Marzenie jest powrotem do rzeczywistości a nie ucieczką od niej – rozmowa z Krzysztofem Czyżewskim

Początek historii, o której porozmawiamy, przypisuję spotkaniu z Czesławem Miłoszem, które opisujesz w swojej książce Linia powrotu. Czy to prawda, że spotkałeś poetę po prostu… na drodze?


Tak, w mojej opowieści nic nie jest skłamane (śmiech).

Ale ten pierwszy raz mógł być gdzie indziej – podczas jakiegoś sympozjum czy wieczoru autorskiego...

Odbyło się ono nad Czarną Hańczą, w posiadłości Andrzeja Strumiłły w Maćkowej Rudzie nieopodal Sejn. Artystę malarza, który tu osiadł, poznaliśmy z moją żoną Małgorzatą wcześniej. Udostępniłem mu swoją pracę magisterską Księga Drogi Czesława Miłosza. Kiedy Miłosz po raz pierwszy po pięćdziesięciu latach przyjechał na Suwalszczyznę, odwiedził Strumiłłę i – tak to sobie wyobrażam – zauważył leżącą na biurku pracę, którą tego właśnie dnia przywieźliśmy do Maćkowej Rudy tuż przed wizytą poety. Musiało go zdziwić, że w takim miejscu zobaczył opracowanie o sobie... Jak się dowiedział, że jego autorem jest osoba, która właśnie przed chwilą tu była i odjechała do Sejn, to postanowił ruszyć za nami. Kiedy zatrzymaliśmy się przed sejneńską Białą Synagogą i wysiedliśmy z samochodu, tuż obok zaparkował Czesław Miłosz i zwrócił się do nas słowami: „No, co tak uciekacie. Może byśmy porozmawiali?” (śmiech).

Miłosz przebywał wtedy w Wigrach, w Domu Pracy Twórczej i Wypoczynku Ministerstwa Kultury i Sztuki, w zespole poklasztornym. Zaprosił nas tam i pierwszą noc przegadaliśmy. Poeta „sprowadzał nas na ziemię”. Myśmy opowiadali o naszych marzeniach, ideach, wywiedzionych także z książek Miłosza, a ich autor nas pytał, co będzie z naszymi dziećmi, gdy tu na Suwalszczyźnie osiądziemy, gdzie będziemy mieszkać, z czego żyć... Nam się to wydawało wtedy takie banalne! Okazało się, że Miłosza cechuje silne poczucie rzeczywistości, konkretu. Wszystkie następne z nim spotkania to potwierdzały. Ten Miłoszowski pragmatyzm później nam się wielokrotnie przydał, w ten czy inny sposób konkretnie nam pomagał. I tak to się zaczęło.

Fascynowała mnie od początku odpowiedź na pytanie: dlaczego Miłosz wraca tutaj, na Suwalszczyznę? Szybko bowiem odkryłem, że to nie jest nostalgiczna podróż w poszukiwaniu jakiegoś utraconego mitu. Kiedy jeździliśmy razem do Wilna, Szetejń, Świętobrości czy do innych rodzinnych miejsc Kunatów [nazwisko panieńskie matki Miłosza – przyp. I. L.], nie oddawał się sentymentalnym wspomnieniom; chciał spotykać młodych ludzi, interesował się współczesną Litwą, ekologią, stosunkami polsko-litewskimi... wszystkim tym, co się dzieje obecnie. Bronił się przed zamknięciem w przeszłości.

Tym bardziej więc fascynowała mnie tajemnica powrotów Miłosza zapieczętowana w Krasnogrudzie. Poeta właściwie za bardzo nie chciał o tym mówić, podkreślał, że to zbyt intymne. Na moje pytania odpowiadał nieprecyzyjnie albo odsyłał do swoich książek, także tych, które miały się dopiero ukazać, jak na przykład Szukanie ojczyzny. A przy tym oszczędzał słowa. Dbał o swoje gospodarstwo poetyckie i nie chciał zdradzać wcześniej słów i myśli, które miały wejść do poematów, do wierszy, do esejów. Wtedy jednak, po pierwszym pobycie tutaj, w Krasnogrudzie, w 1989 roku, napisał najważniejszy w tej sprawie utwór pt. Powrót.

Akcja tego wiersza, jeśli tak można powiedzieć, dzieje się w Krasnogrudzie?

