Krzysztof Czyżewski - Z perspektywy pogranicza: Głos innego

Głos innego 

1. 

Z pograniczem jest kłopot ­- tego, co jest ci tak drogie, nie możesz nigdy posiąść na własność, zawsze musisz się tym podzielić. A gdyby tak już się stało - na skutek przemocy lub innego zrządzenia — że nikt oprócz twoich nie upomni się o to miejsce, wówczas okaże się, że tego, co było ci tak drogie, już nie ma. 


Nie byłem pewien, czy słowa te wypowiedział sam Wiktor Winikajtis, z którym stałem na wysokiej skarpie klasztoru nad Wigrami, czy też był to jakiś inny głos. Dogasała właśnie jesień 1990 roku. On - z pękiem kluczy, który zabrał ze swej stróżówki na dole, otwierając i zamykając drzwi do kościoła, eremów i katakumb, zapalając i gasząc światła, człapiąc po schodach w górę i w dół - zdążył już wypytać mnie o wszystko, co zamierzam, sprowadzając się na pogranicze. Gdy zatrzymaliśmy się na skarpie, spokojnie i na długo zanurzając spojrzenia na wschodnim brzegu jeziora, ja już tylko słuchałem. Czyj to był głos? Dzisiaj nie ma już pomiędzy nami "otatniego kameduły", jak nazywaliśmy Winikajtisa, a ja w dalszym ciągu prowadzę dialog z głosem, który wtedy usłyszałem, z głosem Innego. 

Z początku byłem przekonany, że skrywa się w innym języku, w innej narodowości czy wyznaniu. Nie było to pozbawione sensu. Dostrzegłem także, że zwiększyła się moja wrażliwość na głos ludzi inaczej myślących. A przy tym czułem, że nabieram dystansu do rzeczywistości, staję się alergiczny na monolog, na ideologię, na wyłączność jednej racji... Przypominam sobie, jak w dzieciństwie przybiegałem do mamy, aby jej opowiedzieć, co wydarzyło się na podwórku i jak to zostałem skrzywdzony przez kolegów. A potem przychodził mój brat i podawał nowe szczegóły, które pominąłem, a do tego inaczej interpretował przebieg całego zajścia. Wściekałem się, że moja opowieść nie może być ostateczną, że brat jest przeciwko mnie, że nie mogę uciąć mu języka, że muszę z nim żyć, że nie mogę utwierdzić mamy tylko w mojej prawdzie. Czyż nie przypomina to sytuacji lekcji historii w szkole w Sejnach, gdy nauczyciel — dajmy na to Litwin — podjąłby się omówienia tematu wojny polsko-litewskiej w latach 1918-1920, mając w klasie uczniów polskich i litewskich? Wolałby mieć tylko litewskich, bo polscy wiedzą swoje. Dlatego pewnie jedni i drudzy po obu stronach granicy chcą mieć czysto polskie i czysto litewskie szkoły. I być może z powodu takich właśnie kłopotów przywołana lekcja jest całkowicie wyimaginowana, bo w szkole w Sejnach mówi się o różnych wojnach na całym świecie, ale nigdy o tej, w której dziadkowie uczniów walczyli ze sobą, o której mówią pamiątki rodzinne i groby pomordowanych odwiedzane ceremonialnie każdego roku. 

Z głosem Innego jest kłopot. W szkole udaje się go zmilczeć, ale w życiu nigdy nie udaje się tego milczenia zgłuszyć. Nieznośnie jest z tym żyć, ale tu — na pograniczu — nie można inaczej. 

