Nasza Bośnia, Krzysztof Czyżewski

Ofiaruję Naszą Bośnię Leopoldowi Ungerowi na pamiątkę wspólnej podróży do byłej Jugosławii, podczas której dzieliliśmy się dorobkiem paryskiej "Kultury" z ludźmi doświadczającymi tragedii etnicznych i narodowych konfliktów, którym z trudem przychodziło uwierzyć, że w XX wieku możliwa była myśl i działalność emigracyjna narodu zniewolonego, niepodsycająca narodowych fobii i kompleksów, lecz budująca podwaliny pod dobrosąsiedzkie stosunki z historycznymi wrogami i przygotowująca kraj do życia w wolności.


Nasza Bośnia

Obiektywność, w Bośni, nie może oznaczać neutralności,

a głowa, w Bośni, nic nie jest warta bez serca.

 Roger Cohen*

1.

Książkę Rogera Cohena czytam w Grazu, w starej Uhrturm, z której rozpościera się widok aż po granice z Węgrami i Słowenią. W dole pode mną stoi budynek dawniej zwany Domem Konrada, przy dzisiejszej Sackstrasse 18, w którym 13 marca 1863 roku przyszedł na świat następca tronu Habsburgów, Franciszek Ferdynand. Mieści się tam obecnie muzeum, a w nim fotografie z życia Arcyksięcia. 28 czerwca 1914 roku, morderstwo w Sarajewie. Tłum prowadzi schwytanego Gawriło Principa. Następnego dnia ciała Franciszka Ferdynanda i jego żony ułożono w otwartych trumnach w sarajewskim konaku. Potem rozpoczyna się ich wędrówka przez Europę Środkową. Spływają Neretwą przez Mostar do Adriatyku, płyną do Triestu, przeprawa przez Dunaj, zamek w Artstetten i Wiedeń. Wszędzie tłumy żałobników. Cesarz Franciszek Józef uchwycony w bryczce zdążającej na pogrzeb, postarzały, bezsilny. Tymczasem w Sarajewie wrze. W anty-serbskiej demonstracji widoczni są przede wszystkim muzułmanie. Fotografie z procesu „Młodej Bośni”, organizacji do której należał Princip i ten, który podkładał bombę, Nedeljko Čabranović – w oczach misja, zacięte twarze, czytelna gotowość do walki i śmierci. Inskrypcja wyryta na Kosowym Polu zdaje się przebijać przez twarze tych młodzieńców: „Ktokolwiek jest Serbem, albo serbskiego pochodzenia, a nie idzie walczyć w Kosowie, niech pozbawiony zostanie dzieci, syna i córki. Niech wszystko, co hoduje, stanie się jałowe. Niech zostanie pozbawiony wina i pszenicy. Niech wszystko obróci się w pył aż do jego śmierci.”

Przez całe lata istnienia Jugosławii, przy moście imienia Gawriło Principa, wmurowana była tablica upamiętniająca jego czyn, zwany tutaj bohaterskim. Dzisiaj młody nacjonalista serbski nie jest już bohaterem Sarajewa, a w miejscu tablicy pozostała pusta wyrwa. „Historii nigdy nie pozostawi się tutaj w spokoju” – pisze Cohen. Tego dnia, kiedy zabito Arcyksięcia , kiedy zostało położone zarzewie pod pierwszą wojnę światową, obchodzona jest również rocznica bitwy na Kosowym Polu. 28 czerwca 1989 roku do milionowej rzeszy zgromadzonej na miejscu klęski, która stała się chwałą, przemawiał wódz narodu, Milošević, przemawiał o narodzie, „jednym z nielicznych, który w klęsce pozostaje niezwyciężony”.

Wśród zamieszczonych na wystawie listów i komentarzy morderstwa w Sarajewie, zwraca moją uwagę ten autorstwa innego młodego nacjonalisty, Mussoliniego, opublikowany w „Popolo d’Italia” 10 lipca 1915 roku: „Heil dem Revolver des Princip und der Bombe des Čabranović!”

Historia nabrała przyspieszenia. Z mojej wieży w Grazu można było obserwować różne niezwykłe wydarzenia. Odnalazłem na przykład starą pocztówkę utrwalającą przelot nad nią zeppelina w 1931 roku. Wydaje się zupełnie nierealny, jak z dziecięcych wyobrażeń o przybyszach z innej planety. Wkrótce jednak pełne zachwytu oczy mieszkańców zwrócone zostaną na postać zgoła realną i bynajmniej nie z innej planety. Zachowane filmy dokumentalne rejestrują triumfalny wjazd Hitlera do Grazu, przy ogłuszającym aplauzie mieszkańców. Na pocztówce z roku 1938 z mojej wieży zwisają flagi ze swastyką, a ludzie biegną w dół, za wodzem. Kto też mieszkał w tej wieży przede mną?