Tak. W tym utworze autor uchylił bardzo wiele z tajemnicy. Wcześniej wywnioskowaliśmy z rozmów i z książek, że Krasnogruda to miejsce wtajemniczeń miłosnych, że ciotka Gabriela była dla młodego chłopaka miłością idealną, że tu pojawiła się kobieta, z powodu której grał w tak zwaną rosyjską ruletkę, co mogło skończyć się  samobójstwem. Po wielu latach poeta spotkał ją, dawną młodzieńczą miłość, a wówczas panią doktor, w jakimś kampusie amerykańskim podczas wieczoru autorskiego. Czułem jednak, że to jeszcze nie ta najważniejsza tajemnica zapieczętowana w Krasnogrudzie. Tę odsłonił właśnie w Powrocie – to dziecięce i młodzieńcze przysięgi. Przysięgi chłopca, który tu przyjeżdżał z prowincji.

Przyjazd z Szetejń do Krasnogrudy to była wyprawa z prowincji do centrum. Krasnogruda była pańskim dworem w porównaniu z Szetejniami, które były wiejskie, małe i prowincjonalne. Z Krasnogrudy jeździło się do Europy, na wycieczki, do wód, operowało się tutaj językami, we dworze była biblioteka francuskojęzyczna, obowiązywał w nim pewien savoir vivre itp. Dodajmy jeszcze, że do Krasnogrudy przybywali pensjonariusze, którzy spędzali tu lato, na przykład Kotarbińscy z Warszawy. Dla młodego Czesława musiało to być bardzo emocjonujące. Ten chłopiec, który miał w ogóle problem ze światem dorosłych, co przewija się w wielu wierszach, zaczął tu przyjeżdżać w wieku gimnazjalnym i latach studenckich, więc spędzał tu czas dojrzewania i inicjacji. To tu pojawił się pewien rodzaj dystansu, jeszcze mocniej podkreślany przez obserwację dorosłych, którzy już są zanurzeni w innym świecie i którzy dokonują pewnych konsensusów, kompromisów, zdrad, bo takie jest życie.

Wówczas ten zadziorny, zbuntowany młodziak powiedział: „Nie”; poprzysiągł sobie, że temu światu dziecka, temu wszystkiemu, co kocha, co jest światem jego wyobraźni, wrażliwości, będzie wierny. I to, jak sądzę, uformowało go na całe życie. Bo im był starszy, tym bardziej chciał w sobie to dziecko i tego młodzieńca odnaleźć. Także w tym sensie Krasnogruda była miejscem, w którym Miłosz się spowiadał ze swoich młodzieńczych przysiąg i pytał, czy w życiu był im wierny.

Kiedy to odkryłem, zbliżyłem się do Miłosza jeszcze bardziej. Składałem przecież takie same przysięgi i pamiętam różne chwile w swoim życiu, kiedy mnie, jako najmłodszemu, powtarzano: „Poczekaj, dorośniesz, to zrozumiesz.”. Wtedy mówiłem, że będę zawsze pamiętał, że dorastanie polega nie na tym, żeby się wyprzeć czegoś, w co prawdziwie wierzę.

Piękna opowieść.

Od pierwszego spotkania z Miłoszem związani jesteśmy czymś bardzo pragmatycznym – przekonaniem, że marzenie jest powrotem do rzeczywistości, a nie ucieczką od niej. To przekonanie było bardzo silnym impulsem do naszych działań, do tego wszystkiego, co tutaj na pograniczu budowaliśmy. Poeta troszczył się, by nasza historia nie stała się losem marzycieli, którzy tu przyjechali z porywu serca, a później kończą jako rozbitkowie, którzy jeszcze raz się przekonują, że coś jest niemożliwe i że życie inaczej wygląda. Bał się, że wcześniej czy później powędrujemy znowu gdzie indziej. Bardzo zabiegał o to, byśmy się tutaj zakorzenili na długo. Żebyśmy w miejscu, z którego od stuleci wszyscy wyjeżdżali, uciekali albo byli wywożeni – do miasta, w świat, do Ameryki, na Sybir – pozostali i stworzyli fundament długiego trwania. Żebyśmy uwierzyli w przyszłość i ciągłość. Niesamowicie ważne stało się uchwycenie tej nitki losu, która nam była darowana. Miłosz uważał, że my jesteśmy pierwszym pokoleniem, które ma taką szansę. Do tej pory nie było to możliwe ze względów historycznych, politycznych i innych. Dopiero 1989 rok otworzył taką perspektywę. Dla niego też nową. Bo spójrzmy na to spotkanie na Suwalszczyźnie oczami poety: pojawiają się tutaj osoby z awangardowego teatru, które mogłyby wyruszać w Europę, na Zachód. To powinno być ich pragnieniem i normalną drogą „sukcesu”. A on ich spotyka w podróży na Wschód, kiedy chcą tutaj osiąść i stworzyć ośrodek sztuki i kultury. To było dla niego jakieś niebywałe. Oczywiście, na początku sobie tego nie uświadamialiśmy. Dopiero później zacząłem myśleć o perspektywie, z której Miłosz to wszystko odbiera. Stąd ta „linia powrotu” stała się taka ważna w myśleniu jako pewien przełom cywilizacyjny, w którym bierzemy udział.