O ileż spokojniejszym miastem byłby na przykład Białystok, gdyby nie taki Sokrat Janowicz. "Pisarz to on jest wprawdzie dobry — tłumaczył mi kiedyś pewien poirytowany dziennikarz — ale to, co on wypisuje, to przekracza ludzkie pojęcie". Mówiąc to kartkował nerwowo książkę w poszukiwaniu argumentów, które miały obnażyć "brednie tego Białorusina". Coś tam znalazł, ale nie do końca był usatysfakcjonowany, więc uogólnił tylko krótko: przecież ci ludzie mają wolny wybór, nikt ich nie zmusza do tego, by rezygnowali z nauki języka białoruskiego albo podawali się za Polaków. Sami tego chcą. Tymczasem Sokrat upierał się i twierdził, że dopóki tym ludziom nie stworzy się szansy poznania historii i kultury białoruskiej, dopóty nie ma mowy o ich wolnym wyborze. Ale i sam Sokrat Janowicz nie zaznaje spokoju w swoich Krynkach, do których powrócił z Białegostoku kilka lat temu. I nie chodzi już tylko o miejscowego księdza, dla którego Pan Bóg rozumie jedynie po polsku, nie po białorusku. Z Polakami jakoś by sobie, po tylu latach utarczek, to życie uładził. W końcu wszystkie karty zostały już odkryte i znają się jak łyse konie. Aż tu ni stąd ni z owąd na jego "włościach białoruskich" pojawili się Ukraińcy. Po prostu niektórzy z dotychczasowych "tutejszych" zaczynają się określać jako Ukraińcy. W Bielsku Podlaskim wydają nawet pismo Nad Buhom i Narwoju. Uczeni socjologowie, etnologowie i językoznawcy zaczynają pisać o tym poważne dysertacje w oparciu o badania terenowe. Sokrat ma swoje argumenty, sięga po pióro, wdaje się w dysputy. Świadom jest jednak, że nie zdoła uklepać rzeczywistości na kształt swoich racji, że raz uruchomiona dynamika pogranicza kieruje się swoimi prawami, że jego głos to zaledwie jedna piszczałka fletni. 

Próbuję oswoić głos Innego, który tak niespodziewanie wtargnął w moje życie tutaj na pograniczu i który nauczyłem się słyszeć. Czasami wydaje mi się, że nie dobiega on wcale z zewnątrz, że to we mnie ktoś mówi, że jest moim głosem, bez którego nie potrafię już być sobą. 
A jeśli tak, to czymże jest jego brak, jego stłumienie lub niedosłyszenie? 

2. 

A pan kim jest? - zapytałem Winikajtisa po tym, jak już sam powiedziałem, że jestem Polakiem i chrześcijaninem wychowanym w tradycji katolickiej. On wtedy troszkę cofnął się i skulił, jakbym nie mówił normalnie lecz krzyczał, albo mówił co najmniej kilkakrotnie głośniej niż tego wymaga nasza rozmowa. W odpowiedzi otrzymałem tajemniczy uśmiech i szemranie w rodzaju "a po co to komu wiedzieć...", czym zdawał się mówić raczej: ciszej... rozluźnij się, człowieku... spokojnie. 

Co chciał przez to powiedzieć? Że lepiej nie zdradzać się z takimi deklaracjami narodowymi czy religijnymi, bo nigdy nic nie wiadomo? Czyżby więc strach pozostały po poprzedniej epoce, bo przecież nie przez demokrację czy też moją osobę wywołany? Nie. Nie na to chciał zwrócić uwagę w tym momencie naszej rozmowy. Czułem się raczej jak gość, który swym zachowaniem narusza pewne reguły ustalone dawno temu przez gospodarzy domu. Zachowałem się nietaktownie, ale dlaczego?

Pomógł mi to lepiej zrozumieć Jerzy Stempowski, który W dolinie Dniestru opisał swoje rozczarowanie doznane po przybyciu do Polski centralnej, gdy spotkał się z "uczuciami narodowymi objawianymi hałaśliwie, wyzywająco, niemal bezwstydnie. Manifestacje takie wydawały mi się czymś w bardzo złym smaku, dobrym co najwyżej dla dorobkiewiczów i prostaków". 

Wydaje mi się, że wiem, o co chodziło Stempowskiemu, bo ten "styl" jest w modzie do dzisiaj. Dotychczas go nie dostrzegałem, bo był na tyle powszechny, oczywisty i naturalny, że aż przezroczysty. Wszędzie toczył się nieprzerwany mecz, w którym zadaniem kibiców jest wychwalanie swoich, a zadaniem swoich strzelanie do obcej bramki. Czy na stadionie można zachowywać się inaczej? Widziany z tej perspektywy na przykład dialog Czesława Miłosza z Tomasem Venclovą o Wilnie, o Polakach i Litwinach, jest obustronnym strzelaniem do własnej bramki, co zwykliśmy nazywać po prostu "samobóją". Na stadionie jest to klęska, ale oni widocznie — w odróżnieniu ode mnie — nie na stadionie się wychowali. Gdzie zatem? Na pograniczu? Przecież wydawałoby się, że pogranicze to dopiero jest stadion, na którym trwa nieustanna walka jednych przeciwko drugim. 

