Krzysztof Czyżewski - Z perspektywy pogranicza: Jechać do Gdańska, Stanisławowa...

...przeszłość umarłego miasta stawała się podobna
do młodziutkiej narzeczonej, która o zmierzchu,
z rumieńcem wstydu, w pościeli pachnącej różami, 
po raz pierwszy odsłania swoją nagość przed 
stęsknionym kochankiem.

Stefan Chwin, Hanemann


Myślałem o Gdańsku, jadąc do Wilna. Pierwszą osobą, którą spotkałem na Prospekcie Gedymina był Maciej Nowak, szef Nadbałtyckiego Centrum Kultury z Gdańska, który zorganizował w ubiegłym roku cały szereg imprez kulturalnych pod hasłem "Nowa Litwa". Z pewnością jest to już zupełnie inna Litwa od tej, która żyje jeszcze w pamięci wielu współczesnych Gdańszczan. Z pewnością Maciek nie przyjechał tutaj powodowany resentymentem do mitycznego Wilna, a w poszukiwaniu żywych zjawisk kultury współczesnej. Z pewnością to nie przypadek sprawił, że spotkaliśmy się ot tak na ulicy, skoro obaj jesteśmy wędrowcami na szlaku prowadzącym do centrów kulturalnych dzisiejszej Europy Środkowowschodniej. Czy jednak młode Wilno wie, co się w młodym Gdańsku dzieje? Postanowiłem, że swoje spotkanie w Domu Otwartej Litwy rozpocznę od opowieści o podroży do Gdańska, którą ostatnio odbyłem. Tym bardziej, że zapraszając mnie, Irena Veisaite nalegała, abym mówił o tym, co ciekawego dzieje się w pracowniach twórców środkowoeuropejskich.


1.

Na spotkanie z Pawłem Huelle umówiłem się w Gdańsku na Targu Rybnym. Wybrałem się więc z Suwałk do... Warszawy, a potem już prosto do Gdańska. Tak było szybciej i wygodniej, choć mapa zdawała się mówić co innego. Można powiedzieć "prosto z Suwałk do Warszawy", można powiedzieć "prosto z Warszawy do Gdańska", ale ten kto powie "prosto z Suwałk do Gdańska" naraża się na uszczypliwe uwagi tych, co taką podróż wcześniej już odbyli. 

Pociąg z Warszawy mknął błyskawicznie, jakby przypomniał sobie nagle stary, utarty szlak wzdłuż Wisły, który różni polityczni surrealiści próbowali poprzecinać barierkami, tak jak Roberto Chirco swoje obrazy cieniami. 

Natomiast w samym Gdańsku trudno było znaleźć Targ Rybny. Zapytywałem napotkane kobiety przekonany, że od lat robią tam zakupy. Coś słyszały, wiedziały, że to gdzieś tutaj, w samym centrum, ale nie mogły sobie przypomnieć. Młodzi wzruszali ramionami. Dopiero pewien starszy mężczyzna, uradowany moim pytaniem, niemal doprowadził mnie na samo miejsce. Wyasfaltowany plac nad brzegiem Motławy zastawiony był samochodami. Żadnych straganów, żadnych łodzi i kutrów podpływających do brzegu, żadnego życia. Martwa rzeka, martwe zabudowania na drugim brzegu, jakieś pozostałości po młynach, manufakturach... Po tej stronie niewielki pub, gdzie udajemy się na kawę. "To miasto ze złamanym kręgosłupem - mówi Paweł - i, jak rekonwalescent, wprawdzie żyje, ale nie może powrócić do siebie." 

Znałem Gdańsk z książek, wcześniej Güntera Grassa, a później Pawła Huelle i Stefana Chwina. Był oczywiście jeszcze inny Gdańsk, ten z wyjazdów nad morze i ten z okresu "Solidarności". To jednak było mało, by odpieczętować tajemnicę samego miasta, które wydawało się obce i niezrozumiałe. Dopiero książki - rozszerzając perspektywę wakacyjnych wspomnień z dzieciństwa i "czasu Solidarności" — przywróciły mi Gdańsk, sprawiły, że stał się częścią mnie samego. Te książki pełne niemieckich nazw ulic, niemieckich nazwisk, żydowskich dziwaków, kresowych przesiedleńców, Ukraińców, Litwinów... - to one sprawiły, że ja, Polak, żyjący pod koniec XX wieku, mogę się czuć przynależny do tego miasta, że jest to jeden z organów również mojej ojczyzny. 

