Krzysztof Czyżewski - Z perspektywy pogranicza: Pomiędzy Timisoarą a Tirgu Mures

1

Pamiętnej jesieni narodów 1989 roku w pewnym mieście w Banacie, zwanym przez jednych Timisoara, przez drugich Temesvár, stanęli obok siebie ramię w ramię Rumuni i Węgrzy w proteście przeciwko reżimowi Ceausescu, zapoczątkowując tym samym przewrót w Rumunii. Nikt wtedy nie mówił o mniejszościach narodowych. Mówiono o opozycji demokratycznej, o mieszkańcach miasta, obywatelach Rumunii. W kilka miesięcy później, w marcu 1990 roku, w pewnym mieście sąsiedniego Siedmiogrodu, zwanym przez jednych Tirgu Mures, a przez drugich Marosvásárhely, stanęli naprzeciwko siebie pełni nienawiści Rumuni i Węgrzy. Doszło do walki. Były ofiary śmiertelne. Potem w Rumuni wszystko wróciło do "normy" - mniejszości narodowe zaczęły zwierać swe szeregi, tak jak nauczone były to czynić przez całe mijające stulecie; przystępowano do tworzenia partii narodowych, kontynuowano walkę o uniwersytety narodowe, wykłócano się o narodowe "okienka" w mass-mediach, oczekiwano pomocy ze stolicy, od strony "macierzy", od Ligi Narodów - o, przepraszam, Rady Europy, oczywiście...


Te dwa wydarzenia ze współczesnej historii Rumunii są symboliczne dla biegu wypadków w całej Europie Środkowowschodniej po roku 1989. 

"Norma", która nastała po Tirgu Mures, stała sią powszechna we wszystkich krajach postkomunistycznych. Czasami ustanawiano ją za pomocą zbrojnego konfliktu, jak to miało miejsce w byłej Jugosławii; czasami poprzez krwawe, ale sporadyczne i na niewielką skalę, konflikty lokalne, jak w Siedmiogrodzie; a czasami poprzez drobne, ale niekończące się incydenty na Śląsku, Spiszu, Bukowinie, w Wilnie, Przemyślu, Komarnie... Przede wszystkim jednak o jej dominacji zadecydowało to, iż w powszechnej świadomości "norma" ta była oczywista i naturalna, nie było żadnej innej, która mogłaby zająć jej miejsce. Wspólnoty narodowe, zwłaszcza te będące w mniejszości, okopały się na swych pozycjach i przystąpiły do obrony swych partykularnych interesów. Do istniejących już linii podziału doszły nowe. Natomiast Timisoara symbolizuje szansę, jaką przez krótki moment mieliśmy w tym przełomowym okresie, szansę zrealizowania innego scenariusza rozwoju wydarzeń, opartego na postawie obywatelskiej, wyswobodzonej z opłotków narodowego egoizmu, gotowej do wspólnego budowania w oparciu o cały potencjał naszego najbliższego sąsiedztwa i wielokulturowych tradycji. Była wówczas szansa, aby w miejscach przez nas zamieszkiwanych znalazł się - używając sformułowania Józefa Mackiewicza - "sukcesor do całości", a więc ktoś, kto scali i zintegruje świat, z którego w minionym okrasie "każdy chciał tylko urwać dla siebie kawałek". Sam fakt, że Rumuni i Węgrzy razem stanęli do walki o wspólną sprawę - a byli z nimi również miejscowi Niemcy, Serbowie i Żydzi - mógł w konsekwencji spowodować stworzenie wspólnej partii politycznej, wspólnego uniwersytetu i integracyjnego programu edukacyjnego dla szkół, wspólnej telewizji, radia czy gazety. Przecież podziały nie muszą przebiegać wzdłuż przynależności narodowej czy wyznaniowej. To był ten moment, w którym wydawało się to możliwe. W grudniu 1989 roku w Rumunii nikt złego słowa nie mógł powiedzieć o Węgrach, którzy byli towarzyszami we wspólnej walce. Podobnie było pomiędzy Polakami i Litwinami, zwłaszcza wówczas, gdy padły pierwsze ofiary podczas szturmu wojsk sowieckich na wieżę telewizyjną w Wilnie. Gorące przemówienia w polskim Sejmie, atmosfera solidarności z walczącymi o niepodległość sąsiadami, zaangażowanie we wspólną sprawę części litewskich Polaków. Coś podobnego jak na początku drugiej wojny światowej, gdy zwaśniona z Polską Litwa otworzyła swe granice dla polskich żołnierzy uciekających przed sowietami i po ludzku ich przyjęła u siebie. 