Tymczasem ten głos z rozmowy z Winikajtisem zdawał się mówić o zupełnie innych zasadach obowiązujących w domu mieszkańców pogranicza. Może niewielu już pozostało przy życiu z tych, którzy zachowali pamięć o tych zasadach, może ich dopasowanie do zmieniającej się wokół rzeczywistości było zbyt trudne, może uległy one powszechnemu zapomnieniu... Niemniej jednak pan Wiktor stał na ich straży, władał pewnym zapomnianym językiem. Takich ludzi spotykałem później w różnych miejscach na pograniczach, bez trudu rozpoznawałem ich głos w życiu codziennym, w sztuce, w polityce... Posiedli oni pewną tajemnicę, którą możnaby porównać do sztuki bycia sobą w wielogłosowym śpiewie, albo sztuki budowania mostu łączącego urwiste brzegi rwącej rzeki, który zawiera w sobie kształt spokojnego piękna, wysublimowaną linię, wyszukany ornament i lekkość. Ivo Andrić powiedziałby o nich w swoim języku neimar (budowniczy mostu). Cenił ich kunszt najwyżej, świadom, że gdy zostanie zapomniany, Bośnia i cała Jugosławia mogą zamienić się w piekło. Niemała to zresztą sztuka, skoro najmniejsza nieuwaga lub uchybienie pociąga za sobą fałsz, dysharmonię czy destrukcję. 

Spotykałem tych ludzi w miejscach przypominających trochę miasteczko z filmu Wernera Herzoga Szklane serce. Mam na myśli sytuację wspólnoty ludzkiej pozbawionej nagle tajemnicy (w filmie jest to tajemnica wytopu specjalnego szkła), która dotychczas czyniła ich życie znośnym, sensownym i pełnym. Gdy ci, którzy do tej pory stali na jej straży, umierają, nie pozostawiając po sobie następców, życie — jak mozaika — rozpada się na drobne kawałki, oderwane, karłowate, zagubione i nieświadome całości. Jeśli po takim krachu pojawią się nawet ludzie z dawną wiedzą, nikt już nie będzie rozumiał ich języka, nikt nie będzie słuchał ich głosu, nikomu nie będą potrafili przekazać swej tajemnicy. Żyją samotnie, obcy wśród swoich, odchodząc niepostrzeżenie, jak odszedł "ostatni kameduła". 

Tamtego wieczoru Winikajtis najwyraźniej starał się naprowadzić mnie na trop owej starej wiedzy. Tak jak przystało na człowieka pogranicza, nie robił tego wprost, ostrożnie obchodził każdy problem dookoła, nigdy zbytnio się do niego nie zbliżając, zwykle koncentrując uwagę na drobnym szczególe z pobocza głównego wątku, urywając w pół słowa, czasem milcząc, abym mógł nasłuchiwać. Gdy zacząłem dopytywać o sprawy narodowe, o to czy Polak czy Litwin, czy katolik czy kto tam jeszcze, samym gestem ciała dał mi znać, że tak nie trzeba, że tutaj - wbrew temu, co sobie wyobrażałem - nikt nie klepie o tym na każdym rogu ulicy, nie wyciąga tego przy każdej nadarzającej się okazji. To przyjezdni z zewnątrz o to wypytują. Mój kolega z Sejn zwykł mówić, że jak daje "w gębę dla Wowki", to go nie obchodzi, że on jest Rusek i staroobrzędowiec, tylko, że go wkurzył, robiąc jakieś głupstwo. Ale dziennikarz może już z tego zrobić sprawę i oduczyć mojego kolegę spontanicznego zachowania i naturalnych odruchów, wszak jest to już "sprawa narodowa" bądź "wyznaniowa". To paraliżuje. Jednak nie tylko o to chodziło Winikajtisowi powstrzymującemu mnie od dopytywania o deklaracje narodowe. Zapewne nie wchodzą tu w grę żadne względy światopoglądowe, w których można by się doszukiwać chęci ukrycia własnej tożsamości narodowej, jej asymilacji, zatarcia bądź też czegoś w tym rodzaju. Wręcz przeciwnie. Chodzi więc raczej o kwestię smaku, na co zwracał uwagę Stempowski. Pozostaje tylko odczytać zamysł dawnych gospodarzy domu, którzy przecież, ustalając zasady dobrego smaku, wiedzieli, gdzie przebiega granica, za którą zaczyna się już fałsz i zniszczenie. Wielokrotnie później przekonałem się o mądrości życiowej 
skrytej w błahym wydawałoby się i fanaberyjnym odczuciu estetycznym owego dżentelmena o szlacheckim rodowodzie z doliny Dniestru. 
Gdy w 1995 roku dotarłem do leżącego na północy Bośni miasta Tuzla, toczyła się w nim jeszcze wojna. Spytałem mieszkających tam przyjaciół, dlaczego tych, którzy strzelają do nich z okolicznych wzgórz, nazywają "czetnikami". Okazało się, że nie mają tutaj najistotniejszego znaczenia analogie historyczne, odwołujące się do istniejących w czasie drugiej wojny światowej para-faszystowskich ugrupowań "ustaszy" i "czetników". Ważniejsze było to, żeby nie nazywać ich Serbami. Dlaczego? Bowiem Serbowie to także sąsiedzi w ich bloku, czasem członkowie ich rodzin, obywatele Bośni. A moi przyjaciele ciągle wierzyli w Bośnię wielokulturową, w której przyjdzie im żyć razem z innymi. Lepiej więc mówić o czetnikach, lepiej nie przywoływać imion narodów, które rozpętały tak demoniczne moce. Wojna przecież się skończy, a żyć trzeba będzie dalej normalnie. 

