Pochwała wścibskości, czyli nic, co ludzkie nie jest mi obce - Krzysztof Czyżewski

W książce "Twórczość ludowa, niech się pod strzechą nie chowa! Szanse i zagrożenia dla przetrwania dorobku naszych przodków w dobie postepującej globalizacji" bądącej efektem spotkania podczas XVI Festiwalu Wielu Kultur i Narodów "Z wiejskiego podwórza" w Czeremsze, ukazał się artykuł Krzysztofa Czyżewskiego pt.: "Pochwała wścibskości, czyli nic, co ludzkie nie jest mi obce". Publikacja została wydana przez Stowarzyszenie Miłośników Kultury Ludowej.


Pochwała wścibskości, czyli nic co ludzkie, nie jest nam obce

Polska coraz bardziej ciekawa jest swojej wielokulturowości. Miasta i regiony, jak człowiek, ciekawe są inności. Zwłaszcza młody człowiek, dla którego spotkanie z Innym jest ważnym doświadczeniem inicjacyjnym. Jest to sytuacja graniczna, także w tym sensie, że od tego, jak sobie z nią poradzimy, bardzo dużo zależeć będzie w naszym życiu. Przy spotkaniu z innością nic nie jest z góry ustanowione, i często małe kamyczki zdarzeń i okoliczności decydują o tym, jak zwrotnica losu nastawi nasze życiowe tory, które - im więcej czasu upłynie - tym trudniej będzie przestawić.

W eseju Spotkanie z chasydami Stanisław Vincenz przywołuje wiersz napisany w jidysz przez Nuchima Bomsego z Sasowa, w którym "przedstawiony jest żydowski chłopiec, gdy stoi nasłuchując pod murem cmentarnym pod kościołem, jakby zaklęty przez czar modlitw chrześcijańskich."

A potem, niejako w odpowiedzi swemu żydowskiemu przyjacielowi, zwierza się z własnego przeżycia spotkania z innością w dzieciństwie nad górnym Czeremoszem. Wracając ze spaceru urwał się niani i podbiegł pod rozświetlone okna izby, w której zawsze znikał ich znajomy starzec Ajzyk, i w której, jak się okazało, modlili się Żydzi:

"Widok wciągnął mnie od razu w obcy świat. Jeszcze teraz wydaje mi się, jakbym wtedy zaglądnął przez tajemnicze szpary poza ściany zwykłego, codziennego świata."

Tyle mogło się wtedy w dziecięcej duszy wydarzyć - obojętność, uprzedzenie, lęk przed obcością, niezrozumienie. Tymczasem od tamtej pory miał wrażliwe ucho na chasydzkie opowiadania i błogosławił losowi:

"Jakże bezpieczne czuje się dziecko wyrastające w kraju, którego rok za rokiem strzegą takie modlitwy, nawet jeśli są to modlitwy innej religii."

Ale i na tym stwierdzeniu nie poprzestał, bo zbytnio jeszcze rozdzielało ono „ich" świat od „naszego", co stało w sprzeczności z doświadczeniem dziecka, więc zapytywał dalej, czy w tym szmerze modlitw wznoszących się ku niebu „brzmiała obca nadzieja czy nasza własna?".

Można by posądzić Bomsego i Vincenza o wścibstwo, bo co też im do świata, który nie jest ich. Lepiej by nosa nie wsadzali w cudze sprawy. Nie wystarcza im własna żydowskość czy chrześcijańskość? Powracamy tu do Polski ciekawej wielokulturowości, czyli ciekawej ludzi z obcym akcentem, innym kolorem skóry, egzotyczną kuchnią. Ta ciekawość jest młoda, narastająca od kilku lat i znajdująca ujście w coraz liczniejszych wydarzeniach kulturalnych, programach edukacyjnych, publikacjach i konferencjach. Młoda też jest polska wielokulturowość. To stwierdzenie może brzmieć zaskakująco w odniesieniu do kraju, który jeszcze przed wojną byt prawdziwym tyglem kultur, szczycącym się bogactwem wielonarodowego': wielowyznaniowego dziedzictwa. Ale po tamtym świecie pozostały jedynie okruchy, dobrze, że z coraz większą starannością ocalane i pielęgnowane. Napomknienieo „coraz większej staranności", jest echem także owej narastającej ciekawości, nie tylko archeologii pamięci.