Wydawało mi się przy tym, że skoro dojrzewają takie książki, a ja wraz z nimi, to jest to owoc pewnego wzrastania i dojrzewania całego organizmu naszej ojczyzny. Wyobrażając sobie jak Gdańsk się ubogaca, jak zagęszcza się i nasiąka treścią, myślałem o Erichu Schultzu z powieści Stefana Chwina, mieszkającym kiedyś przy Lessingstrasse 14, który uciekając przed "wschodnim bydłem" u schyłku drugiej wojny światowej w furii niszczył całe bogactwo swego domu: "otwierał szafkę pod oknem, wywalał na podłogę talerzyki i salaterki, obcasem rozgniatał kruchy fajans (...), przewracał krzesła, ciął oparcia foteli. (...) kruszył mahoniowe ornamenty nad szybką kredensu, tłukł kryształowe zdobienia etażerki, łamał kolumienki na fasadzie komody. (...) Niczego im nie zostawimy, niczego! - i deptał po swoich koszulach z białego płótna, rozwleczonych koło bieliźniarki, jakby chciał rozgnieść niewidzialne robactwo, które już - widział to - pleniło się w szwach mankietów i kołnierzyków".

Jednak sam fakt powstania takich książek nie przekłada się jeszcze bezpośrednio na rzeczywistość miasta, na posiedzenia rady miejskiej, na życie współczesnych gdańszczan. Z martwego Targu Rybnego pojechaliśmy do księgarni w poszukiwaniu ostatniej książki Pawła. Młode ekspedientki nie miały pojęcia, kto to jest ten pan, który wypytuje o książki jakiegoś pisarza gdańskiego. Zacząłem się martwić, że nie odnajdę żadnej nici łączącej moje książki i moje gdańskie wtajemniczenie z dniem dzisiejszym tego miasta. 

Po południu w domu Krystyny i Stefana Chwinów rozmawialiśmy o echach Hanemanna w Gdańsku. Dowiedziałem się o ludziach, którzy z książką w ręku poszukują domu Hanemanna na dzisiejszej ulicy Grottgera (dawna Lessingstrasse), o nauczycielach, którzy przygotowują specjalne gdańskie lekcje w oparciu o Hanemanna, albo o rodzinie, która pod wpływem lektury zaczęła rozkopywać swój ogródek w poszukiwaniu starych przedmiotów. Dla Stefana szczególnie jedno znalezisko z tych poszukiwań ma znaczenie symboliczne: stary gdański kałamarz, zalakowany, z atramentem w środku, wciąż nadającym się do pisania. 

Coś więc jednak fermentuje. Może to niewiele, ale tak bywa z początkami długotrwałych procesów. 

Z tej podróży do Gdańska zachowałem w pamięci jeszcze kilka refleksów: w bibliotece domowej Pawła Huelle poczesne miejsce zajmuje portret cesarza Franciszka Józefa; u Chwinów rozmawiamy o Bośni, o podróży do Sarajewa, którą być może wspólnie odbędziemy; spotykałem się z Ukraińcami, którzy są tutaj nowym smakiem (przypomniałem sobie, jak wszystko się zmieniło, gdy w domu przy Grottgera 17 zamieszkała Hanka, Ukrainka... "Na kołeczkach wieszaka obok kredensu pojawił się warkocz czosnku i bukiet ziół o popielato-błękitnych listkach, a pod oknem wianek brązowych nasion".). Można by pójść jeszcze tropem innych pisarzy gdańskich: Aleksandra Jurewicza, który w dzieciństwie wyrwany z Lidy, błąkał się ze swymi rodzicami na Śląsku, zanim tutaj osiadł, albo tropem Selima Chazbijewicza z rodziny Tatarów litewskich, urodzonego już tutaj, wkrótce po tym jak rodzice opuścili Wilno... 

Tak więc myślałem o Gdańsku, jadąc do Wilna. Można by się oczywiście zastanawiać, na ile różna była ludność wprowadzająca się przed pół wiekiem do gdańskich kamienic od tej wprowadzającej się do kamienic wileńskich. Albo czy losy tych miast po 1945 roku były takie same? Z łatwością można by znaleźć różnice. Jednocześnie jednak tyle wspólnego łączy te miasta, w oparciu o co wiele mogliby sobie wyjaśnić współcześni Litwini, Polacy, Niemcy, Żydzi... 