Czy Miłosz próbował jakoś określić to wasze działanie? Pisałeś w Linii powrotu, że chętniej zwracał Ci uwagę na swoje teksty lub ich fragmenty niż explicite wypowiadał to, o co go pytałeś.

Poeta długo się zastanawiał, jak nazwać to, czym my się właściwie zajmujemy. Jakie słowa przyłożyć do tej pracy? Pogranicze? To było jedno słowo, które wskazywało jakiś trop. Ważne też dla niego. Ale później – pamiętam ten moment dokładnie – powiedział: „To, co wy robicie, to jest budowanie tkanki łącznej”. Znalazł więc słowo, którego teraz często używamy. Dopóki nie ma na coś słowa, to jest tak, jak w wierszu Czytając japońskiego poetę Issa (1762–1826): „Co nie jest wymówione zmierza do nieistnienia.”. Więc w słowie jest energia, która odnosi do rzeczywistości, która powołuje byt. Tym bardziej trzeba być za słowo odpowiedzialnym, gospodarzyć nim oszczędnie. I taki był Miłosz.

Czy często tu wracał?

Dopóki mógł, a siły i zdrowie mu na to pozwalały. Był na Suwalszczyźnie czterokrotnie, w  latach 1989, 1992, 1994 i 1997. Później coraz częściej spotykaliśmy się w Krakowie. Zawsze nas u siebie bardzo serdecznie gościł i tam toczyły się nasze rozmowy. Czasem przyjeżdżaliśmy do poety z grupą dzieci sejneńskich, prowadzoną przez Bożenę Szroeder. Miłosz bardzo żył planami odbudowy Krasnogrudy. Często do nas dzwonił wypytując dokładnie o zaawansowanie prac projektowych, deklarował swoją pomoc. Po raz ostatni widzieliśmy się, gdy już był poważnie chory, a jednak prosił o przedstawienie sobie rysunków przyszłej Krasnogrudy. Pamiętam, że rozkładaliśmy je na łóżku poety i opowiadaliśmy o nich  szczegółowo. Nie dał się zbyć ogólnym sformułowaniom, musiał wiedzieć, z jakich materiałów, w jakim miejscu, jaki budynek powstanie. Im bliżej był odejścia, tym Krasnogruda stawała się dla Miłosza ważniejsza.

Jak wygląda dziś Europa z perspektywy Krasnogrudy?

No właśnie, nienajlepiej. Zauważamy niepokojące symptomy. Europa przeżywa kryzys wielokulturowości i coraz bardziej rozpada się na archipelag różnych wysp, osobnych światów, odrębnych kultur. Już nie chodzi o granice państwowe, ale także o granice kulturowe i coraz silniejsze podziały wzdłuż tych granic. Z dużym niepokojem stawiamy pytanie, czy w Europie zdołamy poradzić sobie z nową, ciemną falą, która wzbiera. Z falą ksenofobii, nowego lęku przed Innymi, silnego strachu o własną tożsamość i odrębność. Stąd kształt naszego projektu. W 2011 otworzymy w Krasnogrudzie  Międzynarodowe Centrum Dialogu. Będzie się ono mieściło początkowo w trzech budynkach: zrekonstruowanym dworze, dawnej oficynie i tzw. ptaszniku, w których znajdą miejsce pracowanie artystyczne: filozofii, dialogu, antropologii słowa, poezji, archeologii, muzyki i fotografii. Budujemy tutaj nowy archipelag. Nazywamy to Prowincją Pedagogiczną Budowniczych Mostów. Troszkę od Kastalii.                                    

To zgoła szalony pomysł, żeby coś takiego budować na tym odludziu. Jednocześnie wygląda na to, że takie szalone pomysły są światu potrzebne.