Tymczasem w Polsce zamieszkują nowi inni. Dokonuje się to z różną intensywnością i z nie zawsze taką samą widocznością inności w przestrzeni publicznej, ale dzisiaj już trudno nie dostrzec, że np. Warszawa staje się na nowo wielokulturowa. Jednak to nie nowi imigranci zdają się ostatecznie decydować o tym, że warszawska wielokulturowość jest młoda, a przynajmniej nie tylko oni - decydujący okazuje się duch i styl praktykowania wielokulturowości, który jest właśnie młodzieńczy, rozpoczynający niejako od nowa, animowany przez młodych ludzi, dla których miasto staje się ich własne właśnie dlatego, że otwiera przestrzeń spotkania z innymi kulturami.

Można uczynić z tego zarzut o nieuprawnionej niewinności i krótkiej pamięci miasta, o naiwności i nieświadomości w igraniu z ogniem. Ale właśnie wobec sity młodości te zarzuty wydają się nieuprawnione. Tym bardziej, jeśli zjawisko to postrzegać będziemy w dłuższej perspektywie, jako cząstkę procesu, który ma swoją przyszłościową dynamikę rozwoju. Dowodów na to, że ani miasto ani jego mieszkańcy nie chcą poprzestać na spontanicznym radowaniu się wielokulturowością, jest bardzo wiele, poczynając od wielkiego przedsięwzięcia budowy Muzeum Żydów Polskich czy takich projektów, jak Ulica Próżna.

"Quod bani... datur, fruare dum licet; nam nescias... eius sit po-testas posthac an numquam tibi. Kiedy masz okazję, to należy z niej korzystać, bo nie wiadomo, czy kiedykolwiek jeszcze trafi ci się po raz drugi."

Ta sentencja Terencjusza trafia w ducha dzisiejszej wielokul-turowej Warszawy. To niesamowite, że w mieście - symbolu dwudziestowiecznych szaleństw ideologii rasistowskich i ksenofobicznych, w mieście dwóch powstań (w getcie i warszawskiego) w mieście zrujnowanym wojną, jak Hiroszima czy Sarajewo - że w tym mieście można dzisiaj świętować wielokulturowość.

Właśnie - świętować. W ostatni weekend sierpnia od kilku lat odbywa się radosne i roztańczone Wielokulturowe Warszawskie Street Party, którego celem -jak informują organizatorzy - jest promocja' wielokulturowości poprzez wspólną, radosną zabawę. Z kolei inicjatorzy Warszawskiego Tygodnia Wielokulturowego przypominają, że:

"do okresu powojennego wielokulturowość była codziennością i odgrywała niebagatelną rolę w życiu zarówno naszego miasta, jak i całej Rzeczypospolitej. W ciągu ostatniego dziesięciolecia do Warszawy przybyła duża liczba osób różnych narodowości, które w istotny sposób wywierają wpływ na wygląd Stolicy, zachowania mieszkańców oraz obyczaje i kulturę. W kolejnych latach, w związku z niedawnym wejściem Polski w struktury Unii Europejskiej, możemy oczekiwać wzrostu zróżnicowania narodowościowego i kulturowego Warszawy. Wielokulturowość może i powinna stać się źródłem atrakcyjności i bogactwa naszej Stolicy."

Atrakcyjność zróżnicowania kulturowego podkreślają też: świetnie redagowany portal Kontynent Warszawa, Warszawska Akademia Wielokulturowości przy Studenckim Kole Naukowym Psychologii Międzykulturowej, Warszawski Plener Wielokulturowy, Warszawskie Centrum Wielokulturowe i cały szereg podobnych inicjatyw.

W tym samym duchu tworzy się projekt Ścieżka między-kulturowa, którego częścią jest książka, zawierająca rozmowy z przedstawicielami różnych kultur. Jej bohaterami są mieszkańcy Warszawy, dla których polski nie jest pierwszym językiem, którzy często w paszporcie mają wpisaną inną narodowość niż polska, którzy pielęgnują swoje narodowe czy religijne tradycje, a jednocześnie czują się warszawiakami. Dla człowieka takiego jak ja, który niejednego doświadczył na pograniczach, byt świadkiem rozpadu wielokulturowych społeczności w byłej Jugosławii czy na Kaukazie, przestrzegał przed narastającym kryzysem społeczeństwa wielokulturowego na Zachodzie, zaskakujący jest przede wszystkim ton, w jakim prowadzone są te rozmowy - lekki, pogodny, pragmatyczny. Oczywiście czasem pojawia się w nich również boleść, wspomnienie doświadczonej krzywdy, obcości czy niezrozumienia, ale dopiero gdzieś na drugim planie, albo w cieniu dominującej mimo wszystko w tych międzykulturowych dialogach pozytywnej energii. Rozmowy o sposobach przyrządzania i zasadach podawania kawy; o stylach życia i egzotycznych smakach; tryskające humorem anegdoty; przywiązanie do tradycji, która nikogo ani nie rani, ani nie obraża, tylko budzi szacunek i pokusę jej posmakowania; praktyczne uwagi O sposobach na życie, na zdobycie pracy, na karierę... Boże, jaka ulga! W innym miejscu i w innym czasie byłbym zaniepokojony. Ale to jest właśnie owo datur Terencjusza, moment na radość i tkanie spoistości lekkim ściegiem oswajania i szczycenia się innością. Tak, tak, wiemy, że most w każdej chwili można zburzyć. Ale wiemy także, że bez mostu nie ma cywilizacji, nie ma rozwoju miasta i człowieka. Jaki więc sens poddawać w wątpliwość jego budowanie? Lepiej skupić się na tym, aby budowa była trwalsza...