3. 

Ze strzępów zapamiętanych słów, niedomówień i znaków pozostawionych przez Wiktora Winikajtisa, które często były wówczas dla mnie niezrozumiałe i nieczytelne, staram się dosłyszeć głos Innego. Nie jest to łatwe, przypomina proces rekonstruowania zapomnianego języka, podczas którego pojedyncze słowa czy sformuowania zaczynają w pełni ujawniać swój sens dopiero wówczas, gdy odkryte zostaną zasady i cały kontekst ich funkcjonowania. Żeby je zrozumieć trzeba zacząć nimi mówić i nimi żyć, trzeba dotrzeć do obyczajowości, w której były zanurzone. 

Nie tak dawno temu Stefan Chwin porównał swoją pracę nad Hanemanem, powieścią rekonstruującą świat germańsko-słowiańskiego Gdańska, do pracy paleontologa. Podobnego porównania można by użyć w odniesieniu do wielu twórców kultury działających dzisiaj na Pomorzu, Warmii, Mazurach, Śląsku, Łemkowszczyźnie, Podlasiu, Suwalszczyźnie... Taki jest obecnie nasz los, ludzi odnajdujących się już nie tylko w prężnych szrankach państwa narodowego, lecz także na gruzach zaginionej cywilizacji. Poszukując własnego miejsca i siebie samych, pochylamy się nad każdym drobiazgiem, nabieramy szacunku do starych przedmiotów, uważnie odczytujemy ślady przeszłości. Wszystko to w nadziei na odkrycie paradygmatu, z którego zostaliśmy wydziedziczeni, a który jest hieroglifem tej ziemi.

Tak więc nie o powrót do przeszłości chodzi, a przynajmniej nie tylko o to. Nie jest to kwestia resentymentu i nostalgii, charakterystyczna dla starszych pokoleń. Odczytanie tego paradygmatu jest potrzebne do życia dzisiaj, bowiem ukryty jest w nim klucz do niejednego skarbca, do bram miasta i regionu, do etosu ludzi mieszkających w środku. Obecnie nie jest już tak ważne dociekanie, dlaczego bramy zostały zatrzaśnięte i kto jest temu winien. Ważniejsze jest odzyskanie do nich klucza. Bez niego żyć będziemy, jak dotychczas, niezadomowieni, albo raczej zadomowieni na prowincji, na obrzeżach i peryferiach, przekonani, że tam są nasze korzenie, w tych subkulturach, gettach, w osobnych dzielnicach, w których pobudowaliśmy stadiony. Można tam być Polakiem, Niemcem, Litwinem... Nauczyliśmy się już tego całkiem nieźle. Ciągle jednak nie możemy zostać obywatelami środka. Oznacza to, że nie potrafimy współżyć ze sobą inaczej niż tak jak na stadionie. Widać to szczególnie wyraźnie z perspektywy pogranicza. Tutaj szczególnie trudno jest żyć z zapieczętowanym hieroglifem własnego miejsca. Co chwila dochodzi do utarczek, brakuje kompetencji do wspólnego rozwiązywaniania problemów, próby dialogu kończą się monologami, ludziom otwartym przybywa wrogów, narasta podejrzliwość wobec tych, którzy pierwsi wyciągają rękę do zgody. A wszystko to nie wiedzieć czemu się dzieje, jakoś tak mimowolnie, poddane sile bezwładu. Przecież nikt tego nie chce, a przynajmniej niewielu jest tych, którzy mają w tym swój interes. Nie wiadomo jednak, jak sobie z tym poradzić. Nawet ci, którzy mają najlepsze intencje, przekonani o swej dobrej woli nie tylko wobec swoich, odnajdują się w końcu w ślepym zaułku z usypanym stosem problemów i - nie potrafiąc iść dalej - zaczynają się cofać, rozgoryczeni i zrezygnowani. 

