternich traktował powstańców greckich jako niebezpiecznych ekstremistów zakłócających spokój Europy, a obradujący w 1822 roku w Weronie kongres monarchów europejskich nie chciał nawet udzielić audiencji wysłannikowi greckiemu przybyłemu z prośbą o pomoc; wszystko to jednak nie odbierało Byronowi wiary, że walczy i umiera (zmarł tam na malarię w oblężonej przez Turków twierdzy Missolungi w 1824 roku) za słuszną sprawę, za wolność i niepodległość kraju, którego większość mieszkańców pragnie tego z głębi serca. W dzisiejszej Europie niewielu jest odważnych, którym słowa wolność i niepodległość w odniesieniu do Kosowa, przejdą przez usta. Mówi się natomiast o stabilności w regionie, nienaruszalności istniejącego status quo, zagrożeniu ze strony ekstremistów albańskich... Pojawiają się dyplomatyczne uniki, przemilczenia, zawoalowane wypowiedzi. Rodzi się "Kosovo correctness", nowa kultura kłamstwa. 
w
Uciekałem przed Kosowem, z samego krańca Macedonii, razem z innymi, którzy nie patrzyli prosto w oczy. Uciekałem z miejsca, skąd widać było krainę, w której wybiło źródło ciemności. Gdziekolwiek jednak bym się teraz nie zwrócił, to źródło biło przede mną. Nie było ucieczki. Zasypiając w swoim domu, przed oczami miałem białe kosy Agima Čavdarbashy. Tak bardzo chciałem uwolnić je z pęt. Wiedziałem, że będę musiał powrócić do Kosowa.


Komentarze:

Dodaj swój komentarz:

Imię i nazwisko:*

Adres e-mail:*

Treść:*

ładowanie...

Kod z obrazka:*

 

 pola oznaczone * są wymagane

Szukaj na stronie

"Opowieści o Współistnieniu. Niewidzialny Most" -

Pogranicze w Zachodniej Galilei

(28.11-4.12.2019)

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego” w ramach Programu „Kultura Inspirująca”

  

 Modernizacja Amfiteatru w Krasnogrudzie

 

 

 

Dwór w Krasnogrudzie

Olga Tokarczuk

| 21 02 2015 | Krasnogruda  

 

 

Od września Dwór w Krasnogrudzie czynny od poniedziałku do piątku od 10.00 do 16.00.

W soboty i niedziele po uprzednim kontakcie telefonicznym

Bożena Bartosiewicz: tel. 603 123 743

 

Koncert Finałowy Orkiestry - Lato w Pograniczu 2019. Galeria zdjęć


IRENA VEISAITĖ

Człowiek Pogranicza 2019

 

Orkiestra Klezmerska Teatru Sejneńskiego

Kup płytę Orkiestry

Rodzinne Skarby. Kolekcja Filmowa. 2019

 

 

Oferta edukacyjna

Darowizny uzyskane przez Fundację Pogranicze

W związku z otrzymaniem darowizn, na podstawie art. 18 ust. 1f, pkt 2 ustawy z dnia 15 lutego 1992 r. o podatku dochodowym od osób prawnych (Dz. U. z 2011 r. Nr 74, poz. 397, ze zmianami), Fundacja Pogranicze podaje do publicznej informacji, że łączna kwota uzyskana z tego tytułu w okresie od 01.01.2018 r. do 31.12.2018 r. wyniosła 66.006,31 zł.

W 2018 roku Fundacja uzyskała również kwotę 16.106,30 zł w formie wpłat z 1% podatku oraz 5.131,31 z tytułu zbiórki publicznej nr 2018/2901/OR.

Otrzymane darowizny Fundacja Pogranicze w całości przeznaczyła na realizację działań statutowych.

Towarzystwo Inwestycji Społeczno – Ekonomicznych S.A. w Warszawie udzieliło nam pożyczki na zamknięcie inwestycji oraz pomogło zorganizować montaż finansowy przy współpracy z Polskim Bankiem Spółdzielczym w Ciechanowie dla zapewnienia pełnej płynności przy prowadzeniu inwestycji związanej z rewitalizacją zabytkowego kompleksu dworskiego w Krasnogrudzie, w którym powstaje Międzynarodowe Centrum Dialogu.

www.tise.pl

Informacja o plikach cookies

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

"Biuletyn Pogranicza" w Twojej skrzynce

INFORMACJA O POLITYCE PRYWATNOŚCI