W młodej wielokulturowości Warszawy z pewnością dobrze by się czuł Kwame Anthony Appiah. Ten pochodzący z Ghany filozof amerykański potrafił odideologizować debatę o wielokulturowości, wyzwolić ją z upiorów przeszłości i ortodoksyjnych dogmatów typu: „globalizacja jako zagrożenie dla zachowania odrębności kulturowych". W mądrej książce Kosmopolityzm. Etyka w świecie obcych pisał:

"Nakłaniam do tego, abyśmy zaczęli poznawać kultury innych krajów, zainteresowali się ich cywilizacjami, ich argumentami, ich błędami, ich osiągnięciami - nie dlatego, że pozwoli nam to osiągnąć porozumienie, lecz dlatego, że pomoże nam przyzwyczaić się do siebie nawzajem, a w naszej zglobalizowanej epoce bardzo tego potrzebujemy. Jeśli postawimy sobie taki cel, nie odstraszy nas fakt, że mamy mnóstwo powodów do sporów aksjologicznych. Wzajemne zrozumienie może okazać się trudne, ale powinno być ciekawie i nie jest konieczne, byśmy doszli do zgody."

W tym „przyzwyczaić się do siebie nawzajem" można by dopatrywać się swoistego minimalizmu, tym bardziej, że przyzwyczajeni jesteśmy raczej do retoryki typu: wzajemne zrozumienie, pojednanie, zgoda ponad podziałami. Ale właśnie w tym minima-lizmie jest coś autentycznego, coś, co budzi zaufanie, co nie jest narzucane siłą, a otwiera jakiś ludzki wymiar budowania wspólnego międzyludzkiego gruntu w dłuższej perspektywie, nie ograniczonej do „ważnych okoliczności" i spektakularnych wydarzeń. Postawa taka jest dla nas przekonująca również dlatego, że w Europie zupełnie wytarta - jeśli nie skompromitowana -została poprawna politycznie ideologia wielokulturowości, która im łatwiej posługiwała się hasłami typu „jedność w różnorodności", tym bardziej odcięta była od rzeczywistości.

Filozof Appiah jest wielbicielem cytowanego już przeze mnie wcześniej komediopisarza - Terencjusza, który dla naszych rozważań o wielokulturowości jest na tyle interesujący, że warto poświęcić mu dłuższą chwilę uwagi. Do Rzymu przybył w II wieku p.n.e. z Afryki, jako niewolnik. Mówiono o nim "Cartagine natus" (urodzony w Kartaginie) i stąd domniemanie, że był Fenicjaninem. Jeszcze jako bardzo młody człowiek zabłysnął talentem pisarskim i jego pan, od którego przejął nazwisko, szybko go wyzwolił, więcej - pomógł zdobyć wykształcenie. Kochał Grecję i jej kulturę, dzięki czemu został przyjęty do grona nobilów rzymskich, nazywanych filhellenami, skupionych w tzw. kręgu Scypiona. Nie miał łatwego życia. Rywale - zazdroszcząc mu wiedzy, wspaniałego władania łaciną i geniuszu scenicznego poety - nieustannie oskarżali go o to, że nie jest autonomicznym autorem swych dzieł, że korzysta z pomocy bezimiennych protektorów, że „ściąga" z Greków (tego ostatniego zresztą nie ukrywał, ale o tym później). Zginął prawdopodobnie na morzu, prawdopodobnie w młodym wieku, prawdopodobnie powracając z Grecji, gdzie poszukiwał zaginionych sztuk swego mistrza Menandra. Legenda głosi, że na wieść o zatonięciu statku z jego bagażem, w którym znajdowało się sto osiemdziesiąt przez niego napisanych i przetłumaczonych komedii, zachorował i umarł ze zgryzoty.