Zbliża się pora obiadu. Czuję zapach, który tak dobrze pamiętam z Bośni, zapach duszonych warzyw i mięsa. To pewnie pani Sarić, moja sąsiadka, przygotowuje bośniacką dagarę. Oboje z mężem pochodzą z Bjeliny i nie mają dokąd wracać. Miasto Graz dało im na czas jakiś schronienie. Mieszka tu też mój przyjaciel z Sarajewa, Dževad Karahazan. Właśnie się tam wybiera. Zapytałem czy by mnie nie zabrał. „Wiesz – powiedział – kiedyś, w czasie wojny, chciałem zabierać tam ze sobą różnych ludzi, tam się działo, tam byli potrzebni, tam było życie i walka. Teraz nie chcę zabierać do Sarajewa już nikogo. Jest gorzej niż było w czasie wojny.” Pomyślałem o tutejszej synagodze, która została spalona podczas „nocy kryształowej”. Ma zostać wkrótce odbudowana. Tak więc w spokojnym Grazu na wskrzeszenie tego, co zostało zniszczone w ślepej nienawiści, trzeba czekać ponad sześćdziesiąt lat. Robi się ciemno. Widzę przez okno jak pan Sarić wychodzi na spacer. Zawsze milczący, o czym myśli ten niedawny jeszcze więzień obozu koncentracyjnego w Bośni? Jest luty 1999 roku. Zabieram się do czytania „Serca stają się brutalne”.

2.

Czy warto dzisiaj, po kilku latach od podpisania Porozumienia Pokojowego w Dayton w grudniu 1995 roku, powracać do Bośni? Czy można o Bośni coś nowego powiedzieć, po tym wszystkim, co oglądaliśmy na ekranach telewizorów i o czym czytaliśmy w prasie? Bośnię mamy za sobą, przerabialiśmy już to, dosyć. Życie toczy się dalej. Dlaczego Roger Cohen powraca do Bośni? Książka jest gruba, zdaje się mówić: opowiedzmy tą historię jeszcze raz od początku. Kronika umieszczona na wstępie rozpoczyna się od daty 395 roku – od podziału Imperium Rzymskiego na Wschodnie i Zachodnie, wzdłuż rzeki Driny. Fakty i daty zagęszczają się od roku 1918 – powstanie Królestwa Serbów, Chorwatów i Słoweńców, które w 1929 roku przekształci się w Jugosławię. To tutaj, zdaniem Cohena, tkwi początek całego dramatu, nie w odwiecznych, krwawych sporach, jak to próbowali imputować zachodni politycy, choćby Warren Christopher, amerykański sekretarz stanu, który w 1993 roku powiedział: „Nienawiść pomiędzy trzema grupami – Bośniakami, Serbami i Chorwatami – jest niemal nie do uwierzenia. Jest przerażająca i jest odwieczna. To w istocie problem z piekła rodem.” Nie. Problem tkwi w samej Jugosławii, w jej 73-letniej historii, zakłamanej, od początku wywołującej narodowe i religie napięcia, które były siłą tłamszone albo przez królewską dyktaturę, albo przez komunistyczny reżim.

Tak więc „opowiedzieć historię od początku” dla Cohena oznacza opowiedzieć ją od chwili zaistnienia pierwszej Jugosławii. W momencie wybuchu wojny w Chorwacji w 1991 roku, a potem w Bośni w 1992 roku, daty w Kronice się zagęszczają, tu już prawie każdy miesiąc zaznaczony jest osobno.

Musimy przejść jeszcze raz wszystkie etapy wojny i dotrzeć do rozmaitych miejsc, których nazwy chcielibyśmy zapomnieć – Jasenovac, Omarska, Srebrenica... Podtytuł książki, „Sagi Sarajewa”, traktować można jedynie symbolicznie, bowiem jej akcja toczy się również m.in. w Belgradzie, Kosowie, Tuzli, Bihaciu, Kninie i Zagrzebiu.

Jednakże Roger Cohen nie chce nas wcale cofać do Bośni lat wojny po to, abyśmy jeszcze raz przeżyli historię. Ta książka stawia nas wobec Bośni dzisiaj. Rana nadal ropieje. Nie tylko dlatego, ze Dayton nie przyniósł dla samej Bośni żadnego ostatecznego rozstrzygnięcia. To nie była tylko wojna. Także lustro przystawione do świata zachodniej cywilizacji, odbijające refleks prawdy o nas pod koniec dwudziestego wieku. „Chciałbym dotrzeć do czegoś poza wojną jako taką, – pisze Cohen we wstępie – gdyż czułem, że cierpienie znoszone w Bośni sięga głębiej niż krew, która została przelana. W tych twarzach, których obraz ciągle mam przed sobą, zmaltretowanych i niewidzących, tkwiła rana zdająca się sięgać do samych trzewi naszego wieku.”

Cohen stawia nas wobec Bośni dzisiaj, przyłapanych na próbie ucieczki. Po przeczytaniu tej książki Bośnia ponownie staje się  n a s z a , aż do bólu.

3.

Z Sarajewa nad morze to był ledwie skok przed wojną, trzy godziny samochodem. W czasie wojny znacznie dłużej. Zerwane mosty, objazdy warunkowane aktualnym przebiegiem linii frontu, check-pointy.