W moim przekonaniu to jest duże współczesne wyzwanie, żeby w nowoczesny sposób, nowoczesnymi narzędziami budować tę tkankę łączną w oparciu o warsztat. Budowanie mostów to rzemiosło, którego można się nauczyć, ale też uczyć innych. I temu dedykowane jest to miejsce. Tu będzie się badać, poznawać, ale też praktykować. Odkrywać najlepsze rozwiązania i wprowadzać je w innych miejscach świata. Czynimy to już teraz w mniejszej skali, pracujemy na różnych pograniczach, nie tylko europejskich, ostatnio w Japonii, Maroku, na Kaukazie, ale też coraz częściej w świecie Zachodu.

Takie ukierunkowanie tego miejsca Miłoszowi bardzo się podobało. Poeta nie chciał, żeby tu powstało mauzoleum zwrócone ku przeszłości.

To, co w Krasnogrudzie będzie się działo,  będzie skierowane nie tylko na zewnątrz...

Tak, podobnie jak w Sejnach, również tu, na miejscu, pracować będziemy na co dzień z tymi, którzy tu mieszkają i żyją dookoła. Pragniemy, by ten dwór stał się partnerem dla okolicznych wiosek, gminy, starostwa, miasta Sejny. Chcemy realizować wspólne projekty, by otyworzyć to miejsce na potrzeby otoczenia, a nie odgrodzać go od środowiska akademickim murem. Często odwołujemy się do mitu Kastalii z Gry szklanych paciorków Hermana Hessego. Stawiano pisarzowi zarzut, że Kastalia była wyidealizowana i daleka od świata, ale przecież powieść jest o tym, że główny bohater, Józef Knecht, zostaje nauczycielem i powraca, przez co dochodzi do spotkania Kastalii z żywym światem. Przekonanie o potrzebie podobnej pracy mocno w nas tkwi. Tu ma powstać nie wyspa z warunkami do tworzenia w oderwaniu od świata, tylko taka, która będzie w nim zanurzona, w jego problemach i trudnościach. I gdzie będą czynione starania, by na nie odpowiadać.

Kiedyś ten krasnogrudzki dwór był częścią życia, dawał pracę, edukował, stwarzał różne możliwości rozwoju. Jego gospodarze byli bardzo otwarci na sąsiedztwo, również litewskie. Gdy przyjechaliśmy tu z Miłoszem, zaskoczył nas prośbą o spotkanie z rodziną Dapkiewiczów z Żegar. Pamiętał tę rodzinę, zaprzyjaźnioną z jego matką i ciotkami, bardzo dobrze sprzed wojny. U Dapkiewczów także kultywowana jest pamięć tej przyjaźni. Dla wielu naszych obecnych sąsiadów Gabriela Kunat, jedna z właścicielek przedwojennej Krasnogrudy, była matką chrzestną, ktoś we dworze brał ślub, ktoś się w nim urodził. To były bardzo żywe związki i chcielibyśmy, żeby się one odradzały. Martwy po wojnie i rujnowany przez całe dziesięciolecia dwór krasnogrudzki był raną dla całej okolicy.

Pragniemy więc, by to miejsce było bliskie mieszkańcom wsi. Powstanie tutaj, na przykład, pracownia, która pomoże tutejszym rolnikom pisać wnioski do Unii Europejskiej. Planujemy także przestrzeń dla dzieci - Ogród Gucia Zaczarowanego, inspirowaną ulubioną książką z dzieciństwa Miłosza Gucio zaczarowany, oraz wiele innych programów edukacyjnych dla najmłodszych. 

Może stanie się tak, że ci, którzy będą zaangażowani w nasze działania, zaczną się tu osiedlać. Już zauważyłem kupujących tutaj ziemię…

Dotarcie do tego miejsca jest dużym zadaniem logistycznym.

Budowa odpowiedniej drogi do dworu krasnogrudzkiego jest częścią całego projektu.  W tej chwili nie jest to sprawa priorytetowa, bo po istniejącej poruszają się jeszcze ciężkie maszyny budowlane, które by tę drogę poniszczyły. A chcemy, by do dworu prowadził trakt z kamienia, którego fragmenty już są w dawnych parkowych alejach.  Z nowej drogi korzystać oczywiście będą też rolnicy, podobnie jak z bezprzewodowego Internetu, który sprawi, że nie będziemy odczuwać oddalenia od świata.