Wrzesień 1995 roku był okresem kolejnego napięcia w Sejnach. Organizacje Litwinów w Polsce napisały skargę do biskupa Ziemby (do wiadomości Watykanu, kardynała Glempa, Episkopatu Litwy itd.) na hierarchię kościelną, która odmawia im posługi duszpasterskiej w języku ojczystym. Oskarżały, zwłaszcza dziekana parafii sejneńskiej, o "świadome działanie szkodzące utrzymaniu poczucia tożsamości narodowej". Faktem jest, że w kilku kościołach, w których odbywały się dotychczas msze w języku litewskim (m.in. w Sejnach, Żegarach, Smolanach, Suwałkach), w tym okresie przestano je odprawiać. Powodem był brak księdza-Litwina lub znającego język litewski. Być może hierarchia kościelna działała zbyt opieszale, nie doceniając wagi problemu dla Litwinów. Być może trudno było znaleźć kogoś do tej posługi po tym, jak parafianie z Puńska zimno rozstali się ze swoim proboszczem, księdzem Dziermeyką, nie wpuszczając go do swych domów, gdy szedł z kolędą. Kryją się za tym wszystkim oczywiście długie historie wydarzeń poprzedzających te fakty. Nie będę ich teraz przywoływał. Teraz ważne jest to, że po tym liście ksiądz Kazimierz Gacki, dziekan parafii sejneńskiej, stracił cierpliwość. Przegląd Sejneński opublikował jego wystąpienie pełne żalu i urazy, bardzo agresywne wobec Litwinów. Odpowiedział mu Bronisław Makowski, przewodniczący rady Wspólnoty Litwinów w Polsce, nie podejmując jednak polemiki, ograniczając się do ogólnych stwierdzeń typu: "my, świadomi swych praw i obowiązków w Kościele i państwie...". W obu wystąpieniach trudno było dostrzec choćby delikatną intencję nawiązania dialogu, poddania w wątpliwość własnych racji, krytyki skierowanej ku własnemu środowisku. 

W oczach księdza dziekana Makowski był nacjonalistą, jednym z tych działaczy-krzykaczy, którzy świadomie dążą do konfrontacji i konfliktu, zatruwając tylko życie normalnym ludziom. W oczach przewodniczącego ksiądz był wrogiem Litwinów, przedstawicielem zacofanego ciemnogrodu, z którym nie warto nawet podejmować polemiki. 

Ksiądz Kazimierz Gacki całkiem niedawno przybył do Sejn z najlepszymi intencjami, pełen dobrej woli wobec Litwinów, uważający się za ich przyjaciela. Myśli o sobie jako o osobie bardzo tolerancyjnej i ma do tego sto procent pewności. Przewodniczący Bronisław Makowski, który jest też uznanym historykiem, autorem książki Litwini w Polsce, również nie ma złych intencji wobec Polaków. Uważa siebie za obrońcę uciskanej mniejszości w Polsce i osobę bardzo tolerancyjną, co do czego ma też sto procent pewności. Obaj cieszą się szacunkiem wielu osób, a ich myślenie i działanie nie różni się niczym szczególnym od naszego. Tylko że gdy spotkali się na obszarze pogranicza doszło między nimi do sporu, którego rachunek przedstawia się następująco: tolerancja i 100% racji plus tolerancja i 100% racji równa się brak tolerancji i konflikt racji. 