Na drodze panuje niebywała ciasnota. Jedni jadą traktorami uprawiać ziemię, inni pojazdami opancerzonymi by strzec pokoju (tam, gdzie go już dawno nie ma), jeszcze inni uzupełniają zapasy broni i amunicji. Jadą ciężarówki z pomocą humanitarną, autobusy o przyćmionych szybach z kolejnym zestawem międzynarodowych negocjatorów, mercedesy z lokalnymi mafiozami i ambulansy Czerwonego Krzyża. Spotkasz tu ludzi, których wszelki handel trzyma przy życiu; tych poszukujących swych rodzin i tych poszukujących nowego domu; tych, co żyją z wojny i tych, co od wojny giną; żebraków, kaleki i rannych oraz politycznych turystów z aparatem fotograficznym lub kamerą pod ręką; tych manifestujących swą narodowość i tych, co by chcieli o niej zapomnieć. Mijasz ruiny świątyń muzułmańskich, katolickich i prawosławnych, spalone domy, zabite okna, balkony pełne drzewa zgromadzonego na zimę, flagi narodowe: bośniackie, chorwackie i serbskie (nigdy nie zdarza się tak, żeby choć dwie z nich zwisały z jednego domu). I groby, wszędzie groby, świeże, rażące bielą. W kurzu i jazgocie zawisa jakaś otępiająca cisza, która ciąży na duszy i oczy zasnuwa pustką.

Przejście graniczne bośniacko-chorwackie w Metkovicach i nagle, dosłownie po kilkuset metrach, i n n y ś w i a t: światła adriatyckiego portu  w Splicie, rozpusta świateł bez żadnej troski o oszczędność; woda, za którą się tam ginęło, tu tryska fontannami; cisza harmonijnego piękna pałacu Dioklecjana obmywanego przez fale morskie, ta jego niezniszczalność, trwająca przez wieki; zakochani, wszędzie pary zakochanych, bogactwo w sklepach i beztroska na twarzach.

Każdy, kto spędził jakiś czas w Bośni podczas wojny, a potem dotarł do Splitu, nie zapomni tego zderzenia piekła z rajem, ciężaru z lekkością, mroku ze światłem, skomplikowanej złożoności z oczywistą prostotą, pokusy śmierci         z pokusą życia. Jest to przede wszystkim wrażenie zmysłowe, które pozostaje na całe życie: czujesz zapach, tak, wolność pachnie, wolność to morze, za którym wszyscy w Sarajewie, Tuzli, Banjaluce, Mostarze... tak tęsknią.

Jednakże – i to jest wrażenie następne, które przychodzi po jakimś czasie, nasila się i zaczyna wypierać to pierwsze – trudno się takim odrodzeniem długo cieszyć. Zawłada tobą uczucie schizofrenii i dziwnego niepokoju. Cóż zatem jest rzeczywiste? Z każdą chwilą Bośnia, w której byłeś zanurzony, zaczyna się od ciebie oddalać, odrealniać. Czy to wszystko tam rzeczywiście miało miejsce? Pojawia się przemożna pokusa, podobna do tej cielesnej, by dać się uwieść powabowi „innego świata”, za którym już nie zapach wszakże się kryje, lecz uproszczona wykładnia faktów w mediach, interesy życiowe, konsensusy i inne „okoliczności obiektywne”. Cóż może cię od tego odwieźć i na powrót skierować w stronę mrocznego, bolesnego i trudnego?

W takim momencie zdarzyć się może, że staną przed tobą twarze ludzi poznanych w Bośni i serce ci się ściśnie na myśl jak osamotnieni tam pozostają. Nie ma nikogo, kto by dał świadectwo ich prawdzie, ich tragedii, ich niewypowiedzianej skardze. Obcując z nimi miałeś czasem wrażenie, że tym, co im doskwiera najbardziej, nie jest głód, zniszczenie czy poniewierka, lecz całkowite n i e z r o z u m i e n i e jakiego doświadczali ze strony innych ludzi. Zgodzić się na to, aby skomplikowany, wielogłosowy dramat, sprowadzony został do plemiennej rzezi? Przystać na logikę zgodnie z którą to, co niezrozumiałe, nie istnieje? Pozostawić tych ludzi, czy też walczyć o sprawiedliwość dla nich? Nie o sprawiedliwość dla jednej ze stron w konflikcie, dla jakiegoś państwa narodowego, jak to robił pewien pisarz austriacki, lecz o sprawiedliwość dla ludzi, mieszkańców byłej Jugosławii.

4.

„Moje rozumienie wojny biegnie przez rodziny”. Roger Cohen napisał sagę rodzin jugosłowiańskich, których rozpad i cierpienie wyraża najgłębiej dramat wojny. Bo przecież Jugosławia to nie był tylko sztuczny twór wytworzony w salonach polityków. Wspólnota ludzi różnych narodowości urzeczywistniała się również w życiu, w kulturze, w języku, a przede wszystkim w rodzinach, które nie znały podziałów narodowościowych. „Żaden Chorwat nie może powiedzieć, że jest czystym Chorwatem, żaden Serb nie może powiedzieć, że jest czystym Serbem, żaden Muzułmanin, że jest czystym Muzułmaninem. (...) Jesteśmy zmieszani” – mówi Vojna Adamović, której mężem jest Słoweniec, dziadek był Serbem, a babka Austriaczką. Na tym fakcie oparte było też długo utrzymujące się przekonanie o niemożliwości wybuchu zbrojnego konfliktu. Przecież oblężenie jakiegokolwiek miasta w Bośni i rozpoczęcie jego ostrzału oznaczałoby mordowanie również „swoich”. A jednak miasta oblężono, ostrzał rozpoczęto i „swoi” ginęli z rąk „swoich”. Teoria Radovana Karadžicia, według której Serbowie nie mogą żyć razem z Chorwatami i Muzułmanami, tak jak woda nie może połączyć się z oliwą, okazała się silniejsza niż życie. Wspólnota międzynarodowa przyjęła zrozumiałą dla niej logikę przywódcy bośniackich Serbów i na krwawiącym organizmie wspólnych miast i rodzin wyrysowała precyzyjne granice podziału. To, co wyrysowano na mapie, zaczęło przenikać do życia, aż w końcu – jak mówi Vojna – „ludzie przeprowadzili granice w swoich umysłach”. Ze strony władz muzułmańskich w Sarajewie rozpoczęto kampanię przeciwko mieszanym małżeństwom, jako „małżeństwom najbardziej zrujnowanym”. Wojna w Bośni stała się „wojną intymnych zdrad”, jak nazwał jedną z części swej sagi Cohen.

