"Zatruta studnia", Edwin Bendyk

Nieznośna śmieszność bytu 
Sejny - kompleks Atlantydy 

Senne małe miasteczko położone na północno-wschodnich rubieżach Polski, tuż przy granicy z Litwą. W lutym 2002 roku odbywało się w tamtejszej Fundacji „Pogranicze” Środkowoeuropejskie Forum Kultury. Organizatorzy jako kwaterę wskazali mi Dom Litewski, w którym oprócz hotelu mieści się konsulat Republiki Litewskiej oraz kaviné, litewska restauracja. Najeść się w niej można do syta słynnych kartaczy (lub jak mówią Litwini, cepelinów), kiszki ziemniaczanej, soczewiaków. Kelnerki płynnie przełączają się z litewskiego na polski, w zależności od życzenia klienta, oba języki swobodnie mieszają się w przytulnym wnętrzu, przypominając o wielonarodowych korzeniach Sejn. Sielska atmosfera może zwieść nieświadomego przybysza z zewnątrz, codzienna atmosfera daleka jest od idylli. W Sejnach ciągle obecne są emocje, słabe echo dramatycznej historii tego regionu. Warto pamiętać, że w 1918 roku trwała tu regularna wojna domowa, dawni sąsiedzi stanęli naprzeciw siebie z bronią, odkrywając, że nie są już przyjaciółmi, ale Polakami i Litwinami. Broń już dawno zmurszała od rdzy, ale różne drobne szykany i wzajemne złośliwości przypominają, jak trudna w realizacji jest idea wielokulturowości.


Pierwszego dnia Forum w budynku synagogi, który szczęśliwym trafem przetrwał dziejowe burze, wystawiane są Kroniki sejneńskie. Gaśnie światło, reflektory oświetlają tylko rozłożoną na wielkim stole makietę miasta - wykonane z gliny modele domów przypominają, jak Sejny wyglądały tuż przed wojną. Wokół stołu gromadzą się dzieci-aktorzy, rozpoczyna się przedstawienie - misterium przenoszące widzów do dawnych Sejn. 

Poznajemy mieszkańców kolejnych posesji, dowiadujemy się, kto piekł chleb, a kto był rzeźnikiem, jak wyglądały litewskie zaślubiny i szabas u sejneńskich Żydów. Mieszają się języki: polski, litewski, jidysz, świat wiruje tak, jak wirowało życie w przedwojennych Sejnach, mieście wielu narodów żyjących zgodnie obok siebie. Żydzi, Polacy, Litwini mieszkali tu razem, żenili się, płodzili dzieci i umierali, piekli dla siebie chleb, bawili się. Aż przyszedł dzień, kiedy ta cywilizacja zgasła jak świece na zakończenie przedstawienia. 

Dziecięcy spektakl był zwieńczeniem większego projektu o nazwie Kroniki sejneńskie, realizowanego przez Fundację „Pogranicze”. W jego ramach powstała piękna monografia Sejn, również pod tytułem Kroniki sejneńskie. Zawiera ona dorobek poszukiwań, jakie prowadziły dzieci z Sejn, starając się odkryć losy mieszkańców miasta, uwiecznionych na starych fotografiach. 

To przedsięwzięcie jest jednym z ćwiczeń pamięci, próbą przypomnienia, że nasza współczesność zbudowana jest na cywilizacji, o której wszyscy coś wiedzą, ale z zakłopotaniem odwracają się od niej, nie wiedząc, co z tą pamięcią uczynić. Czy nie prościej byłoby, tak jak z komputerowym twardym dyskiem, po prostu wykasować to, co już dawno nie istnieje? 

Krzysztof Czyżewski, główny animator „Pogranicza”, jest odmiennego zdania. Nasza tożsamość nie może być tworzona ex nihilo, w narodowym jednogłosie i niejako obok tego, co istniało tutaj dawniej. Tożsamość bowiem rodzi się z pełnego zanurzenia w miejscu nam przeznaczonym jako całość, a więc odpieczętowanym, dostępnym do samego środka, pisze w Kompleksie Atlantydy... 

Czyżewski przyjechał do Sejn wraz rodziną i przyjaciółmi w 1991 roku, wcześniej współtworzył między innymi legendarny teatr w Gardzienicach oraz był redaktorem poznańskiego „Czasu kultury”. W końcu, jak wyznaje, znużyło go obracanie się wśród idées générales, chciał podjąć konkretne działania, w konkretnym miejscu naznaczonym historią, dobrym do uprawiania archeologii pamięci. Miejscem idealnym okazały się Sejny, gdzie „Pogranicze” zagospodarowało budynek synagogi, a po ponad dziesięciu latach działalności wprowadziło się do wyremontowanego z niezwykłym smakiem i uczuciem budynku dawnej jesziwy. 