Takich przykładów można by znaleźć jeszcze wiele. Wszystkie trwały bardzo krótko. W Rumunii rządząca nomenklatura, która "ukradła" rewolucję Timisoarze dla dokonania jedynie wewnętrznego zamachu stanu (dzisiaj coraz więcej zwolenników ma teza, że grudniowe zajścia były świadomie w tym celu sprowokowane), tak naprawdę wystraszyła się jednego: sojuszu rumuńsko-węgierskiego. Szybko zaczęto rozgłaszać, że opozycja wyprzedaje rumuńskie interesy narodowe Budapesztowi. Hasło padło na podatny grunt zadawnionych urazów i lęków. W Timisoarze Rumuni zaczęli udawać, że nie mają nic wspólnego z Węgrami i poprosili swych węgierskich przyjaciół, aby nie podpisywali się z nimi na wspólnych programach, lecz pisali swoje własne. Nieuchronnie zbliżało się Tirgu Mures. Propaganda rozgłaszała, że Węgrzy chcą odłączyć Siedmiogród od Rumunii. Do miasta nadjeżdżały autokary z chłopami rumuńskimi, którzy pamiętali Węgrów jedynie z lat 50., kiedy jako komunistyczni urzędnicy przeprowadzali kolektywizację ich gospodarstw. Łatwo to można skojarzyć z freskiem znajdującym się w ogromnej cerkwii prawosławnej na głównym placu miasta, przedstawiającym pana węgierskiego chłostającego rumuńskiego chłopa. 

Na tym placu po kilku dniach sporadycznych incydentów spotkały się ze sobą manifestacje węgierska i rumuńska. Dokumentalne zdjęcia filmowe, które obiegły później cały świat, pokazywały człowieka zapamiętale okładającego jakąś tablicą z dykty drugiego człowieka. Domniemywano, że to Rumun bije Węgra, później okazało się jednak, że było tak jak na fresku w cerkwii. 

A potem wszystko wróciło do "normalności". "Dziwisz się, że walczymy o swój węgierski uniwersytet?" - dopytywał z niedowierzaniem mój znajomy z Klużu (on mówił: Kolozsvár), gdy próbowałem mu tłumaczyć, że pojęcia "uniwersytet" i "narodowy" wykluczają się wzajemnie. Staliśmy na głównym placu miasta przed pomnikiem siedmiogrodzkiego króla Węgier Mathiasa, na którym narodowy mer miasta George Funar nakazał przymocować tablicę w języku rumuńskim, z której wynikało, że król był pochodzenia rumuńskiego i został pokonany przez własny naród. Wokół rozpoczynały się właśnie zainicjowane przez Funara przygotowania do prac wykopaliskowo-archeologicznych mających na celu odnalezienie ruin starożytnych rzymskich budowli. Gdyby prace rozwijały się dobrze, z pewnością trzeba by usunąć (przynajmniej na czas jakiś) pomnik "pokonanego" króla. Mieszkańcy, zarówno Węgrzy, jak i Rumuni, którzy uważają Mathiasa za swego wspólnego władcę, szykowali się do protestu. Później dowiedziałem się, że rząd pod naciskiem protestujących wstrzymał prace wykopaliskowe. Natomiast za pomyłkę uznano fakt zamalowania i pokrycia tynkiem podczas "porządkowania" miasta tablicy poświęconej pamięci Józefa Bema - władze lokalne zostały wprowadzone w błąd faktem wymawiania z węgierska imienia generała - József. Dopiero protesty mieszkańców ujawniły, że Bem nie Węgrem był, lecz Polakiem.

Działo się to wszystko w roku 1994. Z tego samego okresu podobne przykłady naszej środkowoeuropejskiej "normalności", która nastała po Tirgu Mures, mógłbym przytaczać bez końca. Na przywołanym wcześniej pograniczu polsko-litewskim, gdzie też rozsiewano plotki o rewindykacyjnych zakusach Warszawy wobec Wileńszczyzny, Polacy litewscy szybko doszli do przekonania, że trzeba tworzyć własny polski uniwersytet w Wilnie, a w Sejnach rozpoczęły się spory o pomnik Antanasa Baranauskasa, który był biskupem i Polaków, i Litwinów.