Kiedy przyjechaliśmy tutaj dwadzieścia lat temu, w Sejnach korzystaliśmy z telefonu na korbkę. Po dwudziestu latach – z bezprzewodowego Internetu! Wówczas o kilometr stąd przebiegały trzy granice: sowiecka, litewska i polska; obecnie nie ma żadnej. Niesamowite zmiany! Są jeszcze granice pomiędzy Polską i Białorusią, pomiędzy Polską  i Rosją. Trudno je przekroczyć, ale mamy czas. I mamy nadzieję, że czas pracuje na naszą korzyść. Chociaż niektóre procesy mogą się cofać. Nie wszystko posuwa się linearnie do przodu.

Chyba nie ma człowieka, który by nie chciał spotkać się z Innym...

Z moich doświadczeń wynika, że po prostu czasem ludzie nie potrafią, czy nie mogą na skutek zaistniałych okoliczności, wyjść naprzeciw siebie. Gdybym się na Suwalszczyźnie pojawił, na przykład, na początku XX wieku, to może wziąłbym udziału w wojnie polsko-litewskiej o polskie Sejny, bo pochodzę z polskiej rodziny. Nie mam prawa osądzać tych, którzy to uczynili. Dawniej inaczej rozumiano patriotyzm, nikt po pierwszej wojnie światowej nie zdecydował, do jakiego państwa mają Sejny należeć. Rodził się nowy porządek, więc walczono. Litwini budowali własną tożsamość na antypolskich nastrojach i na litewskim nacjonalizmie. Było to uwarunkowane historycznie, politycznie. My mamy teraz czas na zbudowanie innej przestrzeni. Tej tkanki łącznej. I do rozumienia patriotyzmu w inny sposób. To bardzo ciekawe, jak w Sejnach, razem z mieszkańcami, przewartościowujemy to pojęcie w taki sposób, że już obecnie może ono oznaczać także sojusz Polaków z Litwinami. Teraz, po stu latach, tak można rozumieć patriotyzm. Kiedyś patriotą był ten, kto zwalczał Polaków albo Litwinów, lub przynajmniej jakąś część tej społeczności. Teraz są zupełnie nowe uwarunkowania i warto sobie z nich zdawać sprawę, choćby po to, żeby nie być takim wszystkowiedzącym i wszystko łatwo oceniającym. Z tym mamy też często do czynienia na pograniczu. Ludzie mają najlepsze intencje, ale wydaje im się, że wszystko wiedzą. I że oni by tak nie postąpili. Mają niewzruszoną pewność co do własnej tolerancji. W życiu taka sytuacja nie zawsze się sprawdza, zwłaszcza w obliczu trudności. Społeczeństwa bardzo tolerancyjne okazały się tylko powierzchownie tolerancyjne, czego przykładem jest ostatnio zachowanie Holendrów i Francuzów. Ostrożnie więc z tą tolerancją!

Miłosz w wierszu Powrót też o tym pisze. Stwierdza, że jest wdzięczny losowi, ponieważ nie był poddany próbom ponad siły, nie był zmuszony do dokonywania tragicznych wyborów. Mógł przejść przez życie będąc sobie wiernym, świadomy tego, że są sytuacje, które by go przerosły.

Hans Magnus Enzensberger też stwierdzał, że jest wdzięczny losowi, że nie musi żyć w czasach heroicznych i może być człowiekiem, a nie bohaterem. A jak to było z Twoim wyborem? Czy dokonał się wówczas, kiedy stanąłeś pewnego dnia w Sejnach i powiedziałeś: zostaję?

Przyjechałem pierwszy raz do Sejn, kiedy byłem jeszcze związany z Teatrem Gardzienice i przygotowywałem wyprawę naszego zespołu do Litwinów i starowierców. Nie  przypuszczałem, że tu będzie moje gniazdo rodzinne!  Ale już wówczas wyraźnie czułem, że praca w Gardzienicach nie w pełni oddaje to, do czego dążyłem. Nasza działalność opierała się w jakimś sensie na docieraniu do osób starszych, którzy zachowali w pamięci tradycyjne pieśni i rytuały, a których się od nich uczyliśmy. Ale te spotkania trwały krótko i wszystko kończyło się na festiwalach w różnych częściach świata, gdzie pokazywaliśmy nasze spektakle. Do ludzi z wiosek raczej już nie wracaliśmy, chociaż zdarzało się że wyprawialiśmy się, na przykład, do Łemków przez szereg kolejnych lat jako kolędnicy: szliśmy od wioski do wioski i śpiewaliśmy w domach i cerkwiach kolędy. Ale to zdarzyło się już po odejściu z Gardzienic. Bardzo dla mnie ważne także było, co wcześniej powiedziałem o Miłoszu, nie muskanie, nie przechodzenie obok, ale dotarcie do głębszego wymiaru rzeczywistości, którą może zaspokoić tylko długie trwanie, a nie bycie w zespole teatralnym, który stale jest w drodze. Była więc we mnie potrzeba – nazwijmy to tak – zatrzymania.