Oto przykład sporu, jednego z tych, których na pograniczach doświadczamy nieustannie i z którymi nie potrafimy sobie poradzić. Nie wystarczą dobre intencje. Jestem pewien, że przy organizacji zaplanowanego na czerwiec tego roku spotkania twórców kultury polskiej i litewskiej, celem którego jest kolejna próba zbliżenia do siebie Polaków i Litwinów, współpracować będą zarówno ksiądz Gacki jak i przewodniczący Makowski. Już dziś wiadomo, że ksiądz będzie gospodarzem koncertu litewskiej muzyki organowej w bazylice sejneńskiej, a przewodniczący, który przyjedzie, by uczestniczyć w samym spotkaniu, dziś służy swą wiedzą i kontaktami organizatorom z Ogólnopolskiego Klubu Miłośników Litwy. Tak więc, podobnie jak wielu z nas, zaangażowani są w sprawę, którą uważamy za słuszną i potrzebną. Dlaczego zatem nie wszystko nam się udaje? Z pewnością wiele dałoby się powiedzieć o pewnym braku kompetencji. Można próbować to zmienić organizując różnego rodzaju spotkania i szkolenia, ucząc metod rozwiązywania konfliktów i otwartego dialogu. Można powoływać specjalne organizacje, pełnomocników rządów, kościołów i mniejszości, czcigodne rady i inne gremia. Można tworzyć i udoskonalać prawo z myślą o mniejszościach, o słabszych, o tolerancji. Wszystko to z pewnością okaże się pomocne i użyteczne, wskaże na zaniedbania i luki, które już dawno powinno się zażegnać. I tylko tyle, nic więcej. Hieroglif pogranicza w dalszym ciągu pozostanie nieodczytany. Tolerancja? Leszek Kołakowski w swej pogadance o tolerancji w telewizji polskiej przekonywał, że jej zasadniczym gwarantem nie jest prawo. Ustawa czy zarządzenie o tolerancji mogą wiele pomóc, ale nie decydują jeszcze o tym, że społeczeństwo w tym państwie będzie tolerancyjne. "Powtarzam: — mówił Kołakowski — tolerancja jest chroniona mniej przez prawo, a więcej przez utrwalanie się obyczajowości tolerancyjnej". 

No coż, myśleć o sobie jako o człowieku tolerancyjnym — a któż z nas myśli inaczej — to jedno, a nasza tolerancja w sytuacji pogranicza, czyli w sytuacji próby, to drugie. Przez całe lata starałem się doszukać w głosie Innego jakiejś wiedzy o człowieku tolerancyjnym, ale nigdy nie uzyskałem odpowiedzi pozytywnej, podkreślającej istnienie jakichś cech, które można posiąść i tym samym stać się tolerancyjnym. Może to dziwne, ale wszystko wskazywało na to, że chodzi raczej o wyzbycie się czegoś, uciszenie... Dzisiaj myślę o człowieku tolerancyjnym jako o tym, który nie ufa swemu przekonaniu o własnej tolerancji, nie daje się w tym mniemaniu utwierdzić i nieustannie poddaje je w wątpliwość. 

4. 

Od czasu tamtej wieczornej rozmowy z Wiktorem Winikajtisem nie dawała mi spokoju świadomość, że zamieszkuje on obszar, do którego nie mam dostępu. Zazdrościłem mu tego. Kiedy chciał, mógł się znaleźć również w moim świecie, którego bramy przekraczał bez trudu. Znał zresztą ten świat na wylot, umiał się w nim sprawnie poruszać. Wielokrotnie rozmawialiśmy o zaszłościach historycznych, ciągle żywych na pograniczu. Przychodził czasem do naszej księgarenki w "Białej Synagodze", by zakupić książki Łossowskiego, Makowskiego, Greimasa, Žukasa i innych. Jego wiedza historyczna była imponująca. Znał źródła napięć i wiedział, jak one dzisiaj przebiegają. Trafnie przewidział problemy, które dopadną nowego przybysza, wkraczającego w strefę pogranicza. Musisz wytrwać w sytuacji pomiędzy młotem i kowadłem, choćby ci doskwierało żeś nie-swój. Pozostań nie-swój i nie sądź naiwnie, że uda ci się pogodzić młot z kowadłem. Szukaj raczej dla siebie trzeciej drogi, a ta biegnie zawsze bliżej człowieka niż zbiorowości. Po jakimś czasie może się okazać, że nie jesteś sam. Pamiętaj, że to nie Warszawa, gdzie czasem, by rozwiązać jakiś problem, trzeba wstrząsnąć opinią publiczną, zorganizować protest czy demonstrację, przeprowadzić akcję w mass mediach. Na pograniczu wzniecasz w ten sposób trudny do ugaszenia pożar. Tutaj lepiej nie dotykać żywej rany. Jeśli chcesz trafić w cel, do którego mierzysz, nie patrz nigdy wprost, zawsze trochę wyżej lub niżej, troszkę obok. 