Terencjusz jest przykładem twórcy żyjącego w kosmopolitycznej metropolii, który kulturę rozumiał jako kontaminację. Nie tylko przeniósł na grunt rzymski tradycję greckiej komedii nowej. Swoje sztuki budował układając w nowe całości rozmaite elementy, często wręcz cytaty z dramatów greckich, zwłaszcza Menandra. Wpisując je w kontekst Wiecznego Miasta i w krąg kulturowy języka łacińskiego, stał się popularnym i nowoczesnym twórcą kultury rzymskiej. Co więcej, to dzięki niemu żywy jest w naszej kulturze geniusz Menandra, którego sztuki w większości zaginęły i tylko jedna zachowała się w całości. Terencjusz uczy nas tego, co przecież jest przez nas doświadczane na co dzień, choć nie zawsze dostrzegane, a czasem nawet zakłamywane - mianowicie, że kultura jest stopem rozmaitych elementów i - zachowując żywotność - nieustannie się zmienia. Kultura to przekaz kulturowy, który rozwija się w drodze, nabierając nowych cech i znaczeń, tworząc nowe złącza. To właśnie dlatego Appiah, de-konstruując rozmaite przesądy na temat wielokulturowości, myślał o Terencjuszu:

"Kiedy ludzie opowiadają się za ideałem czystości kulturowej, zachowaniem autentycznej kultury Aszantów albo amerykańskiego rodzinnego gospodarstwa rolnego, przekonuję się, że sam jestem przywiązany do kontaminacji jako nazwy dla przeciw-ideału."

Bywa, że wielokulturowośc rozumiana jest jako obrona odrębnych i autentycznych kultur. Wszystkie słowa określające wielokulturowośc w tak skrojonej definicji są niebezpieczne. Przede wszystkim dla niej samej, jeśli przez wielokulturowośc będziemy rozumieli możliwość życia razem w społeczności zróżnicowanej narodowościowo, wyznaniowe czy kulturowo. Już samo słowo „obrona" sugeruje zagrożenie, które owo „życie razem" stwarza dla jakiejś kultury. Bywa, że - zwłaszcza w odniesieniu do grup mniejszościowych - w społeczności takiej zachodzą procesy asymilacyjne, którym, ze zrozumiałych względów i w imię słusznych racji, rzecznicy tożsamości kulturowych starają się przeciwstawić. Nie neguje to jednak faktu, że pluralistyczna społeczność jest środowiskiem sprzyjającym odmiennościom kulturowym, więcej - ich nieustannemu emancypowaniu się. Miasta i regiony pogranicza -jeśli nie dosięgnie ich jakaś heka-tomba wojny - w miarę swojego rozwoju nie ulegają homogenizacji, lecz odwrotnie - ich zróżnicowanie staje się coraz bogatsze. Dlatego zamiast o obronie i lęku przed zagrożeniami, zasadniej jest mówić o wielokulturowości, która stymuluje rozwój cywilizacyjny i wyzwala - także poprzez konkurencyjność i polifonię głosów - witalność poszczególnych kultur.

Jak rozumieć w kontekście wspólnego życia na pograniczu postulat obrony odrębności kulturowej? Jeśli miałby to być postulat wartościujący, czyli za cenne w kulturze uznający to, że nie ulega ona jakimkolwiek „zachwaszczeniem", czy, co gorsza, zmieszaniu z innymi, to muszę przyznać że wszystkie kultury, które znam, od polskiej poczynając, a na kulturze pogranicza kończąc, poniosły na tym polu sromotną klęskę. Weźmy choćby tak inną i, bywało, zamkniętą w getcie kulturę, jak żydowska. Muzyka klezmerska to doskonała kontaminacja elementów tradycyjnej muzyki ukraińskiej, rumuńskiej, białoruskiej, rosyjskiej, cygańskiej, polskiej... Klezmerzy nie tylko „ściągali" od sąsiadów, ale byli biegli w ich rodzimym repertuarze, bo zarabiali na życie grając nie tylko na żydowskich weselach, także u „gojów". Poszukiwacze śladów tej muzyki po Zagładzie, odnajdywali je w Karpatach, pieczołowicie przechowane i dalej grane przez muzyków cygańskich. W przejmującym filmie dokumentalnym Śnita mi się Hana..., zrealizowanym przez Mikołaja Wawrzeniuka i Jerzego Leszczyńskiego, białoruscy mieszkańcy wsi Narewka we wschodniej Polsce śpiewają zapamiętane pieśni ich dawnych sąsiadów w języku jidysz. Profesor Kazimierz Feleszko, Bukowińczyk urodzony w Czerniowcach, znał jidysz, ukraiński, rumuński... nie ze szkoły bynajmniej, a z ulicy, od swoich rówieśników. O jakiej odrębności możemy tu mówić, o jakim zamknięciu w getcie? Prawdą jest, że mówimy o muzyce klezmerskiej czy pieśniach żydowskich jako o odrębnym stylu muzycznym czy nurcie w kulturze, który wytworzył własny, niepowtarzalny charakter. Tyle, że stało się tak nie dlatego, że strażnikom czystości kulturowej udało się uchronić ową specyfikę i wyjątkowość przed obcymi wpływami, a wręcz odwrotnie - dlatego, że życie stwarzało możliwość spotkania, dialogu, wymiany i stopu różnych elementów, dzięki czemu kultura żydowska, tak jak wiele innych na wschodnich pograniczach Europy, miała w sobie niesamowitą witalność, potencjał rozwojowy (ciekawy inności) i przekaz kulturowy sięgający poza własną grupę narodową czy religijną, czego najlepszym dowodem jest fakt, że ta kultura żyje w miejscach, gdzie nie ma już tych, którzy ją stworzyli.