Mógłbym zresztą swoje refleksje rozpocząć także od opisu podróży do Iwano-Frankowska na Ukrainie, a właściwie do Stanisławowa, bo tak ciągle nazywa swoje miasto Jurij Andruchowycz, nie mogąc się przyzwyczaić do zmiany wprowadzonej w latach sześćdziesiątych. To też miasto ze złamanym kręgosłupem, które "prawie nie istnieje", aczkolwiek to m.in. tutaj powstawała i działała słynna grupa literacko-artystyczna Bu-Ba-Bu, to tutaj wydawane są dwa pisma młodej awangardy ukraińskiej. I pomyśleć, takie miasteczko, w którym "bohaterowie Josepha Rotha zatrzymywali się w drodze do Nowego Jorku, by przelecieć kolejną pokojówkę".

Wydaje mi się, że ta opowieść o podróży do Gdańska, rozszerzona o podróż do Stanisławowa, zawiera wiele wątków związanych z naszą środkowoeuropejską kondycją u schyłku stulecia, nad którymi warto się przez chwilę zastanowić.


2.

Wśród nowych trendów rodzących się dzisiaj w pracowniach twórców środkowoeuropejskich ważne miejsce zajmuje zmieniający się stosunek do dziedzictwa kulturowego. Może nie to jest najważniejsze, że ten stosunek się zmienia, że jest inny. Należałoby raczej powiedzieć o nowym dziedzictwie, o nowych jego złożach, które są odkrywane i wydobywane z zapomnienia. Bowiem to nie odniesienie do epoki sowieckiej czy do okresu małej stabilizacji, do drugiej wojny światowej, do niepodległości pomiędzy wojnami staje się najważniejsze. 

Istotne staje się docieranie do głębszych pokładów czasu minionego, których nie znamy już z autopsji, do - by użyć określenia Jerzego Stempowskiego - starej cywilizacji, istniejącej zanim jeszcze padły strzały Gawriło Principa w Sarajewie w 1914 roku. Oczywiście kres tej cywilizacji nie nastąpił jednego dnia, zwłaszcza w miejscach oddalonych od centrów nowych organizmów państwowych, na pograniczach, gdzie przetrwała ona jeszcze czas jakiś. Andruchowycz apokalipsę Stanisławowa umieszcza w kalendarzu pod datą 1939 roku. Apokalipsa Gdańska w opowieści Chwina nadchodzi zimą 1945 roku. I dzisiaj jeszcze można spotkać samotników, którzy odebrawszy wychowanie w kręgu starej cywilizacji, w żaden sposób nie mogą odnaleźć dla siebie miejsca w świecie umeblowanym na nowo podług pryncypiów ideologii nacjonalistycznych i komunistycznych. 

Odbywa się zatem schodzenie w głąb. O ile Weiser Dawidek był jeszcze podróżą do świata dzieciństwa i pierwszych inicjacji, to Hanemann jest już penetracją świata, który w naszym dzieciństwie był obecny tylko poprzez niezrozumiałą tajemnicę, strzeżoną różnymi społecznymi i politycznymi tabu. To był świat zepchnięty na margines, do piwnicy, na strych, w szept rozmów prowadzonych na boku przez dorosłych, tak by dzieci i tajni szpiedzy nie dosłyszeli, zakopany w ogródku. Nie o tych jednak znaleziskach, które były przecież także jego udziałem, pisze Stefan Chwin. W Hanemannie te przedmioty wykopane w ogródku czy odnalezione na strychu, istnieją jeszcze w swoim mateczniku, w szafach mieszczan gdańskich, w pełni swego blasku, pachnące i żywe w dotyku. Tajemnica, która kusiła nas w dzieciństwie i zapraszała do podróży w nieznane, spełnia się oto. Nie jest to bynajmniej powrót do wyidealizowanego świata przeszłości czy ucieczka w utopijne mity utraconej Arkadii. Całe to instrumentarium używane do analizowania twórczości stanowiącej ucieczkę w wyidealizowaną przeszłość jest tutaj bezużyteczne. To nie powrót starca do krainy swego dzieciństwa. Uchylone zostaje wieko i w szczelinie widać lśniące blaskiem swej egzystencji przedmioty, zanurzonych w tym ludzi i snujące się pomiędzy nimi historie.. Nie koniec to jednak naszej percepcji. Trwamy dalej przy tej szczelinie i czujemy, że to już ostatni poblask, bowiem zbliża się nieuchronnie zagłada. I nastąpuje zagłada. Jest pożar, ucieczka w panice, prucie materii, brzęk szkła i stukot butów barbarzyńców, którzy są już na schodach i w progach kamienic, dworków, klasztorów, salonów, bibliotek... To się stało. I w dalszym ciągu nie kończy się nasza opowieść, nie zamykamy jeszcze książki. Jesteśmy przy tajemnicach naszego dzieciństwa i naszego dojrzewania. Nagle zaczynamy inaczej postrzegać wszystko to, co nas otaczało i w czym żyliśmy. A to kosztuje, domaga się zmiany postaw i przewartościowań. "Nienawiść do Niemców zderzyła się z intymnym wtajemniczeniem w gotyk i świat rzeczy, które w Gdańsku po Niemcach zostały. To były czasem bardzo piękne rzeczy" - powiedział w wywiadzie Stefan Chwin. Andruchowycz konstatował: "Najłatwiej było po prostu zamieszkać. Wedrzeć się do secesyjnych willi, do luksusowych, porządnych konstruktywistycznych kamienic, do parterowych eklektycznych domów. Najłatwiej było zagarnąć meble, porcelanę, garderoby w orzechu wraz ze szlafrokami i pantoflami, gramofony i płyty, zegarki, niezrozumiałe książki (...) Przybysze nie wzięli jednak pod uwagę, że zagarnięcie domów wiąże się również z pewnymi zobowiązaniami w stosunku do nich". 