To miejsce jedyne w swoim rodzaju. Znajdują się tu bogate archiwa dotyczące kultury Europy Środkowej i zamieszkujących je narodów (zarówno dzisiaj, jak i w przeszłości). W niezliczonych regałach, kufrach, jak również w wersji nowoczesnej, na dyskach panoszących się w siedzibie fundacji komputerów zgromadzona jest unikatowa wiedza o cywilizacji, która tak jak mityczna Atlantyda zniknęła pewnego dnia z powierzchni ziemi. Są tu tysiące płyt z muzyką, pocztówki sprzed dziesiątków lat, czasopisma, książki, a nawet archiwa prywatne - swoje skarby przekazał „Pograniczu” między innymi Jerzy Ficowski. 

Sejneńska jesziwa jest dla chętnego poszukiwacza niczym brama do innego świata. Ale uwaga! Wyprawy do niej to nie wycieczki z Club Med lub innymi biurami podróży gwarantującymi zawsze słoneczną pogodę oraz satysfakcję. Celem tych wypraw jest trudny proces przywracania pamięci, operacja przeciwstawna lobotomii, jakiej poddawano mieszkańców Europy Środkowej przez lata komunizmu. To zabieg niezwykle bolesny - przekonaliśmy się o tym, kiedy Czyżewski wydał Sąsiadów Tomasza Grossa. Niewinna, niewielkich rozmiarów książeczka wywołała lawinę, jakiej nie spowodowała nawet przed kilkunastu laty emisja filmu Shoah Claude’a Lanzmanna. 

Na pytanie, dlaczego robi to, co robi, Czyżewski odpowiada w Kompleksie Atlantydy: ...Istnieje głęboki sens w tym, aby zgłębić fakt zagłady starej cywilizacji jako całości. Świadomość końca świata, który dokonał się niemalże na naszych oczach - bądź też tuż przed naszymi narodzinami - którego poświatę jeszcze ciągle można dostrzec, to początek naszej drogi ku naszej środkowoeuropejskiej tożsamości. I nie bójmy się miana nowych barbarzyńców. W dużej mierze odpowiada ono prawdzie, niezależnie od tego, czy ci, którzy żyli przed nami, mówili tym samym, czy też zupełnie innym językiem. Wraz z barbarzyńcami przychodzi nie tylko zniszczenie, lecz także potencjał nowego życia. 

Kolejne numery pisma „Krasnogruda”, kolejne tomy biblioteki Meridian, przedsięwzięcia artystyczne, badania terenowe dowodzą, że idea Europy Środkowej to pewna całość, w której musi zmieścić się i nikczemność, i wielkość, nie sposób ich odseparować. Kondycja środkowoeuropejska to zarówno przekleństwo, jak i jedyny sposób świadomego bycia w świecie. Próba jej odrzucenia to zgoda na jednoczesny zabieg lobotomii i kastracji, skazanie się na jałowość w zamian za iluzję spokojnego życia. 

Doskonałą metaforą środkowoeuropejskiego losu, daremności przeciwstawiania się mu i nieskuteczności wszelkich prób zapominania jest wydana przez „Pogranicze” książka Dudni kamień, dudni... Węgra Istvána Szilágyiego. Ilka Széndy, młoda samotna właścicielka niewielkiego majątku w Siedmiogrodzie, zakochuje się w Denesu, wieśniaku zatrudnianym do pracy w winnicy. Beznadziejna miłość dobiega dramatycznego końca, gdy dziewczyna dowiaduje się, że Denes chce wyjechać „za chlebem” do Ameryki. Nie pozwala mu uciec, podczas ostatniej wspólnej nocy przebija mu serce nożycami, a ciało wrzuca do wyschniętej studni. Potem próbuje tę studnię zasypać znoszonymi zewsząd kamieniami. Co będzie, jeśli źródło któregoś dnia wybije? Obsesja zamienia się w szaleństwo, zsypywane do studni kamienie dudnią nieprzerwanie, źródło zostało jednak zatrute, a miazmaty rozchodzą się po okolicy. Majątek pogrąża się w chaosie, w końcu Ilkę spotyka śmierć. 

Koncepcja środkowoeuropejskości, jaką urzeczywistnia „Pogranicze” to jednak znacznie więcej niż przypalanie rozgrzanymi szczypcami świadomości filistrów, przekonanych, że uda im się wśliznąć do historii tylnym wejściem, zostawiając śmierdzący bagaż przed drzwiami. Czyżewski pokazuje również to, co w idei Europy Środkowej wielkie, co przeniknęło do uniwersalnej, światowej kultury i wiąże się zarówno z takimi nazwiskami, jak Czesław Miłosz, Paul Celan, Joseph Roth, Isaac Bashevis Singer, Mircea Eliade, jak i Andy Warhol, Jonas Mekas, Tristan Tzara oraz setki innych wybitnych artystów, pisarzy, filozofów, których sukces i wielkość jest w dużej mierze wynikiem zastosowania w procesie twórczym środkowoeuropejskich kodów. W ten sposób zostaje zakwestionowana peryferyjność Europy Środkowej, a szerzej sensowność podziału świata na centrum i peryferie w ogóle, bo podział taki wynika z dyskursu dominacji, a nie dialogu, z przekonania o bezwzględnej wyższości własnej tradycji i własnych racji. 