Może najbardziej niepokojącym pojęciem z przywołanego przeze mnie wcześniej „obronnego", a przez to w jakimś sensie negatywnego określania wielokulturowości, jest „autentyczność" kultury. Czasami jej obrońcy koncentrują się na zagadnieniu „komu wolno, a komu nie wolno uprawiać daną kulturę".

W tej dziedzinie istnieją strefy większego i mniejszego zniewolenia. O ile bowiem Japończykowi może się udać zostać uznanym za „autentycznego" wykonawcę muzyki Chopina, to już gadzio grający muzykę cygańską, albo goj grający muzykę żydowską na pewno „autentyczni" nie są. Kiedyś podobnie było z jazzem, ale dziś z pewnością nikt nie będzie twierdził, że skoro Tomasz Stańko genialnie gra jazz na trąbce, to musi być Murzynem. Czas robi swoje, co w kulturze oznacza zwycięstwo autentycznego przekazu nad każdą formą jego zideologizowania. Innym aspektem zawłaszczania pojęcia autentyczności przez koryfeuszy „poprawności kulturowej" jest takie jej rozumienie, które sprowadza się do afirmacji niezmienności w kulturze. Kultura, która otwiera się na zmiany, przestaje być pierwotną, czytaj - traci swoją autentyczność. W ostatnich latach, tak w Polsce jak i w świecie, organizuje się całą masę festiwali „autentycznej" muzyki etnicznej, odpowiadając w ten sposób na głód pierwotności u wykorzenionych mieszkańców post-modernistycznych metropolii. Atrakcją bowiem tych imprez już nie tylko jest to, że muzykę cygańską wykona autentyczny Rom, ale przede wszystkim to, że będzie to muzyka pierwotna. W tym celu menadżerowie festiwali przeszukują najodleglejsze zakątki świata przywożąc z nich śpiewaków, muzyków, czasem tancerzy czy mistrzów sztuk walki. W rzeczywistości coraz częściej zdarza się tak, że przejmują ich „w trasie", bowiem zdobywszy na Zachodzie stawę swym kunsztem, ludzie ci znajdują się w „obiegu festiwalowym", co często kończy się przyjęciem przez nich nowego stylu życia i coraz luźniejszym związkiem z rodzinną wioską. Nie wszyscy potrafią się do tej zmiany zaadaptować, co często kończy się osobistym dramatem, ale wiele jest też przykładów na to, że fuzja tradycyjnej kultury ze światem nowoczesnej metropolii zaowocować może artystycznym geniuszem i nową ścieżką rozwoju. Istotne jest to, że zmiana dla tych ludzi, nieodwracalna, zaczyna się już w momencie przyjęcia przez nich zaproszenia na festiwal odbywający się w innym świecie, odległym o tysiące kilometrów. Na ironię zakrawa fakt, że często festiwale te w swojej misji głoszą obronę kultur pierwotnych, zagrożonych przez globalizację. Potem jest już tylko coraz więcej nieautentyczności, bowiem na scenach festiwalowych wykonywana jest muzyka, która nie została dla nich stworzona, której naturalnym środowiskiem jest religijny rytuał, kalendarz rolniczy, obrzęd weselny czy pogrzebowy, podział na świat żeński i męski... Mimo wszystko jednak to, co początkowo jest sztuczne, nie musi pozostać takim na zawsze, a podróż ludzi z odległych prowincji świata do nowoczesnych metropolii (podobnie jak i w odwrotnym kierunku) może stać się żywym ogniwem w budowaniu tkanki społeczeństwa wielokulturowego. Prawdą jest bowiem i to, że podróż, niosąca ze sobą nieodwracalną zmianę, zawsze była immanentną częścią kultury, także w społecznościach tradycyjnych czy pierwotnych, o czym zdają się nie chcieć pamiętać rzecznicy tezy o niezmienności kultury, będącej rzekomo gwarantem jej autentyczności. Dane mi było poznać od wewnątrz życie społeczności uznawanych za zamknięte, które przechowały w żywej formie pierwociny starowiecznej kultury, takich jak staroobrzędowcy. Cyganie, Lapończycy, Gagauzi czy Samarytanie. Zawsze spotykałem się tam ze świadectwami przekraczania granicy swojego świata, udziału w wojnach, podążania szlakami handlowymi, mieszanych małżeństw, gościny oferowanej obcym. Nigdy natomiast nie zdarzało się tak, żeby świadectwa te zostały przemilczane, aby nie pozostawiły one śladu w tubylczej kulturze. Przeciwnie, to właśnie przebywając w tych tradycyjnych społecznościach, najsilniej doświadczałem kultury, która tworzy się i rozwija w dialogu, w reakcji na spotkanie z innym światem.