Tak więc zaczynamy szerzej otwierać oczy, a nasza opowieść ciągnie się dalej. Bo oto jesteśmy już w dniu dzisiejszym, w demokracji, w gospodarce rynkowej, w procesie integracji europejskiej... Ale tak naprawdę odnajdujemy siebie zabłąkanych na gruzach zaginionej cywilizacji, zamieszkujących jakieś jej obrzeża i subkultury. Dostrzegamy, że "wciąż jeszcze mamy szczeliny w murach, zawalone dachy, drzewa, wyrastające z klatek schodowych, resztki witraży i marmurowych płyt pod nogami"(Andruchowycz). Paweł Huelle mówił o mieście ze złamanym kręgosłupem. Jurij Andruchowycz w roku 1991 pisał: "Ukraina musi dopiero zamieszkać w swoich miastach". W kilka lat później dodawał: "Dzisiaj zapatruję się na to znacznie bardziej pesymistycznie, przy czym mam ogromne wątpliwości, czy dzieci moich dzieci będą mieszkańcami ukraińskich miast". 

Oto nasza opowieść, opowieść pokolenia, które z jednej strony jest już za młode, aby dziedziczyć narodowo-komunistyczne fobie naszego stulecia, a z drugiej strony w momencie przełomu było już zbyt dojrzałe, aby ulec nawrotowi tych fobii, a także zbyt dojrzałe, aby poddać się erozji postmodernistycznej i rynkowej fali.

To jest opowieść, która sięga głębiej niż nasze dzieciństwo, w pamięć prenatalną, w świat starej cywilizacji, który jest wszakże wielką tajemnicą naszego dzieciństwa i dojrzewania. Dlatego poszukujemy z nim więzi, tak jak poszukujemy rzeczywistości. Ta opowieść urywa się na dniu dzisiejszym, na zawieszonym pytaniu o naszą tożsamość, na ekspresji poczucia braku, które nam doskwiera. 

Tak więc cesarz Franciszek Józef w bibliotece Pawła Huelle, Arcyksiąże Ferdynand przejeżdżający przez Stanisławów w swej ostatniej drodze do Sarajewa, uchwycony pamięcią z ręką "leniwie opartą na drzwiach kabrioletu", skarbnice rzeczy, flaneli, płócien i jedwabiu w kamienicy przy Lessingstrasse, dzisiejszej Grottgera, historia Weisera Dawidka, chłopca, który nie chodził na religię i tajemniczo zaginął, kiedy Polska Ludowa wkraczała w epokę gomułkowską... - to wszystko nie są wspominki, ucieczki w światy idealne czy nostalgia za przeszłością. Ta opowieść jest splotem żywych napięć pomiędzy odległą zdawałoby się przeszłością a dniem dzisiejszym, urywa się w pół zdania, jeszcze nie wszystko zrozumieliśmy. "Jedyne co mogę zrobić to opowiadać dalej" - odpowiada sobie narrator książki Huellego w momencie, gdy przyznaje się, że nie rozumie, że jest bezradny wobec tajemnicy. Sama książka pozostawi nas zresztą z nierozstrzygniętą tajemnicą. 