Medzilaborce - Andy Warhol i Matka Boska 

Doskonałą ilustracją przełamywania kompleksu peryferyjności są oddalone o siedemset pięćdziesiąt kilometrów na południe od Sejn słowackie Medzilaborce. Do tego sześciotysięcznego miasteczka wjeżdża się od południa, od strony Humennego, szeroką drogą, której wątpliwą ozdobą są stare żółte latarnie z podoczepianymi „szczekaczkami” - głośnikami w dawnych latach służącymi do transmisji głosu władzy ludowej do uszu ludu. Nie tylko głośniki przypominają o starych czasach, tu w ogóle czas jakby stanął w miejscu. Te same sklepy co piętnaście lat temu, a w sklepach te same co wtedy towary, z podobnymi etykietami i w podobnie niewielkim asortymencie. Może nawet jest gorzej, bo widać, że wiele interesów upadło, a bezrobocie jest wielkie. 

Medzilaborce to najbrzydsze miasto, jakie można sobie wyobrazić. Wspomniana droga z Humennego wiedzie wzdłuż szarych, nieciekawych budynków, by w pewnym momencie wyprowadzić na dwa niezwykłe okazy architektury. Jeden wznosi się na wzgórzu i króluje nad okolicą - to neoklasycystyczna cerkiew prawosławna. Nieco wcześniej, po prawej stronie, rozpościera się olbrzymia biała bryła, przy której stoją dwie duże puszki z etykietami od zupy Campbell, a napis oznajmia, że w budynku mieści się muzeum sztuki współczesnej rodziny Warholów. 

Dalej droga przekształca się w ulicę Andy’ego Warhola, przy której stoi jeszcze kilka sklepów, dawny dom towarowy ozdobiony socrealistyczną mozaiką, poczta, hotel. Ulica rozwidla się, dając możliwość dotarcia do granicy z Polską na dwa sposoby: dawnym Traktem Węgierskim, przez przełęcz Beskid do Jaślisk, albo przez Palotę do Radoszyc. Oba przejścia są niedostępne dla samochodów, można jednak sforsować je na piechotę lub na rowerze. Ostatnia możliwość ucieczki z Medzilaborzec to pociąg, który przedostaje się do Polski tunelem pod Przełęczą Łupkowską i dalej przez Komańczę dociera do Sanoka. 

Gdy po raz pierwszy trafiam do Medzilaborzec, powietrze faluje od trzydziestopięciostopniowego upału. Wymarłymi ulicami od czasu do czasu przemyka stara škoda, ludzie chowają się po domach lub zalegają w kilku dosyć obskurnych barach. Zestaw podstawowy gwarantujący przetrwanie spiekoty to pięćdziesiątka śliwowicy i kufel piwa šariš. Wśród klientów dominują Romowie, 30 procent mieszkańców miasta to właśnie oni. Oprócz Romów w Medzilaborcach mieszkają Rusini i Słowacy. Ponadto jest tu stale obecny duch Andy’ego Warhola. 

Andy Warhol nigdy na Słowacji, ani tym bardziej w Medzilaborcach, nie był. Ale z pobliskiej wioski Mikova wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych jego rodzice i do dziś żyją w niej bliżsi i dalsi krewni twórcy pop-artowej rewolucji. 

Gdy prawdę o pochodzeniu Warhola odkrył Michal Bycko, doktor pedagogiki i teoretyk sztuki, a ponadto Rusin, zapragnął zorganizować w Medzilaborcach muzeum wielkiego „rodaka”. Starania podjął jeszcze w ostatnich latach komunizmu, ale wówczas nie miały szansy powodzenia. Cel został osiągnięty w 1991 roku, kiedy przecięciem wstęgi w obecności brata Andy’ego Warhola, Johna, zainaugurowano działalność obiektu, pierwszego na świecie muzeum poświęconego twórcy pop-artu. Bycko był również twórcą Rusinskiej Obrody, jednej z powstałych po 1989 roku niezależnych organizacji rusińskich. 