"Ita comparatam esse hominum naturam omnium, aliena ut melius videant et diiudicent quam sua. Natura już tak to urządziła, że ludzie lepiej wiedzą i oceniają cudze sprawy niż swoje własne."

To ponownie mądry Terencjusz. Wystarczy wczytać się w rozmowy zawarte w tej książce, aby przekonać się, jak aktualna jest jego myśl, a tak po prawdzie o tym, jak bardzo niezmienna jest ludzka natura. Z tych dialogów międzykulturowych dowiadujemy się, owszem, wiele o innych kulturach, ale przecież także bardzo wiele o nas samych, warszawiakach, Polakach. Jakże bylibyśmy ubożsi bez tej - zdającej nam się czasem zbyt afirmatywną, czasem zbyt krytyczną, ale zawsze trochę inną - perspektywy spojrzenia z innego „kąta nachylenia". Jak wiele tracimy ciągle zbyt rzadko i w zbyt małym zakresie stwarzając szansę, by ta perspektywa mogła być obecna na naszej miejskiej czy krajowej agorze. Mówienie o tym, że zróżnicowania kulturowego potrzebują nie tylko mniejszości, imigranci i wędrowcy, lecz także tubylcza większość, zakrawa na banał, ale nigdy dość przypominania o tym. Tym bardziej, że w Europie niebezpiecznie upowszechniło się takie rozumienie wielokulturowości, które podkreśla naiwną dobroduszność tubylczej większości, pozwalającej korzystać ze swoich zdobyczy cywilizacyjnych obcym, często niewdzięcznym przybyszom. Takie ujęcie sprawy to doskonały przykład tego, że ograniczenie do własnej tylko perspektywy widzenia rzeczywistości, wcale ani do niej, ani do prawdy nie zbliża. Przekształcenie tego monologu w dialog uświadomiłoby Europejczykom, że wielu imigrantów pochodzi z krajów kolonialnych albo z państw zdradzonego w Jałcie przymierza. Jak i to, co może najbardziej jest wypierane z europejskiej pamięci zbiorowej, że mianowicie pierwsze fale imigracji po 1945 roku zostały zainspirowane i były przyciągane przez kraje zachodnioeuropejskie, potrzebujące na gwałt siły roboczej, by odbudować zrujnowany wojną kontynent, zrujnowany - dodajmy - bynajmniej nie przez obcych, przybyłych spoza europejskich limes barbarzyńców. Przestroga, aby nie budować europejskiego poczucia wspólnoty w oparciu o negatywny wizerunek „Innego", połączony z mitologizowaniem własnej zbiorowej przeszłości, jest szczególnie aktualna w obliczu przybierającego na sile zjawiska, nazywanego przez Timothy Gartona Asha „euronacjonalizmem", czyli próbą „przeniesienia nacjonalistycznych schematów politycznej tożsamości na poziom Europy".