Historie rodzin, opisane w książce „Serca stają się brutalne” z literackim mistrzostwem, stają się metaforami zjawisk o szerszej skali niż skala pojedynczego losu. Historia Seada Mehmedovicia, poszukującego swego ojca, co prowadzi go ku poznaniu okoliczności powstania Jugosławii, a potem tragicznych wydarzeń okresu drugiej wojny .światowej, ta wędrówka syna ku własnemu ojcu, symbolizuje pragnienie odzyskania własnej tożsamości, odnalezienia dachu nad głową w świecie, którego naturą jest wykorzenienie. Wstrząsającym symbolem europejskiej moralności i obecności sił międzynarodowych w Bośni, staje się pod piórem Cohena los Bisery Začević, której muzułmańsko-serbska rodzina żyje w Sarajewie i Belgradzie. Po utracie syna walczącego w szeregach armii bośniackiej, Bisera zdecydowała się opuścić oblężone Sarajewo. Latem 1993 roku jedyna droga ucieczki wiodła przez odkryte lotnisko. 57-letnia kobieta biegła przez pas startowy nocą, w towarzystwie kolegi swego syna, który zgodził się jej asystować. Wtedy z jednej strony lotniska, tej pod kontrolą wojsk ONZ, silne światło reflektora oświetliło biegnących, podczas gdy z drugiej strony, tej kontrolowanej przez wojska Karadžicia, padły celne strzały. Wszystko odbyło się zgodnie z ustalonymi regułami: żołnierze ONZ, w zgodzie z ich statusem „neutralności”, wykonali rytualną czynność służbową, bowiem inne postępowanie – jak tłumaczyli ich dowódcy – oznaczałoby naruszenie bezstronności i porozumienia z władzami w Pale; żołnierze Karadžicia natomiast wykonali swój święty obowiązek w obronie własnego, śmiertelnie zagrożonego islamskim fundamen-talizmem, narodu. „Kiedy Bisera Zečevic upadła, kiedy stała się ofiarą despe-racko potrzebująca humanitarnej pomocy, ONZ przyszedł jej z pomocą.” Ruszył ku niej transporter opancerzony i zawiózł ją do szpitala. Następnego dnia mąż, Asim, nie znalazł jej już w szpitalu. „Owinięta plastikowym workiem, leżała w kostnicy naga, bez ubrania, pierścionków i innej biżuterii, które nigdy nie zostały odzyskane. Na worku napisane było jedno jedyne słowo: NIEZNANA.”      

Roger Cowen widzi toczący się w sercu Europy krwawy dramat przez pryzmat pojedynczych ludzi i ich rodzin. Nie znaczy to jednak, że jego książka jest intymną sagą rodzinną, sagą małych-wielkich dramatów toczących się na ledwie zarysowanym tle historii. Cohen wcale nie chce oddalić od nas świata polityki, przez co stałby się on niezrozumiały i zatarty, wprawdzie nieludzki ale zawsze taki sam. Wręcz przeciwnie, chce go obnażyć, ukazując cały mechanizm jugosłowiańskiej tragedii. Przywołani z imienia i nazwiska prezydenci mocarstw zachodnich, przewodniczący światowych organizacji, dowódcy wojsk, negocjatorzy, politycy, przywódcy zwaśnionych stron, to żywe dramatis personae tej książki. To, że Cohen cały czas ma przed sobą twarze ofiar tragedii, sprawia, że jest bezlitosny w dociekaniu prawdy i nieczuły na jakiekolwiek „racje obiektywne”. Jak zwykli mówić Bośniacy „Drvo ne raste s neba” (Drzewo nie rośnie z nieba). Każda decyzja lub jej brak ważące o losach ludzi, ma w tej książce imię i nazwisko, każde wydarzenie ma swe źródło. Ileż tam zdrady, tchórzostwa, obłudy, kłamstwa... Bośnia otwiera oczy na to czym jest dziś Europa i Ameryka. W tym, co się stało, nie było żadnej konieczności, żadnej ślepej, niezależnej od ludzkich starań, mocy. Cohen pokazuje jak wiele mogła zmienić odwaga, ludzki honor i determinacja pojedynczych oficerów czy negocjatorów, takich jak generał Phillippe Morillon czy Richard Holbrooke.

Ale ci albo byli odwoływani ze swych stanowisk albo przychodzili za późno.

5.