Kim są Rusini? - pytam Byckę. Narodem, którego za kilkadziesiąt lat już nie będzie, odpowiada. Wcześniej, do 1989 roku, Rusini oficjalnie nie istnieli, byli traktowani przez władze jako mniejszość ukraińska. Świadomość rusińskiej odrębności przetrwała jednak, a oficjalne statystyki z 1993 roku mówią, że na Słowacji mieszka blisko dwadzieścia tysięcy Rusinów (nieoficjalnie mówi się nawet o stu dwudziestu pięciu tysiącach). Bycko wyjaśnia: Są wsie, gdzie w ankietach 100 procent mieszkańców deklaruje, że są Słowakami. A w rzeczywistości wszyscy rozmawiają po rusińsku, tylko że im ta świadomość do niczego nie jest potrzebna. Rusini mieszkają także w Polsce (to część naszych Łemków, którzy odrzucają przynależność do narodu ukraińskiego) i na Ukrainie, gdzie ich odrębność nie jest uznawana. 

Bycko dystansuje się od tradycyjnych działaczy mniejszościowych, z których zdecydowana większość to jego zdaniem dawni agenci bezpieki, a którzy dziś nie potrafią wymyślić nic nowego, oprócz upartego kultywowania sztuki ludowej i tradycyjnej symboliki. A tymczasem Rusini mają taki skarb jak Andy Warhol. 

Bycko pokazuje ekspozycję, muzeum dysponuje kilkunastoma oryginalnymi pracami artysty, jak również egzemplarzami produkcji jego matki, brata i bratanka. Poza tym jest tu całe mnóstwo relikwii: sukienka, w jakiej Warhol był podawany do chrztu, okulary Andy’ego, skórzana kurtka, marynarka. Andrzej Stasiuk, który w czasie swych środkowoeuropejskich peregrynacji trafił i tu, napisał: A w szklanej gablocie wisi jego kurtka z hadovej kozy, czyli wężowej skóry. Nie mogłem uwierzyć, że był tak drobny i szczupły. Jak dziecko. Dwie szare wełniane marynarki przypominały dziecięce komunijne garnitury. W rodzinnych papierach nie nazywał się nawet Andriej, ale Ondriej. To imię w żaden sposób nie pasowało do jego walkmana, do jego aparatu fotograficznego. Pewnie dlatego przez całe amerykańskie życie mówił, że jest człowiekiem znikąd. 

Bycko pracowicie dokonuje dekonstrukcji klasycznego, zrodzonego w Ameryce mitu Warhola, tak by można go było przepisać w dostępnym dla wrażliwości Rusinów kodzie, a jednocześnie nie stracić pop-artowej istoty Dzieła Artysty. Sztuki nie trzeba ruszać, nie jest groźna. Lepiej nawet odwrócić sytuację i pokazać, że można w niej znaleźć tutejsze inspiracje. Jakie, pytam. Widać wyraźnie, że Warhol tworzył pod wpływem sztuki ikony, wyjaśnia Bycko. Dowodzi tego sposób idealizacji postaci na obrazach, użycie barw. Ponadto instalacje Warhola przypominają konstrukcję ikonostasu. 

Hierarchia centrum - peryferie została odwrócona, to Rusin-Warhol skolonizował barbarzyńską Amerykę, dokonał na niej symbolicznego gwałtu, narzucając nowy sposób ekspresji ducha, mający źródło w rusińskich, a szerzej słowiańskich pokładach duchowości i kultury. Źródeł inspiracji można dopatrzyć się nie tylko w dziele Warhola, ale i w jego prawdziwym życiu osobistym (tu z kolei następuje dekonstrukcja mitu Warhola na potrzeby Rusinów). 

Otóż Warhol regularnie uczęszczał do cerkwi, a jego modlitewnik jest wręcz zaczytany. Z matką, która zmarła kilka lat przed nim, rozmawiał zawsze po rusińsku. Mitem w końcu jest jego rozwiązłość seksualna, a tym bardziej homoseksualizm - dokładne studia pokazują, że Warhol był raczej osobnikiem aseksualnym. Tak przetworzony Warhol może bez przeszkód wrócić w rodzinne strony. 

Obcować ze sztuką Andy’ego można w medzilaboreckim muzeum przez cały rok, korzysta z tej możliwości kilkanaście tysięcy osób, w dużej mierze Polacy. Lud rusiński woli czcić pamięć odzyskanego świętego podczas odbywającego się co roku festiwalu kultury rusińskiej imienia Andy’ego Warhola, który rozpoczyna się mszą w cerkwi greckokatolickiej. Po niej następują odczyty, prezentacje filmów Warhola, występy zespołów ludowych, a cały czas leje się piwo i smażą kiełbaski. Bycko brzydzi się ludycznymi elementami kultu artysty, ale wie, że nie może się im przeciwstawić. Wie również, że Muzeum Warhola w Medzilaborcach wygląda równie absurdalnie, jak gdyby stało na Marsie. To absurd na miarę rewolucji, jaką w sztuce dokonał Andy - jego powrót w rodzinne strony to ostatni happening, dowód, że być może nie umarł, ale - jak pisał Bohumil Hrabal - został wystrzelony rakietą w kosmos, by rozdawać coca-colę. 