Dobre rady, których dosłuchiwałem się w głosie Innego, doskonale potrafiły zatrzeć granicę pomiędzy otaczającym mnie światem i tym, co najbardziej osobiste. Najwidoczniej chciał, abym nie oddzielał rzeczywistości pogranicza od swych własnych słabości, abym szedł dalej, pozostawiając za sobą granice państwowe, narodowe i kulturowe, kierując się ku prawdzie o sobie samym. 

Obserwowałem Winikajtisa, jak oprowadzał gości po klasztorze, przechodząc płynnie z języka polskiego na litewski. Każdy miał go za swojego, a raczej chciał mieć za swojego, choć wszyscy czuli, że są tylko przechodniami miejsca, które jest jego domem. Znał ich języki i obyczaje. Mimo, że otwierał przed nimi różne drzwi, prowadził ich do katakumb i na wieżę, ostatecznie pozostawiał ich zawsze przed bramą, którą sam tylko przekraczał, wchodząc do samego środka. Tam zamieszkiwał — obywatel środka. 


Komentarze:

Dodaj swój komentarz:

Imię i nazwisko:*

Adres e-mail:*

Treść:*

ładowanie...

Kod z obrazka:*

 

 pola oznaczone * są wymagane

Szukaj na stronie

LATO W POGRANICZU 2019

DWÓR W KRASNOGRUDZIE

1 września ostatnia niedziela ze zwiedzaniem w godz. 10.00 - 16.00

Od 2 września Dwór czynny od poniedziałku do piątku od 10.00 do 16.00.

W soboty i niedziele po uprzednim kontakcie telefonicznym

Bożena Bartosiewicz: tel. 603 123 743

PROGRAM

 

Koncert Finałowy Orkiestry - Lato w Pograniczu 2019. Galeria zdjęć


IRENA VEISAITĖ

Człowiek Pogranicza 2019

 

Orkiestra Klezmerska Teatru Sejneńskiego

Kup płytę Orkiestry

Rodzinne Skarby. Kolekcja Filmowa. 2019

 

 

WYSTAWY

 

 

 

Oferta edukacyjna

Darowizny uzyskane przez Fundację Pogranicze

W związku z otrzymaniem darowizn, na podstawie art. 18 ust. 1f, pkt 2 ustawy z dnia 15 lutego 1992 r. o podatku dochodowym od osób prawnych (Dz. U. z 2011 r. Nr 74, poz. 397, ze zmianami), Fundacja Pogranicze podaje do publicznej informacji, że łączna kwota uzyskana z tego tytułu w okresie od 01.01.2018 r. do 31.12.2018 r. wyniosła 66.006,31 zł.

W 2018 roku Fundacja uzyskała również kwotę 16.106,30 zł w formie wpłat z 1% podatku oraz 5.131,31 z tytułu zbiórki publicznej nr 2018/2901/OR.

Otrzymane darowizny Fundacja Pogranicze w całości przeznaczyła na realizację działań statutowych.

Towarzystwo Inwestycji Społeczno – Ekonomicznych S.A. w Warszawie udzieliło nam pożyczki na zamknięcie inwestycji oraz pomogło zorganizować montaż finansowy przy współpracy z Polskim Bankiem Spółdzielczym w Ciechanowie dla zapewnienia pełnej płynności przy prowadzeniu inwestycji związanej z rewitalizacją zabytkowego kompleksu dworskiego w Krasnogrudzie, w którym powstaje Międzynarodowe Centrum Dialogu.

www.tise.pl

Informacja o plikach cookies

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

"Biuletyn Pogranicza" w Twojej skrzynce

INFORMACJA O POLITYCE PRYWATNOŚCI