Wielokulturowość jest pochwałą różnorodności, ale nie za wszelką cenę. Może nas cieszyć bogactwo kulturowe naszego miasta, ale nie możemy zmuszać ludzi, aby dla naszej satysfakcji poświęcali się pielęgnowaniu swojej osobnej kultury. Powinniśmy być świadomi, że może to grozić powstawaniem nowych gett kulturowych. Podobnie jest z tradycją - dobrze, jeśli udaje sieją w tej czy innej formie ocalić i znaleźć naturalny sposób dla jej żywotności w środowisku nowoczesnej cywilizacji. Bywa jednak, że łatwo udaje się ją zideologizować, co pociąga za sobą okopywanie się w ortodoksyjnej twierdzy przed światem obcych, którzy na każdym kroku zagrażają jej czystości. Ten swoisty skansen kulturowy jest atrakcyjny zarówno dla rodzimych fundamentalistów, jak i turystów spragnionych kontaktu z „pierwotnością". Sam mieszkam w regionie atrakcyjnym turystycznie i na własnej skórze czuję presję agencji turystycznych (oczywiście jeszcze bardziej czują ją lokalni samorządowcy, architekci czy przedsiębiorcy), które chciałyby - w imieniu swoich klientów - aby budowany przeze mnie dom byt jeszcze jedną kopią „tradycyjnego" budownictwa, podczas gdy ja, podobnie jak moi sąsiedzi, czuję potrzebę zmiany, innowacyjności, eksperymentu czy kontrowersji, jednym słowem wszystkiego, co sprawia, że kultura, w której jestem zanurzony, pozostaje żywa. Oczywiście miłośnicy tradycji i innowatorzy to nie muszą być dwa osobne, zwalczające się światy. Sam należę do tych, którzy starają się zbudować między nimi most, ale taka postawa rzadko spotyka się ze zrozumieniem ze strony kulturowych ortodoksów.

Biorąc powyższe pod uwagę, przekonujemy się, że nie mała to sztuka tak praktykować wielokulturowość we współczesnej metropolii, by uczynić z niej etos wspólnotowego życia w coraz bardziej zróżnicowanym kulturowo społeczeństwie. Przy nasilających się konfliktach kultur i nieubłaganych prawach rynku, dla którego turystyka kulturowa staje się coraz poważniejszą dziedziną obrotu zysków, nie jest wcale łatwo pozostawić miasto/ wspólnotę nie w rękach ideologów kulturowych czy turystów (choć przecież nie chodzi tu o postulat ich odstraszenia, raczej o inną ofertę niż „skansen kulturowy"), a mieszkańców po prostu, którzy z codziennych dialogów między kulturowych i świąt afirmujących spotkanie z innością, budować będą tkankę autentycznego współistnienia. Patrząc z tej perspektywy jeszcze bardziej uwidacznia się wręcz uwalniająca rola sztuki kontaminacji oraz wolnego od pustej retoryki minimalizmu w tworzeniu tożsamości miasta, które szansę spełnienia cywilizacyjnych aspiracji mieszkańców dostrzega w otwartości i gościnności. W tym sensie, młoda i radosna wielokulturowość współczesnej Warszawy powinna być odczytywana niejako łatwa i powierzchowna koncepcja marketingowa, lecz jako strategia rozwojowa, umiejętnie wykorzystująca moment dziejowy i potencjał, który niesie ze sobą kulturowe zróżnicowanie.

Homo sum; humani nil a me alienum puto. Jestem człowiekiem, więc nic, co ludzkie, nie jest mi obce. Ta słynna sentencja Terencjusza pochodzi z tej samej komedii, co wszystkie inne przytaczane przeze mnie wcześniej - w przekładzie Ewy Skwary jej tytuł brzmi Za karę (Heauton Timorumenos). Za swoje credo uznają nie tylko renesansowi humaniści, także współcześni kosmopolici, tacy jak Kwame Anthony Appiah. Dla tych drugich ważniejszy od tradycji europejskiego humanizmu jest kontekst, w jakim słowa te zostały wypowiedziane w sztuce rzymskiego filhellena. Oto spotykają się ze sobą dwaj sąsiedzi, Menedem i Chremes, znający się całkiem od niedawna. A ponieważ - ich zdaniem - „sąsiedztwo jest w pewnym sensie rodzajem przyjaźni", rozmowa pomiędzy nimi od razu przybiera ton poufały. Chremes szczerze i bez zbędnych celebracji mówi, że nie podoba mu się sposób postępowania Menedema, któremu uważnie się przypatrywał z dystansu sąsiedztwa. Chodzi mu o to, że Menedem zbyt dużo pracuje, dosłownie zamęcza się ponad siły sześćdziesięcioletniego człowieka, podczas gdy jest osobą majętną, posiadającą wielu niewolników. Dostrzega także, że ta praca wcale nie przynosi mu przyjemności, na co zaskoczony Menadem odpowiada pytaniem:

"Chremesie, czy masz tak dużo wolnego czasu, że troszczysz się o to, co ciebie nie dotyczy?"