Na pożegnanie Michal Bycko daje mi książkę swojego autorstwa: Nočné dialógy s Andym. Odczytuję dedykację, przy dacie nazwa miasta - Warholovce. 

Z chłodnego wnętrza muzeum wychodzę na rozpalony plac przed budynkiem. Biel stojącej na wzgórzu cerkwi oślepia jak samo słońce. Na murku pod rzucającą przyjazny cień lipą kilku młodych, rozebranych do pasa Romów rozpija butelkę palinki. Stara kobieta w czarnej sukni i chuście na głowie układa kwiaty u stóp kamiennego bizantyńskiego krzyża chroniącego się w cieniu z drugiej strony lipy. Ulicą Andy’ego Warhola idzie, podpierając się laską, staruszek. Drugą ręką prowadzi na sznurku czarną kozę. Przyglądają się temu dwie wielkie, czerwone puszki zupy pomidorowej Campbell. 


Frankfurt 

Frankfurt nad Menem, listopad 1999 roku, dziesięć lat po zburzeniu Muru Berlińskiego. Grupa dziennikarzy z Europy Środkowej, reprezentujących kraje od Estonii przez Polskę, Słowację i Czechy po Bułgarię słucha w siedzibie 

Europejskiego Banku Centralnego prelekcji o unii monetarnej i nadejściu euro. Rzecznik banku tłumaczy, że na naszych oczach dokonuje się najważniejszy etap europejskiej integracji, wymazywanie tradycyjnych symboli narodowego prestiżu: franków, marek, lirów. 

My też chętnie pozbędziemy się koron, forintów i złotówek, bo choć stały się po latach transformacji twardą walutą, ciągle przypominają o naszej barbarzyńskiej proweniencji. Kolega z Estonii pyta więc, co EBC sądzi o planach jego rządu, by jednostronnie wprowadzić euro. Rzecznik, zaskoczony pytaniem, zaczyna coś w pośpiechu wymyślać i mówić o Bośni i Hercegowinie, o słabości jej gospodarki, niepokojach, itp. Estończyk delikatnie przerywa: I am sorry, I am not from Bosnia, I am from Estonia. 

Is that any real differrence? - odpowiada wcale niespeszony urzędnik. 

Być może różnicy nie ma, być może jeśli patrzy się z Frankfurtu na wschód, krajobraz zlewa się w jedno, w egzotyczną mozaikę ludów i państw, z których każde z każdym prowadzi lub chciałoby prowadzić wojnę o granice, symbole, historię. Być może podejmujący nas urzędnik czytał właśnie Alvina i Heidi Tofflerów, guru amerykańskich republikanów, którzy piszą w Wojnie i antywojnie: Nacjonalizm to ideologia państwa narodowego, które jest wytworem rewolucji przemysłowej. Gdy więc społeczeństwa pierwszej fali, czyli społeczeństwa agrarne, rozpoczynają lub zamykają proces industrializacji, wymagają one narodowego ornamentu. Dawne republiki radzieckie, jak Ukraina, Estonia czy Gruzja, żądały uparcie samookreślenia i obstawały przy oznakach współczesności charakterystycznych dla dnia wczorajszego - przy własnych sztandarach, własnej armii, własnej monecie, które określały państwo narodowe w czasach drugiej fali, to jest w epoce przemysłowej. W świecie rozwiniętej technologii trudno jest pojąć motywy skrajnych nacjonalistów. Ich nadęty patriotyzm niejednemu wydaje się zabawny. 

My, Środkowoeuropejczycy, jesteśmy po prostu zabawni, a więc naszych pytań i problemów, naszych prób odnalezienia pokawałkowanej tożsamości nie należy traktować poważnie. Po co tracić czas, skoro Tofflerowie wszystko już wyjaśnili. Im szybciej to zrozumiemy, tym mniej czeka nas zabawnych nieporozumień. Ot, chociażby ta śmieszna historia, jaką wspomina Mykoła Riabczuk. W 1990 roku po raz pierwszy wyjechał do Stanów Zjednoczonych, gdzie wszyscy życzliwie pytali go, skąd pochodzi. Where are you from? - padało pytanie. From Ukraine - naiwnie odpowiadał Riabczuk. What? Bahrain? - dopytywał się zdezorientowany rozmówca i uspokajał dopiero wówczas, gdy uzyskał objaśnienie, że to jedna z republik ZSRR. Ah, Russia! - kwitował ubawiony incydentem Amerykanin, poklepując protekcjonalnie dzikusa zza oceanu. 