Zostawmy jednak w spokoju Tirgu Mures i jego konsekwencje, do których już przywykliśmy i skłonni jesteśmy raczej je bagatelizować. No bo cóż znaczą drobne incydenty na tle narodowym czy wyznaniowym wobec przemian i reform, jakich doświadczamy obecnie, wobec procesu integracji europejskiej? Problem tkwi jednak w tym, że choć incydenty same w sobie nie są może groźne i mają zasięg lokalny, to jednak ujawniają istnienie ciągle tej samej "normy", według której ułożone jest nasze myślenie i postępowanie, i która nie podlega żadnym przemianom ani reformom. Lecz by się przyjrzeć temu zjawisku bliżej, pytać raczej należy nie o Tirgu Mures, a o Timisoarę, o to, dlaczego w dłuższej perspektywie Timisoara była niemożliwa?


2

Wiele wskazuje na to, że po załamaniu się ideologii komunistycznej jej miejsce zajmuje ideologia nacjonalistyczna, zrodzona w tym samym XIX wieku, bardziej jednak - jak się okazuje - żywotna. Ktoś powiedział nawet, że, by przejść z systemu komunistycznego do demokratycznego, trzeba zmienić i słownictwo, i gramatykę, natomiast przechodząc do nacjonalizmu, wystarczy zmienić jedynie słownictwo. Rzeczywiście niepokojąco łatwo i szybko ta zmiana się dokonuje. Sprzyja temu dziedzictwo poprzedniego systemu, który wprawdzie w sferze ideologii zwalczał tożsamość narodową, w praktyce jednak ugruntowywał dominację myślenia narodowo-państwowego. Rzecz dotyczy jednak nie tylko byłych krajów komunistycznych. Już na początku lat 80. Isaiah Berlin zwrócił uwagę na niespodziewany renesans nacjonalizmu we współczesnym świecie.

Nikt z wybitnych myślicieli początku naszego stulecia tego nie przewidział. Wróżono raczej rychły zmierzch tej ideologii opartej na słabej jednostce poszukującej wsparcia i dowartościowania w określonej zbiorowości. Dla tych jednostek zbudowano państwa narodowe, w których posiadacze tej właściwej narodowości, a bardzo często i wyznania, mogli poczuć się u siebie i na swoim, mogli powiedzieć o sobie "my", podczas gdy wszyscy inni to byli już "oni", skazani na organizowanie się i walkę o przetrwanie w tzw. "mniejszościach". Zaistnienie takiego tworu jak państwo narodowe pociągało za sobą daleko idące konsekwencje dotyczące organizacji życia społecznego i politycznego, sposobu myślenia i wartościowania. To jest "gramatyka", którą posługujemy się do dzisiaj. Wykazał to przekonująco Michael Billig w książce Banal Nationalism, którą omawiał niedawno Jerzy Szacki na łamach Gazety Wyborczej: Billig "pokazuje, jak myślenie w nacjonalistycznych kategoriach nieustannie ujawnia się w języku brytyjskiej i amerykańskiej polityki czy też w języku codziennej prasy, i to nawet wtedy, gdy nie dotyka ona wielkich narodowych tematów. (...) Świat, w którym żyjemy na co dzień, okazuje się uporządkowany w znacznej mierze w kategoriach narodowego my i oni, choć wielu z nas o tym nie wie. (...) tożsamość narodowa nie jest jedną z wielu tożsamości, pomiędzy którymi jednostka dokonuje swobodnego wyboru, lecz stanowi jej tożsamość bezwzględnie najważniejszą i jak gdyby naturalną, bo narzucaną codziennie przez tę formę życia, jaką jest państwo narodowe".

Timisoara to było rumuńsko-węgierskie "my" przeciwstawione "onym" reprezentującym inny świat wartości. Była to zatem inna "gramatyka". Wydawałoby się, że to tak niewiele, a jednak... By mógł się dokonać nowy "przewrót kopernikański", trzeba od czegoś zacząć. Napisałem o Timisoarze, że to była wielka szansa, jaką niosła ze sobą jesień narodów 1989 roku. 

Naiwnością byłoby sądzić, że mogła być ona już wówczas zrealizowana. Natomiast może jej jeszcze całkowicie nie zaprzepaściliśmy? Wydaje się, że tym razem historia dała nam łaskawie trochę czasu. Warto go wykorzystać, próbując odpowiedzieć na pytanie: dlaczego Timisoara była wówczas niemożliwa i jakie konsekwencje należy z tego wyciągnąć? 