W księgarniach w Grazu trudno znaleźć książkę o Bośni albo byłej Jugosławii. Bez trudu można natomiast znaleźć książki Petera Handkego. Choćby efektownie wydany w ubiegłym roku album ze zdjęciami Lisl Ponger i tekstem Handkego pt. „Ein Wortland. Eine Reise durch Kärtnen, Slovenien, Friaul, Istrien und Dalmatien”. Spokojne refleksy życia codziennego, kojącej natury, zwykłej normalności, żeby nie powiedzieć nudy. Jakby nic się nie stało. A właściwie, żeby dokładnie oddać nastrój tej książki: „Nic się nie stało. Spokojnie moi mili. Żyjcie normalnie i nie słuchajcie tych, co mówią o tragedii historii.” Kiedyś Handke zasłynął powiedzeniem, że dla niego Europa Środkowa „ma znaczenie wyłącznie meteorologiczne”, manifestując tym samym swój dystans wobec piętna historii, którym naznaczona jest ta część Europy. Był rok 1987. Drago Jančar, pisarz słoweński, w ostrożnej jeszcze wówczas polemice zwrócił uwagę, że „dobrze jest spoglądać w górę i na chmury wędrujące po niebie, ale dobrze jest też patrzeć pod nogi, przynajmniej tak długo, dopóki w tej Europie Środkowej są pola minowe, druty kolczaste i mury berlińskie.” Po tej uwerturze przyszła kolej na sprawdzenie ciężaru słów zaczerniających papier w intelektualnych dysputach, przyszła Bośnia. Jančar pisze słynny esej pt. „Augsburg”. „Radio mozolnie przekonuje zagranicznych turystów, że Słowenia to kraj spokojny. Wojna jest gdzie indziej. Wojna jest w pudle telewizji stojącym w kącie. W tej dziurze świata, przez którą do pokoju ciągle wpadają nowe trupy.” Pojechał też do Sarajewa, po czym napisał wstrząsający „Krótki raport z długo obleganego miasta.” Postawa Handkego z tą jego „meteorologią” staje się opłakanie śmieszna. Zatem i on wyrusza w podróż jak tylko wojna w Bośni się skończyła. Na początku 1996 roku publikuje swój raport, swoją „Sprawiedliwość dla Serbii”. Handke staje się bohaterem. Milorad Pavić, który towarzyszył mu w podróży do Kosowa, pisze: „...dobrze jest mieć Petera Handkego. Ale Petera Handkego mogą mieć tylko wielkie narody.” Pomińmy jednak ten wątek narodowościowy, który w wydaniu byłego studenta z Grazu jest jedynie plagiatem tez wygłaszanych przez agencję informacyjną w Pale podległą Karadžiciowi (do wierszy tego poety tęskni i często powraca). Handkemu chodzi przede wszystkim o poddanie w wątpliwość realności tragedii w Bośni, tego, co obserwowaliśmy, czytaliśmy i czego doświadczyliśmy. Wszystko to jest nierzeczywiste, jest efektem międzynarodowego spisku mediów. Czy istnieje zatem alternatywna rzeczywistość? Pisarz nie daje odpowiedzi, pisarz zaciera obraz, mówi, że nie jest jasne kto atakował, a kto się bronił, pyta jak to było na prawdę z tym Dubrownikiem i czy pochodzący od Serbów Muzułmanie w ogóle mogą uchodzić za naród? Nie ważna jest odpowiedź, ważne jest zatarcie, odrealnienie. Europejska kuracja dla tych, którzy mogli czuć wyrzuty sumienia z powodu obojętności wobec tragedii wydarzającej się tak blisko, że nie sposób było jej zagłuszyć. „Spokojnie moi mili – zdaje się powtarzać nasz „meteorolog” - Skoro wszystko jest mgliste i wątpliwe, to w co się tu angażować? Nie dajcie się wedrzeć dziennikarzom w wasze sumienia, bo oni są na usługach światowego spisku”.

Jednym z tej „hordy dziennikarzy”, jak ich nazywa Handke, jest Roger Cohen, korespondent „The New York Times”. Pośród jego kolegów po fachu ponad pięćdziesięciu oddało swe życie podczas wojny w byłej Jugosławii. Cohen nie zostawia naszych sumień w spokoju, nie zaciera obrazu, daje odpowiedzi. „Sprawiedliwość dla Serbii” stara się nie poprzestawać na faktach, „sięgać do głębi” i poetyzując w wolnym akcie twórczym atakować barbaryzm „upolitycznionej literatury”. „Serca stają się brutalne” to literatura realistyczna, oparta na faktach i zaangażowana. Wystarczy przeczytać tytuły obu książek, by zdać sobie sprawę z dzielącej je różnicy.

Być może Roger Cohen nie zgłębia duchowej istoty rzeczy, na którą powoływał się Handke, z całą pewnością jednak dosięga do „samych trzewi naszego wieku”. Pora przyjrzeć się obrazowi świata zachodniego nakreślonemu przez człowieka naznaczonego Bośnią. „To była nie tylko wojna, także otaczające ją hipokryzja i upadek moralny.”

6.