No dobrze, powiemy, Ukraina zakopana w bezmiarze imperium sowieckiego mogła umknąć uwadze świata, podobnie zresztą jak maleńka Estonia. Ale Polska, kraj, który wydał Jana Pawła II, Lecha Wałęsę i Solidarność? Nas nie można traktować niepoważnie. Z takim przekonaniem wkroczyłem w sierpniu 1988 roku na paryski dworzec, by wykupić miejscówkę w pociągu do Warszawy. Warszawa - il n’est pas ici. Varsovie? Pas aussi. Warsaw, Warschau - nasza stolica nie istnieje pod żadną postacią. Mam poczucie nieistnienia, chcę dostać się do kraju, którego nie ma w komputerach, tak jakby złośliwie wykasowała go z pamięci przetaczająca się przez Francję trzecia fala. Życzliwa kasjerka po kilkunastu minutach poszukiwań i konsultacjach z koleżanką znajduje rozwiązanie. Warszawy nie ma, ale są Kunowice, graniczna stacja między Polską a NRD. I drukując miejscówkę, próbuje mnie pocieszyć: Wie pan, to jest pociąg Paryż-Moskwa, więc w komputerze mamy wpisane tylko nazwy najważniejszych miejscowości. 

Z punktu widzenia paryskiej metropolii, Warszawa, Praga, Budapeszt były tylko, by użyć określenia czeskiego pisarza Josefa Škvoreckiego, prowincjonalnymi stolicami sowieckich guberni. Škvorecky nie pozostawiał sobie żadnych złudzeń: Orwellowski sowiecki but, depczący ludzką twarz - na wieki przydepnął twarz mojej ojczyzny, przynosząc z sobą finis Bohemiae jako kraju kultury zachodniej. Zastępując Bohemiae innymi nazwami otrzymywało się całkiem precyzyjny opis sytuacji i nastrojów. 

Cywilizacja zachodnia uciekała od nas coraz szybciej, w jej oczach nie byliśmy warci nawet odrobiny miejsca na twardym dysku. Kondycję taką białoruski publicysta i filozof Ihar Bubkau określa mianem ontologicznej próżni. Andy Warhol, pytany, skąd pochodzi, odpowiadał: znikąd. Kondycja środkowoeuropejska w 1988 roku to życie z wyrokiem z paragrafu 22. Jesteśmy Europejczykami, krzyczeliśmy, a w zamian dostawaliśmy do wypełnienia formularze, na których przeznaczona dla nas rubryka opatrzona była tytułem „reszta świata”. 


Powrót do historii 

Rok 1989 okrzyknięto rokiem Jesieni Ludów. Zaczęło się od naszego Okrągłego Stołu, potem nadszedł 4 czerwca. Dzień symboliczny, nazajutrz o miejsce na czołówkach gazet walczyły trzy wielkiej wagi wydarzenia. Nasze prawie wolne wybory, masakra studentów na placu Niebiańskiego Spokoju w Pekinie i śmierć ajatollaha Ruhollaha Chomeiniego w Iranie. Wydarzenia te narysowały trzy ścieżki rozwoju społeczeństw wyłączonych ze współczesnej cywilizacji, znajdujących się na peryferiach. 

My stwierdziliśmy, że rozwój bez demokracji i wolnego rynku jest niemożliwy. Chińscy komuniści pokazali zaś, że historią można kierować, że co być może jest dobre dla Polaków, nie musi odpowiadać Chińczykom. Chińscy władcy poprzez masakrę studentów wypowiedzieli się jednoznacznie w debacie o uniwersalizmie takich wartości jak wolność jednostki, prawa człowieka, demokracja. Strzały do bezbronnej młodzieży miały mówić światu: nie zapominajcie o chińskiej specyfice, pokażemy wam, że możemy być nowocześni nie przyjmując zachodnich wzorców. Wydarzenia w Chinach uśpiły również czujność wszelkiej maści sowietologów, którzy podobny scenariusz rozwoju zaczęli przewidywać dla Związku Radzieckiego, głosząc, że niemożliwy jest całkowity upadek tego molocha. 

Śmierć Chomeiniego otworzyła z kolei nowy rozdział niezwykle ciekawego eksperymentu irańskiego, w którym skrajna reakcja na modernizację prowadzoną przez szacha Rezę Pahlaviego polegała na ucieczce do fundamentalizmu oraz przywróceniu ustroju teokratycznego. Cała współczesna dyskusja o globalizacji, wolnym rynku, prawach człowieka polega na rozwijaniu któregoś z trzech wątków: liberalna demokracja - prorynkowy despotyzm - fundamentalizm. 