Ta opowieść musi być snuta dalej, jej wektor tylko pozornie skierowany jest w przeszłość, a tak naprawdę potrzebujemy jej, by dojść do siebie samych dzisiaj, by odemknąć perspektywę na jutro. Uchylając wieko i zaglądając przez szczelinę w głąb starej cywilizacji, poszukujemy dla siebie filozofii oparcia, o której pisali niedawno w Czasie KulturyIzolda Kiec i Rafał Grupiński. Odnajdujemy siebie na peryferiach, pośród ruin i opustoszałych budowli, które kiedyś stanowiły wymarzony teren naszych dziecięcych zabaw. I kusi nas ta sama tajemnica, i w dalszym ciągu jesteśmy uczestnikami tej samej podróży, gdy pytamy siebie dzisiaj kim jesteśmy.

Po spotkaniu w Domu Otwartej Litwy Arunas Sverdiola, filozof Uniwersytetu Wileńskiego, dawniej Uniwersytetu Stefana Batorego, powtarzał sobie zdanie o nienawiści i intymnym wtajemniczeniu w gotyk, w piękno przedmiotów. Szliśmy ulicą obecnie zwaną Sruogos gatve, dawniej Św. Jana, a potem zboczyliśmy w dzisiejszą Pilies gatve, dawniej ulicę Zamkową, dzisiaj... dawniej..., dzisiaj... dawniej. Szliśmy pomiędzy dawniejszym a dzisiejszym, pomiędzy nienawiścią a pięknem, pośród całej rzeszy młodych ludzi spacerujących starymi uliczkami, w pewnym środkowoeuropejskim mieście. 

I tak tutaj żyjemy, pomiędzy nienawiścią a pięknem.


Komentarze:

Dodaj swój komentarz:

Imię i nazwisko:*

Adres e-mail:*

Treść:*

ładowanie...

Kod z obrazka:*

 

 pola oznaczone * są wymagane

Szukaj na stronie

LATO W POGRANICZU 2019

Od września Dwór w Krasnogrudzie czynny od poniedziałku do piątku od 10.00 do 16.00.

W soboty i niedziele po uprzednim kontakcie telefonicznym

Bożena Bartosiewicz: tel. 603 123 743

PROGRAM

 

Koncert Finałowy Orkiestry - Lato w Pograniczu 2019. Galeria zdjęć


IRENA VEISAITĖ

Człowiek Pogranicza 2019

 

Orkiestra Klezmerska Teatru Sejneńskiego

Kup płytę Orkiestry

Rodzinne Skarby. Kolekcja Filmowa. 2019

 

 

WYSTAWY

 

 

 

Oferta edukacyjna

Darowizny uzyskane przez Fundację Pogranicze

W związku z otrzymaniem darowizn, na podstawie art. 18 ust. 1f, pkt 2 ustawy z dnia 15 lutego 1992 r. o podatku dochodowym od osób prawnych (Dz. U. z 2011 r. Nr 74, poz. 397, ze zmianami), Fundacja Pogranicze podaje do publicznej informacji, że łączna kwota uzyskana z tego tytułu w okresie od 01.01.2018 r. do 31.12.2018 r. wyniosła 66.006,31 zł.

W 2018 roku Fundacja uzyskała również kwotę 16.106,30 zł w formie wpłat z 1% podatku oraz 5.131,31 z tytułu zbiórki publicznej nr 2018/2901/OR.

Otrzymane darowizny Fundacja Pogranicze w całości przeznaczyła na realizację działań statutowych.

Towarzystwo Inwestycji Społeczno – Ekonomicznych S.A. w Warszawie udzieliło nam pożyczki na zamknięcie inwestycji oraz pomogło zorganizować montaż finansowy przy współpracy z Polskim Bankiem Spółdzielczym w Ciechanowie dla zapewnienia pełnej płynności przy prowadzeniu inwestycji związanej z rewitalizacją zabytkowego kompleksu dworskiego w Krasnogrudzie, w którym powstaje Międzynarodowe Centrum Dialogu.

www.tise.pl

Informacja o plikach cookies

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

"Biuletyn Pogranicza" w Twojej skrzynce

INFORMACJA O POLITYCE PRYWATNOŚCI