To prawda, przyjechaliśmy naszym cygańskim taborem z zachodniej Polski do Sejn jako zespół teatralny. Ale dotarliśmy tutaj nie tylko po to, żeby pokazać dwa razy spektakl. Decyzja o zatrzymaniu się była rewolucyjna. Przestaliśmy być z dnia na dzień teatrem, przestaliśmy pokazywać się na scenie i coś ludziom opowiadać. Występy stały się dla nas wtedy, w 1989 roku, sztuczne i anachroniczne. Bo co my mieliśmy mieszkańcom Sejn do opowiedzenia? Chcieliśmy, żeby oni nam coś opowiedzieli. Oni mieli wiedzę o tym miejscu, oni mieli pamięć, oni mieli doświadczenie, a my jedynie mogliśmy się od nich czegoś dowiedzieć. Trzeba było więc zburzyć scenę, trzeba było przestać być teatrem i stworzyć ośrodek, który zajmie się animacją kultury, który zajmie się słuchaniem innych i pracą z młodym pokoleniem, i tak dalej, i tak dalej. To pociągnęło za sobą cały szereg działań i programów, które zaczęliśmy inicjować. Jednym z nich były Kroniki sejneńskie, przygotowywane przez grupę dzieci, które prowadzi Bożena Szroeder. Kiedy pokazywaliśmy ten spektakl w teatrze La Mama w Nowym Jorku, pytano jaka jest nasza metoda pracy, co robimy, że dzieci są tak dojrzałe, że ten spektakl jest taki znakomity? Bożena odpowiadała  wówczas coś, co wszystkich zaszokowało: „Ja mam czas”.

To zabrzmiało w Nowym Jorku bardzo egzotycznie?

O tak! (śmiech). Pracujemy nad Kronikami sejneńskimi od dwunastu lat. Grupa dzieci może w tym spektaklu dojrzewać, współtworzyć go, rozwijać. To całkowicie inna perspektywa, której kultura współczesna w ogóle nie ma, ponieważ jest odcięta od długiego trwania. I to jest coś, co się stało naszym prawdziwym warsztatem. Myśmy odzyskali czas dla działań w kulturze.

To wszystko jest takie oczywiste, jak o tym opowiadasz!

Ale jednocześnie takie trudne. Trudne, żeby do tego dotrzeć.

Sądzę, że jeśli się ma przeczucie, że gdzieś jest odpowiedź, to się jej szuka.

O tak. Na przykład, przyjeżdżają do naszego ośrodka studenci amerykańscy zainteresowani pograniczem, lecz jedynie poprzez badania bądź pracę akademicką. Trudne do wyobrażenia dla nich jest to, że można się tym zajmować poza kampusem uniwersyteckim, podejmując działania praktyczne. Kilka lat temu uczestniczyłem w konferencji OBWE w Berlinie poświęconej ksenofobi i nietolerancji we współczesnej Europie. Wyłaniał się z niej niepokojący obraz bogatych państw i organizacji na naszym kontynencie, przeznaczających pokaźne środki finansowe na analizę tych groźnych zjawisk (badania, monitoring, tworzenie baz danych etc.), natomiast zupełnie bezradnych i ubogich w dziedzinie konkretnych działań oddolnych, w przestrzeni społecznej, obliczonych nie na event lecz na długie trwanie.

Brakuje metodyki. W Ośrodku „Pogranicze – sztuk, kultur, narodów”  ją stwarzacie.