Profesor Maria Todorova, wykładająca w Instytucie Historycznym Uniwersytetu na Florydzie, zajmuje się stereotypem „bałkanizacji”. W 1998 roku opublikowała książkę pt. „Imagining the Balcans”, jedna z najciekawszych jakie ostatnio ukazały się o Bałkanach. W wywiadzie udzielonym Jędrzejowi Morawieckiemu w Czarnogórze** pani Profesor, przyjmując postawę obiektywnego naukowca, krytykuje dziennikarzy i media w Ameryce za anty-serbską stronniczość i kreowanie oraz wykorzystywanie stereotypów. Gdy pani Profesor opowiada historię Serbki mieszkającej w Bostonie i przyjaźniącej się z Niemką, historię o tym, jak obie zaczynają podejrzewać, że dziwne spojrzenia kierowane na nie przez innych studentów wynikają z domniemania, że są nazistkami – wtedy wspólnie współczujemy niewinnym ofiarom stereotypów (choć czy to media są tutaj głównym winowajcą?). Wątpliwości nasze rosną, gdy pani Profesor stwierdza, że sposób komentowania wojny w byłej Jugosławii przez amerykańskie media odpowiadał na zapotrzebowanie społeczne, a inteligencja dziennikarzy pozwalała im na określenie „kierunku wiatru”. Oznacza to tyle, że gdyby ów „kierunek wiatru” był inny – a ustala go zapewne w jakimś salonie grupa podejrzanych osobników, która rozgrywa na szachownicy świata swoje gry interesów - to moglibyśmy na przykład oglądać w telewizorach kilkuletnie oblężenie Belgradu przez żądnych chrześcijańskiej krwi islamskich fundamentalistów. Przesadziłem? Ale przecież media mogą wszystko, a zwłaszcza geniusz w typie reżysera wielkiego widowiska dla mas z filmu „Truman Show”. W każdym razie, zdaniem pani Profesor, obraz wojny w mediach amerykańskich był nieobiektywny, czytaj: anty-serbski. Taką jest perspektywa historyka, który chłodnym (czytaj: obiektywnym) okiem przypatruje się ekranowi telewizora i wyszukuje odwiecznie obecne tam stereotypy. „Zawsze uważałam – powie pani Profesor w wywiadzie – że dziennikarstwo powinno być traktowane jak działalność naukowa”.

Ale to nie sprawa mediów jest najistotniejsza w rozważaniach pani Profesor. W końcu dla nikogo nie ulega wątpliwości, że media folgują stereotypom i jestem przekonany, że tropiciel anty-serbskiego nastawienia wśród dziennikarzy ma na podorędziu nie jeden przypadek dowodzący słuszności naukowej tezy. (Handke na przykład wytropił, że ofiary muzułmańskie są częściej pokazywane z bliska niż serbskie.) Ważniejsze jest co innego. Rzecz się przecież dzieje pod koniec XX wieku, a więc w okresie kiedy nauka nie jest już w takim stopniu jak kiedyś pochłonięta badaniem jednego etnosu narodowego i jego prymatu nad innym. Jeszcze dla wcześniejszej generacji naukowców sprawa czy coś jest anty-serbskie czy pro-serbskie mogłaby być sprawą zasadniczej wagi. Dla pani Profesor, nowoczesnego naukowca, waga zagadnień leży w czym innym. W świecie, w którym w cenie jest obiektywność, neutralność, teoria równego dystansu, wielość prawd – w takim świecie nie do pomyślenia jest, żeby ktoś upominał się o moralną rację, co w literaturze oznacza zaangażowanie, w dziennikarstwie stronniczość, a podczas wojny podział na winnych i niewinnych.

Maria Todorova, która zbadała sprawę z rożnych stron, przeczytała nie jedną książkę, obiektywnym okiem przyglądała się mediom, wie jedno: „Prawda jest taka – mówi w wywiadzie – że nie ma „czarnych” i „białych””. Oto credo naukowej bezstronności, które zostaje zalecone dziennikarzom. Roger Cohen, który podczas wojny był w Bośni, rozmawiał ze wszystkimi stronami konfliktu, doświadczył tragedii ludzi po wszystkich stronach frontu, wie jedno: są czarni i biali. Więcej, od początku wojny wielki wysiłek polityków, a w ślad za nimi i niektórych mediów, został włożony w to, aby prawdę o istnieniu „czarnych” i „białych” zatrzeć. To powiedzenie: „Prawda jest taka, że nie ma „czarnych” i „białych”” stało się największym stereotypem ciążącym nad Bośnią, albo inaczej – to Bośnia zdemaskowała jeden z najbardziej rozpowszechnionych, a nie nazwanych, stereotypów końca tego stulecia. Jako ekspert w tych sprawach pani Profesor z pewnością potwierdzi, że stereotypy upraszczają, zwalniają z odpowiedzialności, ułatwiają życie tym, którzy im folgują – a nic lepiej nie może tych wszystkich cech spełnić w przypadku Bośni niż powiedzenie: „Prawda jest taka, że nie ma „czarnych” i „białych””.