I wtedy właśnie padają słowa Chremesa:

"Cóż, jestem człowiekiem, więc nic, co ludzkie, nie jest mi obce. Moje uwagi uznaj za troskę albo za ciekawość."

Wielokulturowość, o której tu myślimy, nie jest archipelagiem osobnych, niekomunikujących się ze sobą wysp. Nie chodzi w niej o pozostawienie każdego „Innego" w spokoju (czytaj: samemu sobie), w imię szlachetnej zasady respektowania prawa każdego do odrębności. Nie tylko o to. Także o zagajenie rozmowy, przejęcie się losem sąsiada, poświęcenie czasu na zainteresowanie się nim, na dzielenie z nim współodpowiedzialności za życie razem. W sposób najbardziej naturalny rozmowę zagaja ciekawość i plotka. Jak w tej książce o wielokulturowej Warszawie, w której troskliwi warszawiacy ciągną za języki innych warszawiaków, wścibiając nos w nie swoje sprawy, a są to przecież Wszystkie nasze dzienne sprawy... Bo Wielokulturowość powinna wyrażać przede wszystkim człowieka, zarówno poprzez szacunek dla jego inności, jak i respektowanie jego wolności wyboru, żeby to, co ludzkie, nie było nam obce. Właśnie dlatego nie powinniśmy pozostawiać siebie samych w wielogłosie różnych tradycji i wartości, lecz pomóc sobie w znalezieniu wspólnego gruntu pod nogami. Terencjusz chce nam powiedzieć, że, wprawdzie sąsiedzka wścibskość może być denerwująca, ale czymś nieporównanie gorszym jest sąsiedzka obojętność. Warto zatem posłuchać, co dalej miał do powiedzenia Chremes Menedemowi:

"Jeśli wszystko u ciebie w porządku, to okazuje się, że jestem tylko wścibski, jeśli zaś nie, to chcę ci wyperswadować taki sposób na życie."

Krzysztof Czyżewski


Komentarze:

Dodaj swój komentarz:

Imię i nazwisko:*

Adres e-mail:*

Treść:*

ładowanie...

Kod z obrazka:*

 

 pola oznaczone * są wymagane

Szukaj na stronie

LATO W POGRANICZU 2019

Od września Dwór w Krasnogrudzie czynny od poniedziałku do piątku od 10.00 do 16.00.

W soboty i niedziele po uprzednim kontakcie telefonicznym

Bożena Bartosiewicz: tel. 603 123 743

PROGRAM

 

Koncert Finałowy Orkiestry - Lato w Pograniczu 2019. Galeria zdjęć


IRENA VEISAITĖ

Człowiek Pogranicza 2019

 

Orkiestra Klezmerska Teatru Sejneńskiego

Kup płytę Orkiestry

Rodzinne Skarby. Kolekcja Filmowa. 2019

 

 

WYSTAWY

 

 

 

Oferta edukacyjna

Darowizny uzyskane przez Fundację Pogranicze

W związku z otrzymaniem darowizn, na podstawie art. 18 ust. 1f, pkt 2 ustawy z dnia 15 lutego 1992 r. o podatku dochodowym od osób prawnych (Dz. U. z 2011 r. Nr 74, poz. 397, ze zmianami), Fundacja Pogranicze podaje do publicznej informacji, że łączna kwota uzyskana z tego tytułu w okresie od 01.01.2018 r. do 31.12.2018 r. wyniosła 66.006,31 zł.

W 2018 roku Fundacja uzyskała również kwotę 16.106,30 zł w formie wpłat z 1% podatku oraz 5.131,31 z tytułu zbiórki publicznej nr 2018/2901/OR.

Otrzymane darowizny Fundacja Pogranicze w całości przeznaczyła na realizację działań statutowych.

Towarzystwo Inwestycji Społeczno – Ekonomicznych S.A. w Warszawie udzieliło nam pożyczki na zamknięcie inwestycji oraz pomogło zorganizować montaż finansowy przy współpracy z Polskim Bankiem Spółdzielczym w Ciechanowie dla zapewnienia pełnej płynności przy prowadzeniu inwestycji związanej z rewitalizacją zabytkowego kompleksu dworskiego w Krasnogrudzie, w którym powstaje Międzynarodowe Centrum Dialogu.

www.tise.pl

Informacja o plikach cookies

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

"Biuletyn Pogranicza" w Twojej skrzynce

INFORMACJA O POLITYCE PRYWATNOŚCI