Z pewnością byliśmy nieprzygotowani do zaproponowania nowej, wyrazistej postawy odnoszącej się do naszych środkowoeuropejskich realiów. Wykrystalizowanie się tej postawy utrudniał fakt, że wyzwalaliśmy się z systemu komunistycznego, który tłumił i sztucznie redukował uczucia narodowe, które domagały się teraz ujścia i dowartościowania. Z drugiej strony przyjmowaliśmy na wiarę, że w Europie istnieją już wypracowane wzorce postaw, które potrafią uporać się z różnymi problemami, w tym również narodowościowymi, więc wystarczy je tylko przeszczepić na własnym gruncie. W konsekwencji w tym przełomowym okresie bardzo niewielu z nas odczuwało potrzebę wyartykuowania jakiejś nowej postawy, wypracowania nowych wzorców myślenia i wartościowania. 

Z jednej strony rugowaliśmy komunizm, z drugiej strony - przyjmowaliśmy Europę i w ten sposób utrwalaliśmy model państwa narodowego i robiliśmy miejsce dla jego ideologii - nacjonalizmu. Wprawdzie retoryka europejska jest dzisiaj bardzo antynacjonalistyczna i na każdym kroku podkreśla się obawy związane z odradzającymi się nacjonalizmami w Europie Środkowowschodniej, to jednak sami zachodni Europejczycy pielęgnują swój własny nacjonalizm, co obnażył w swej książce Michael Billig i wcale im nie spieszno do zmiany tej "gramatyki". Można by to doskonale wykazać na przykładzie stosunku państw europejskich do konfliktu w byłej Jugosławii, a szczególnie w Bośni i Hercegowinie, ale to już temat na osobną opowieść. W każdym bądź razie na taką Europę się otworzyliśmy, zapominając bardzo często o tym, co sami już wcześniej wypracowaliśmy, na przykład o "linii" paryskiej Kultury propagującej konsekwentne otwieranie się i zacieśnianie współpracy z najbliższymi sąsiadami, co nie byłoby możliwe bez uprzedniego pozbycia się rozmaitych narodowych resentymentów i uprzedzeń; albo o koncepcji Europy Środkowej lansowanej przez środowiska dysydenckie i emigracyjne. Paradoksalnie w roku 1989, kiedy można było przystąpić do ich urzeczywistniania, straciliśmy zainteresowanie tymi koncepcjami, nagle wydały nam się one albo nierealne, albo drugorzędne. Do tego wszystkiego nasi intelektualiści, z właściwym sobie samokrytycyzmem, uznali, że są właściwie niepotrzebni, że wobec krachu wszelkich ideologii podejmowanie wysiłku formuowania nowych idei mija się z celem. 

Oto jak w przybliżeniu można by przedstawić sytuację, kiedy okazało się, że Timisoara jest jedynie krótkim, spontanicznym zrywem, niemożliwym do utrzymania w dłuższej perspektywie. Cóż można było przeciwstawić zbliżającemu się nieuchronnie Tirgu Mures, które wsparte było na od lat ugruntowujących się przekonaniach, urazach, słabościach, profitach, strukturach? Ich siła w tym, że są aż banalne, a tym samym prawie niedostrzegalne i przyswojone przez ludzi jako coś naturalnego. Tej "gramatyki" nie można zmienić z dnia na dzień. 

Jak wspomniałem wcześniej, w moim przekonaniu ciągle istnieje jeszcze szansa, aby to nie Tirgu Mures, lecz Timisoara była symbolem środkowoeuropejskiej tożsamości. Wiele się od tamtego czasu zmieniło i ciągle zmienia. Dobrze ilustruje te zmiany przykład moich przyjaciół Smarandy Enache i Eléka Szokolý, którzy są liderami działającej w Tirgu Mures "Ligi Pro Europa". Podobnie jak wielu intelektualistów swoje działania rozpoczęli od otwarcia na Europę i przemożnej woli sprowadzenia Europy do swojego miasta i regionu. Przyjeżdżali więc rozmaici zachodni eksperci, odbywały się seminaria, konferencje i szkolenia. 