4 czerwca polskie wybory dały impuls do gwałtownego powrotu Europy Środkowej na scenę historii. Jako pionierzy najdłużej cieszyliśmy się uwagą świata, który przeraził się naszej wolności bardziej niż my sami. We wrześniu 1989 roku ruszyła do Francji jedenastoosobowa grupa dziennikarzy prasy podziemnej, les journalists de Solidarité, jak nas nazywano dla uproszczenia przekazu, choć zdecydowana większość znas z samą „Solidarnością” wiele wspólnego nie miała. Gościnnie przyjęła nas Wandea, prowincja, która dwieście lat wcześniej zasłynęła stawieniem oporu rewolucji. 

Teraz, w 1989 roku, barbarzyńcy u bram miasta, mieliśmy się cieszyć swoimi piętnastoma minutami sławy. 

My to Wy 

Lekcja była twarda, termin naszego pobytu zbiegł się z awanturą wokół Karmelu, czyli klasztoru sióstr karmelitanek, który istniał na terenie obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu wbrew porozumieniom międzynarodowym. Obecność Karmelu wywołała sprzeciw Żydów. Telewizja co chwila pokazywała, jak pracujący na terenie klasztoru robotnicy oblali protestujących wodą, głośno komentowano niefortunne wypowiedzi prymasa Glempa. Słynne stały się słowa premiera Izraela Szamira, który stwierdził, że Polacy wysysają antysemityzm z mlekiem matki. 

Klasyczna katastrofa public relations. Oto Polska wkracza triumfalnie na salony, zgodnie z planem Trzeciakowskiego wyciąga rękę po 10 miliardów dolarów pomocy i bęc! Nagle wszyscy widzą nas przez pryzmat filmu Shoah Claude’a Lanzmanna: brudny, obskurny, zacofany kraj z na pół zidiociałymi od wódki, ciemnymi ludźmi. Jak w efekcie domina ruszają stereotypy polnische wirtschaft. Czy to prawda, że w Polsce w niedzielę nikt nie złamie nawet zapałki? - pyta mnie przemysłowiec z Nantes. Alain Besançon martwi się w paryskiej „Kulturze”, że nie jest pewne, czy polskie „masy” rzeczywiście chcą zaakceptować ryzyko i ciężką pracę zachodniego świata. Marzą o „kapitalistycznym” dobrobycie połączonym z lenistwem i brakiem odpowiedzialności. 

Ronald Inglehart, wybitny politolog amerykański, bada przemiany w społecznej recepcji podstawowych wartości w kilkudziesięciu krajach świata. Po 1989 roku zasięgiem swej analizy obejmuje również kraje postkomunistyczne. Wyniki starannie nanosi na eleganckie wykresy i nagle widać, że Polska odskakuje od jakiejkolwiek normy: Polska, z przywiązaniem do tradycyjnych wartości, jest odszczepieńcem od innych społeczeństw ekskomunistycznych Europy Wschodniej: nie można jej dopasować do żadnej spójnej grupy, zauważa Inglehart i po kilku zdaniach, nie mogąc ochłonąć z wrażenia, powtarza, że Polska jest uderzającym wyjątkiem, odróżniającym się od innych społeczeństw socjalistycznych silnym przywiązaniem do wartości tradycyjno-religijnych. Rzeczywiście, na wykresie, zamiast gromadzić się w grupie skupiającej Litwinów, Węgrów, Słoweńców, Bułgarów, ciągniemy wyraźnie ku sekcji zajmowanej przez mieszkańców Indii i Turcji. Dobry naukowiec nie ograniczy się jednak do prezentacji „nagich” faktów, trzeba je zinterpretować, a z interpretacji tej wynika, że jesteśmy po prostu, podobnie jak Irlandia w Europie Zachodniej, przykładem fundamentalistycznej reakcji na zagrożenie. 

Polski lud pod przywództwem Lecha Wałęsy i światłych intelektualistów był obiektem fascynacji tak długo, jak długo walczył. Wyjaśnia to znakomicie słoweński filozof Sławoj Žižek w Przekleństwie fantazji; Zachód za pośrednictwem Innego, jakim był walczący o swe prawa lud, spełniał swój postępowy obowiązek. Gdy lud się wyemancypował, stał się samodzielnym podmiotem, wyszła na jaw jego „brzydota”. Wcześniej ten zmitologizowany lud, odległy, a jednocześnie, jako Inny, rzekomo bardziej autentyczny, wywoływał poruszenie, roztaczał urok szczególnego patosu. Pisze Žižek o zachodnim intelektualiście: Nie odczuwa żadnego poruszenia w sercu, słysząc Marsyliankę, jednak takie poruszenie budzi się w nim, gdy słucha jakichś rytuałów czarnych plemion. Mamy tu oczywiście do czynienia z odwróconą formą rasizmu. A potem okazuje się, że rzeczywistość jest brzydka, „nie powinno jej być” i nie powinna stawać na przeszkodzie naszemu pożądaniu. 