Wiosną 1995 roku, po trzech latach oblężenia Sarajewa, pewna kobieta odciągnęła Rogera Cohena na bok i popatrzyła mu głęboko w oczy: „Tutaj rzeczy są czarne i białe,” – powiedziała. „Takie są. Jest zło i jest dobro. Zło jest na wzgórzach. Kiedy mówisz, że jesteś dziennikarzem, a zatem musisz być obiektywny i coś z tego, co piszesz, może nie być dobre dla nas, za to dobre dla tych złych ludzi, wówczas rozumiem ciebie, ale jednocześnie cię nienawidzę. Tak, nienawidzę cię. Wszyscy pytają do czego to miejsce jest rzeczywiście podobne. Pytają nas, jak to jest żyć bez prądu, albo bez gazu, albo bez zarobku, albo bez życia? Jak to jest stać w kolejce po wodę? Jak to jest być obiektem doświadczeń w laboratorium? Oni nas pytają i pytają nas i pytają. Ale żeby zrozumieć może powinieneś pójść na drugą stronę? Wtedy dadzą ci broń i będziesz mógł spojrzeć wokoło z budynku i będziesz patrzył i zobaczysz człowieka. Wtedy poznasz, co to znaczy być myśliwym. I wtedy pociągniesz za spust i zobaczysz padającego człowieka i uświadomisz sobie, że go zabiłeś. To jest fakt. Fakt. I wtedy być może nie będziesz musiał wiedzieć tak wiele o nas, nie będziesz musiał wiedzieć czyimi jesteśmy potomkami, albo dlaczego zostaliśmy Muzułmanami, albo czy Muzułmanie są narodem, albo czy Bośnia istnieje, albo cokolwiek innego”.       

7.

Zatarcie różnicy pomiędzy czarnym i białym, utożsamienie obiektywizmu z neutralnością, dogmat równego dystansu, nieodpowiedzialność i obojętność wobec tragedii usprawiedliwione jej zamazanym i niepojętym obrazem niknącym gdzieś w otchłani dziejów – to tylko niektóre symptomy naszej kondycji duchowej, które Roger Cohen wydobywa z „samych trzewi wieku”.

Bośnia okazała się także bezlitosnym testem dla h u m a n i t a r y z m u , tej może ostatniej duchowej iluzji świata zachodniego pod koniec dwudziestego wieku. Praktyka humanitaryzmu nabrała znaczenia w Europie po upadku muru berlińskiego. Koniec zimnej wojny, rozpad imperium sowieckiego, powstawanie młodych państw narodowych – wszystko to niosło groźbę nowych konfliktów, które często zostały jedynie zamrożone przez komunistyczna dyktaturę. Odpowiedzią na te zagrożenia miał być właśnie humanitaryzm, który z paru względów był atrakcyjny. „Nie ma co do tego wątpliwości – pisze Cohen – że dostarczenie średnio prawie tysiąca ton żywności dziennie dla 2.7 milionów potrzebujących w Bośni ratowało życia ludzkie. Daje to wrażenie, że coś zostało zrobione, że zaniechanie ryzykownej interwencji zbrojnej zostało okupione. To dobrze współgra z „multilateralizmem”, innym wspaniałym mechanizmem rozmywania ryzyka. (...) O wiele łatwiej jest zrozumieć „ofiary” niż trudzić się nad rozpracowaniem odpowiedzialnego za ich zaistnienie. Ofiary pobudzają uczucia i nudzą inteligencje. Jak pogoda, to niewyczerpane źródło współczesnego dramatu, posiadają łatwość w dotarciu do telewizyjnego widza.”

Zatem powraca do nas „meteorologia”, tym razem już nie w wydaniu kontestującego fakty pisarza, lecz doktryny wspólnoty międzynarodowej. I tak jak wtedy patrzenie w niebo na przepływające chmury miało odwracać uwagę od bolesnej rzeczywistości, tak teraz „dokarmianie ofiar miało się stać substytutem powstrzymania rzeźników”. To, co się działo w Bośni w oczach światowych decydentów nie było wojną lecz „klęską humanitarną”, a czasem wręcz „klęską naturalną”, skoro jej źródła tkwiły w plemiennych nienawiściach i były „z piekła rodem”. Konsekwencją tych teorii było tworzenie „stref ochronnych” oraz embarga na dostawy broni, w sytuacji gdy jedna strona była w posiadaniu doskonałego uzbrojenia, a druga nie posiadała go prawie w ogóle. Margaret Thatcher nazwała tą decyzję Unii Europejskiej „przyzwoleniem na masakrę”. Humanitaryzm charakteryzuje się również swoistą „podwójną-mową”, przypominającą trochę retorykę Kosowego Pola, gdzie klęska staje się zwycięstwem a atak obroną. Otóż mówiono na przykład jednocześnie o obrońcach barbarzyńskiej Bośni i o niezaangażowanych agentach humanitaryzmu; oblężenie Sarajewa nie było rzeczywistym oblężeniem tylko „otoczeniem w zbrojnej przewadze” przez Serbów i „taktyczną rezygnacją z przewagi” przez Bośniaków; oficerowie UNPROFOR przypatrujący się ostrzałowi Sarajewa przez ciężką artylerię, zwykli mówić: „Nie możemy kontrolować sytuacji, ale monitorujemy ją”; zalecenie „odparcia ataku” w przypadku „stref ochronnych” interpretowano najpierw jako „obronę przed atakiem”, ale i to zmieniono na „humanitarną asystę” w chwili, gdy wojska generała Mladicia zajęły Srebrenicę bez jednego wystrzału ze strony wojsk ONZ. Niewiele się zmieniło od czasu, gdy były sekretarz generalny U Thant zauważył, że ONZ „jest jak parasol, który się zwija, gdy zaczyna padać”.    