Po jakimś czasie spostrzegli jednak, że niewielkie jest przełożenie tych poczynań na życie, które toczy się dookoła nich. A przy tym ta Europa często rozczarowywała w konfrontacji z tym wyobrażeniem o niej, jakie mieli z perspektywy swojego Siedmiogrodu. Jako ludzi rzetelnie podchodzących do życia i niedających się zwieść ani łatwym splendorom, ani międzynarodowemu uznaniu, bardzo ich ta sytuacja męczyła. Ostatnim razem odwiedziłem ich w marcu ubiegłego roku. Akurat trwał organizowany przez nich w każdą rocznicę zamieszek rumuńsko-węgierskich festiwal kulturalny, któremu towarzyszyły rozmaite projekty edukacyjne. W spotkaniach licznie uczestniczyli mieszkańcy, zwłaszcza młodzi Rumuni, Węgrzy i Cyganie, bo Niemcy i Żydzi byli już raczej w podeszłym wieku. Brali udział w integracyjnych warsztatach artystycznych, wspólnie poznawali wielokulturowe dziedzictwo swego miasta, redagowali wspólnie gazetę, na wspólnym forum dyskutowali o zaszłościach historycznych i budowaniu wspólnej przyszłości, nauczyciele dzieci cygańskich rozmawiali o udoskonaleniu programu ich edukacji... Wszyscy spotykali się wieczorami na spektaklu rumuńskiego teatru bądź na koncercie orkiestry kameralnej z Budapesztu. Pomyślałem, że ich organizacja równie dobrze mogłaby się nazywać „Liga Pro Transylvanie", bo tak brzmi łacińska i rumuńska nazwa Siedmiogrodu, a właściwie jeszcze inaczej: „Transylvania Pro Europa".


Komentarze:

Dodaj swój komentarz:

Imię i nazwisko:*

Adres e-mail:*

Treść:*

ładowanie...

Kod z obrazka:*

 

 pola oznaczone * są wymagane

Szukaj na stronie

"Opowieści o Współistnieniu. Niewidzialny Most" -

Pogranicze w Zachodniej Galilei

(28.11-4.12.2019)

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego” w ramach Programu „Kultura Inspirująca”

  

 Modernizacja Amfiteatru w Krasnogrudzie

 

 

 

Dwór w Krasnogrudzie

Olga Tokarczuk

| 21 02 2015 | Krasnogruda  

 

 

Od września Dwór w Krasnogrudzie czynny od poniedziałku do piątku od 10.00 do 16.00.

W soboty i niedziele po uprzednim kontakcie telefonicznym

Bożena Bartosiewicz: tel. 603 123 743

 

Koncert Finałowy Orkiestry - Lato w Pograniczu 2019. Galeria zdjęć


IRENA VEISAITĖ

Człowiek Pogranicza 2019

 

Orkiestra Klezmerska Teatru Sejneńskiego

Kup płytę Orkiestry

Rodzinne Skarby. Kolekcja Filmowa. 2019

 

 

Oferta edukacyjna

Darowizny uzyskane przez Fundację Pogranicze

W związku z otrzymaniem darowizn, na podstawie art. 18 ust. 1f, pkt 2 ustawy z dnia 15 lutego 1992 r. o podatku dochodowym od osób prawnych (Dz. U. z 2011 r. Nr 74, poz. 397, ze zmianami), Fundacja Pogranicze podaje do publicznej informacji, że łączna kwota uzyskana z tego tytułu w okresie od 01.01.2018 r. do 31.12.2018 r. wyniosła 66.006,31 zł.

W 2018 roku Fundacja uzyskała również kwotę 16.106,30 zł w formie wpłat z 1% podatku oraz 5.131,31 z tytułu zbiórki publicznej nr 2018/2901/OR.

Otrzymane darowizny Fundacja Pogranicze w całości przeznaczyła na realizację działań statutowych.

Towarzystwo Inwestycji Społeczno – Ekonomicznych S.A. w Warszawie udzieliło nam pożyczki na zamknięcie inwestycji oraz pomogło zorganizować montaż finansowy przy współpracy z Polskim Bankiem Spółdzielczym w Ciechanowie dla zapewnienia pełnej płynności przy prowadzeniu inwestycji związanej z rewitalizacją zabytkowego kompleksu dworskiego w Krasnogrudzie, w którym powstaje Międzynarodowe Centrum Dialogu.

www.tise.pl

Informacja o plikach cookies

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

"Biuletyn Pogranicza" w Twojej skrzynce

INFORMACJA O POLITYCE PRYWATNOŚCI