To, co tu się dzieje, jest przewróceniem do góry nogami pojęcia prowincji, w której poszukuje się odpowiedzi dla świata…

Celnie opisał to Claudio Magris, który był u nas w Sejnach. W eseju opublikowanym na pierwszej stronie włoskiego dziennika „Corielle della Sera” przywołał tradycję sztetla żydowskiego, małego miasteczka, w którym panuje specyficzny społeczno-kulturowy wzorzec życia. Zauważył koincydencje z nasza pracą, nawiązanie do tradycji centrum na najwyższym poziomie, etosu współistnienia. To jest jedna z odpowiedzi na twoje pytanie. Ta ziemia zawsze znała taką sytuację, że w małym było wielkie. W Sejnach nie było kompleksu oddalenia od centrum czy kompleksu prowincji skoro istniały tu gimnazjum hebrajskie i gimnazjum polskie na bardzo wysokim poziomie, działali światli dominikanie, którzy Żydom pomogli wybudować synagogę, funkcjonowało seminarium duchowne, mieszkali i tworzyli tacy pisarze, jak Czesław Miłosz, jak Antoni Baranauskas, wybity poeta romantyzmu litewskiego, czy Moris Rozenfeld, poeta żydowski, który stąd wyemigrował do Nowego Jorku, gdzie stał się bardem klasy robotniczej. Często w świecie na moje stwierdzenie, że jestem stąd, słyszę: „To tam, gdzie się urodził Moris Rozenfeld!” (śmiech). Jakiego wielkiego formatu osobowości w takim małym świecie! Niekończący się materiał do badań. Jest się czym zajmować. 

Z drugiej strony, życie na prowincji generuje sytuację bycia pionierem. Dla mnie prowincja jest atrakcyjna także dlatego, że można tu coś zacząć od nowa.

Proces narodzin świata po zniknięciu poprzedniego?

Właśnie dynamika świata na tym polega, żeby odkrywać nowe prowincje. Bo jeżeli świat nie odkrywa dla siebie nowych prowincji, martwieje. To dotyczy także życia miast. One obumierają, jeśli nie pojawiają się nowe prowincje, na przykład przedmieście, do którego przenosi się centrum życia kulturalnego.

Nie mogę w tym momencie nie wspomnieć Libni w Pradze, dzielnicy Bohumila Hrabala, która została i jeszcze poprzez jakiś czas, przynajmniej po części, zostanie taką, jaką była za jego życia. Poznając Libeń, próbuję odpowiedzieć na pytanie, jak prowincja, w takiej metropolii jaką jest Praga, przyczynia się do powstawania dzieł literackich na światowym poziomie, których nie można oddzielić od tego miejsca.

W praskim numerze „Krasnogrudy” w 1996 roku ukazaliśmy Pragę poprzez opisanie peryferyjnych dzielnic Žižkov i Holeszowice. Wydawało nam się, że centrum Pragi opanowali już tylko turyści, a życie toczy się gdzie indziej, na obrzeżach, które tętnią nowym życiem. Jak szukasz pulsu życia, to znajdziesz go gdzieś na prowincjach.

Czy to są te nowe przestrzenie?

Właściwie tak nie można powiedzieć – nowe przestrzenie. Bo ta ziemia, by powrócić do wątku ziemi sejneńskiej, ma swoją pamięć. Bycie pionierem ma w sobie coś z pracy archeologa. Żeby zamieszkać w takim miejscu jak to, stać się jego częścią, musisz się w nie „wgryźć” . Potrzebna jest zupełnie nowa perspektywa, odwaga, śmiałość, mobilizacja. Moglibyśmy zacząć i skończyć naszą pracę w Sejnach. Tymczasem już nam potrzeba Krasnogrudy (śmiech). Już jest nowa przestrzeń, która jest następnym wyzwaniem i nowym światem, pochłania mnóstwo sił, ale taki już jest nasz temperament.

Co planuje Pogranicze na 2011 rok?

Mamy bogaty program obchodów Roku Miłosza pn. „Akcja Rodzinna Europa”. Geneza tego programu nawiązuje do opowieści Tomasa Venclowy o tym, jak Rodzinną Europę Miłosza czytali dysydenci na Litwie. Otóż z paryskiego wydania tego utworu emigranci litewscy żyjący na Zachodzie wyrywali kartkę po kartce i wysyłali w prywatnej korespondencji do Wilna na adresy zaprzyjaźnionych osób, które po ich przeczytaniu dodawały komentarze i przekazywały innym. Dopiero po latach złożono z tych kartek całą książkę. Chcemy do tej opowieści nawiązać i przeprowadzić wielkie europejskie komentowanie rodzinnej Europy, inspirowane dziełem Miłosza. 