Roger Cohen, wśród wielu głosów ludzi wstrząśniętych moralnym upadkiem elit świata zachodniego, który uwidoczniła Bośnia, przytacza opinię amerykańskiego dyplomaty, Charlesa Thomasa: „Polityka zagraniczna jest jak zasada starego pocałunku: Po prostu nie popuszczaj, głupcze. Powinniśmy im powiedzieć, kiedy wojna się rozpoczęła, że albo przyjmą warunki, albo wstrzymają ostrzał Sarajewa, albo ich pozabijamy.” Takie zdanie na początku wojny w byłej Jugosławii nie mogło paść z ust żadnego dyplomaty, polityka czy dowódcy. W sposób rażący naruszałoby retorykę humanitaryzmu, drażniło swym barbarzyństwem cywilizowany słuch, przywykły do zdań o prawach człowieka i ochronie życia ludzkiego. W roku 1995, po wielodniowym, zmasowanym ataku sił lotniczych na pozycje wojsk Karadžicia i Mladicia, stało się jasne, że w tym przypadku tylko siłą można położyć kres zbrodniom i zaprowadzić pokój.

W międzyczasie zginęło 200 000 ludzi. Pytanie, dlaczego zwlekano aż ponad trzy lata z interwencją zbrojną w Bośni, wisi nad nami jak czarna zmora.

Porozumienie pokojowe podpisano w Dayton 14 grudnia 1995 roku. Kiedy Roger Cohen spytał Asima, męża Bisery zastrzelonej na lotnisku, co czuje, odpowiedź brzmiała: Nic. Tej zimy nie było radości w Sarajewie. Dziwne zakończenie wojny: wróg nie pokonany, zło nie przezwyciężone. Pojechałem do Sarajewa następnej zimy, kiedy był tam Jan Paweł II. Papież, skulony na otwartym stadionie, w śnieżycy, omal nie został porwany przez wichurę. Czy ktoś dosłyszał jego słowa „Niste sami. Bog je sa vama”? (Nie jesteście sami. Bóg jest z wami”.) Teraz znowu jest zima. Tutaj poszukują robotników do oczyszczania cegieł z burzonego właśnie dawnego budynku gestapo. Te cegły pochodzą ze spalonej synagogi. W miejscu, gdzie kiedyś stała, rozkopana jest już ziemia i kładzione są fundamenty. Dževad pojechał. Pozostałem z Bośnią w Grazu.

Graz, luty 1999

*  Roger Cohen: Heart Grown Brutal. Sagas of Sarajevo.

   Random House, New York – Toronto, 1998.

** „Tygodnik Powszechny” 13.09.1998.


Komentarze:

Dodaj swój komentarz:

Imię i nazwisko:*

Adres e-mail:*

Treść:*

ładowanie...

Kod z obrazka:*

 

 pola oznaczone * są wymagane

Szukaj na stronie

"Opowieści o Współistnieniu. Niewidzialny Most" -

Pogranicze w Zachodniej Galilei

(28.11-4.12.2019)

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego” w ramach Programu „Kultura Inspirująca”

  

 Modernizacja Amfiteatru w Krasnogrudzie

 

 

 

Dwór w Krasnogrudzie

Olga Tokarczuk

| 21 02 2015 | Krasnogruda  

 

 

Od września Dwór w Krasnogrudzie czynny od poniedziałku do piątku od 10.00 do 16.00.

W soboty i niedziele po uprzednim kontakcie telefonicznym

Bożena Bartosiewicz: tel. 603 123 743

 

Koncert Finałowy Orkiestry - Lato w Pograniczu 2019. Galeria zdjęć


IRENA VEISAITĖ

Człowiek Pogranicza 2019

 

Orkiestra Klezmerska Teatru Sejneńskiego

Kup płytę Orkiestry

Rodzinne Skarby. Kolekcja Filmowa. 2019

 

 

Oferta edukacyjna

Darowizny uzyskane przez Fundację Pogranicze

W związku z otrzymaniem darowizn, na podstawie art. 18 ust. 1f, pkt 2 ustawy z dnia 15 lutego 1992 r. o podatku dochodowym od osób prawnych (Dz. U. z 2011 r. Nr 74, poz. 397, ze zmianami), Fundacja Pogranicze podaje do publicznej informacji, że łączna kwota uzyskana z tego tytułu w okresie od 01.01.2018 r. do 31.12.2018 r. wyniosła 66.006,31 zł.

W 2018 roku Fundacja uzyskała również kwotę 16.106,30 zł w formie wpłat z 1% podatku oraz 5.131,31 z tytułu zbiórki publicznej nr 2018/2901/OR.

Otrzymane darowizny Fundacja Pogranicze w całości przeznaczyła na realizację działań statutowych.

Towarzystwo Inwestycji Społeczno – Ekonomicznych S.A. w Warszawie udzieliło nam pożyczki na zamknięcie inwestycji oraz pomogło zorganizować montaż finansowy przy współpracy z Polskim Bankiem Spółdzielczym w Ciechanowie dla zapewnienia pełnej płynności przy prowadzeniu inwestycji związanej z rewitalizacją zabytkowego kompleksu dworskiego w Krasnogrudzie, w którym powstaje Międzynarodowe Centrum Dialogu.

www.tise.pl

Informacja o plikach cookies

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

"Biuletyn Pogranicza" w Twojej skrzynce

INFORMACJA O POLITYCE PRYWATNOŚCI