W Roku Miłosza, który obchodzony jest w wielu krajach europejskich i nie tylko, to znakomity pomysł…

Interesuje nas rodzinna Europa dziś, odpowiedź na pytania, jakie są dla niej zagrożenia, jak obecnie rozumiemy Europę i to nie tylko przez Europejczyków, ale w jaki sposób Europa może być, na przykład, „rodzinna” dla Azji, Afryki czy Ameryki.  Zwróciliśmy się o komentarz do Rodzinnej Europy do znanych pisarzy, takich jak m.in.: Günter Grass, Claudio Magris czy Tomas Venclova. Chcemy otworzyć portal internetowy w różnych językach, który będzie forum dyskusyjnym o tym utworze.

Planujemy specjalną edycję naszej Wędrownej Akademii, którą dotychczas organizowaliśmy w Sarajewie, Wrocławiu czy Berlinie. Na Europejskiej Agorze w Krasnogrudzie 30 czerwca spotkają się mężowie stanu, filozofowie, poeci, artyści. Spodziewamy się przyjazdu do Krasnogrudy prezydentów Unii Europejskiej, Litwy i Polski. Otwarcie Międzynarodowego Centrum Dialogu w Krasnogrudzie będzie częścią oficjalnego programu Polski poprzedzającego rozpoczęcie 1 lipca naszej prezydencji w Unii Europejskiej.

Marzy nam się zainicjowanie Europejskiego Klubu Włóczęgów, podobny do Klubu Włóczęgów działającego w międzywojennym Wilnie, który Miłosz opisuje w Rodzinnej Europie. Członkowie tego klubu odbędą podróż taką samą trasą jak Miłosz, rozpoczynając ją w Wilnie, kończąc zaś w Strassburgu i w Paryżu, zatrzymując się po drodze w różnych ważnych w Europie miejscach. Chcemy w ten sposób zainicjować szlak kulturowy, zwany przez nas Europejskim Szlakiem Dialogu, którego wiodącą ideą jest pielęgnowanie pamięci o tradycjach i ludziach pogranicza – budowniczych mostów.


Komentarze:

Dodaj swój komentarz:

Imię i nazwisko:*

Adres e-mail:*

Treść:*

ładowanie...

Kod z obrazka:*

 

 pola oznaczone * są wymagane

Szukaj na stronie

LATO W POGRANICZU 2019

Od września Dwór w Krasnogrudzie czynny od poniedziałku do piątku od 10.00 do 16.00.

W soboty i niedziele po uprzednim kontakcie telefonicznym

Bożena Bartosiewicz: tel. 603 123 743

PROGRAM

 

Koncert Finałowy Orkiestry - Lato w Pograniczu 2019. Galeria zdjęć


IRENA VEISAITĖ

Człowiek Pogranicza 2019

 

Orkiestra Klezmerska Teatru Sejneńskiego

Kup płytę Orkiestry

Rodzinne Skarby. Kolekcja Filmowa. 2019

 

 

WYSTAWY

 

 

 

Oferta edukacyjna

Darowizny uzyskane przez Fundację Pogranicze

W związku z otrzymaniem darowizn, na podstawie art. 18 ust. 1f, pkt 2 ustawy z dnia 15 lutego 1992 r. o podatku dochodowym od osób prawnych (Dz. U. z 2011 r. Nr 74, poz. 397, ze zmianami), Fundacja Pogranicze podaje do publicznej informacji, że łączna kwota uzyskana z tego tytułu w okresie od 01.01.2018 r. do 31.12.2018 r. wyniosła 66.006,31 zł.

W 2018 roku Fundacja uzyskała również kwotę 16.106,30 zł w formie wpłat z 1% podatku oraz 5.131,31 z tytułu zbiórki publicznej nr 2018/2901/OR.

Otrzymane darowizny Fundacja Pogranicze w całości przeznaczyła na realizację działań statutowych.

Towarzystwo Inwestycji Społeczno – Ekonomicznych S.A. w Warszawie udzieliło nam pożyczki na zamknięcie inwestycji oraz pomogło zorganizować montaż finansowy przy współpracy z Polskim Bankiem Spółdzielczym w Ciechanowie dla zapewnienia pełnej płynności przy prowadzeniu inwestycji związanej z rewitalizacją zabytkowego kompleksu dworskiego w Krasnogrudzie, w którym powstaje Międzynarodowe Centrum Dialogu.

www.tise.pl

Informacja o plikach cookies

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

"Biuletyn Pogranicza" w Twojej skrzynce

INFORMACJA O POLITYCE PRYWATNOŚCI