Nasza ekipa pojawiła się we Francji w momencie odkrywania przez Zachód polskiej „brzydoty”. Właśnie dogorywała wiara w „Szlachetnego Dzikiego” ze Wschodu, egzotyczny gatunek l’homme de Solidarité, genetyczną mutację zawierającą w sobie to co najlepsze z Człowieka z Marmuru i Człowieka z Żelaza, na którym właśnie skupiały się wszystkie projekcje i pożądania drobnomieszczańskiej Europy. Ten specjalny status bywał bardzo wygodny i praktyczny. 

Przekonałem się o tym w Paryżu, gdzie prezentowano wielką wystawę poświęconą historii miasta. Koszt biletu równał się ćwierci ówczesnej mojej pensji, nie było więc wyjścia - musiałem wykorzystać bohaterską przeszłość. Podszedłem do recepcjonistki z pytaniem, czy prasa ma wolny wstęp. Oczywiście, Monsieur! Bo widzi pani, ja jestem dziennikarzem z Polski, z podziemnej gazety i chciałbym obejrzeć tę wystawę. A można zobaczyć legitymację? Mówiłem pani, że jestem z prasy podziemnej (la presse clandestine), posiadanie legitymacji byłoby zbyt niebezpieczne. Nagle Francuzeczka ocknęła się, zrozumiała, że przeżywa jedyną w życiu szansę kontaktu z bytem z innego świata, że oto codzienna rutyna została zawieszona przez wkroczenie Innego, uosabiającego podświadome pragnienia o Autentycznym Życiu. Wejściówkę oczywiście otrzymałem. 

Sprawa oświęcimskiego Karmelu brutalnie przywracała nas rzeczywistości. Marek Beylin, jeden z członków naszej ekipy, poproszony o komentarz napisał (na zakończenie pobytu w Nantes wydaliśmy specjalne pismo „Reflexe”): W Polsce istnieje antysemityzm, to pewne. Podobnie jak istnieje we Francji. Pod tym względem Polska i Francja są kuzynkami. 

Zostało więc powiedziane: nie jesteśmy Innym, jesteśmy tym samym, czym jesteście wy. Tego jednak było zbyt wiele, rasizm odwrócony ustąpił miejsca faktycznemu, miejsce zainteresowania zajęła pogarda: nie, nie jesteście Nami, być może wasz antysemityzm nie różni się od naszego, ale wy na dodatek jesteście brudnymi, leniwymi fundamentalistami religijnymi, łasymi na bogactwo, które my uzyskaliśmy ciężką pracą! 

Lodówka się psuje 

Niebawem jednak z ontologicznej próżni zaczęły wyrywać się inne ludy Europy Środkowej. Węgry, NRD i upadek 9 listopada 1989 roku Muru Berlińskiego, aksamitna rewolucja w Czechosłowacji, rewolucja w Rumunii zakończona 25 grudnia kaźnią Eleny i Nicolae Ceauşescu. Zaczął się także ferment wśród narodów Związku Radzieckiego. Wielka lodówka, jaką był komunizm, w końcu popsuła się ostatecznie. Poupychane na półkach mięso narodów zaczęło rozmarzać wraz ze wszystkimi bakcylami nienawiści i wzajemnych pretensji. W sierpniowo-wrześniowym numerze pisma „Uncaptive Minds” z 1990 roku, specjalizującego się w kwestiach środkowoeuropejskich, Józef Darski (Jerzy Targalski) opublikował listę zamrożonych konfliktów narodowościowych i etnicznych naszego regionu z krótkimi opisami istoty sporu. Darski naliczył tych punktów zapalnych dwadzieścia siedem. Większość z nich w ciągu następnych dziesięciu lat albo wybuchła krwawymi wojnami bałkańskimi, albo ciągle stanowi dyżurny temat polityki krajów środkowoeuropejskiej. 

Wystarczy wspomnieć ciągnące się w nieskończoność spory o Cmentarz Orląt Lwowskich lub kwestie pisowni nazwisk Polaków mieszkających na Litwie. Oczywiście, w porównaniu z wojnami bałkańskimi nasze utarczki sąsiedzkie nie są zbyt groźne. Dwadzieścia siedem „wojen środkowoeuropejskich” Darskiego mogło przerazić świat, który marzył o czymś zupełnie innym, a tymczasem otrzymał wielokulturowy kocioł opisany tak doskonale przez Ivo Andricia w Liście z roku 1920: Ten kto w Sarajewie spędza w łóżku bezsenne chwile, może usłyszeć głosy sarajewskiej nocy. Ciężko, lecz pewnie wybił drugą nad ranem zegar w kościele katolickim. Minęła więcej niż jedna minuta (dokładnie siedemdziesiąt pięć sekund - liczyłem) i dopiero wtedy dał się słyszeć trochę słabszy, ale przenikliwy dźwięk zegara cerkwi prawosławnej, on także wybił swoją drugą nad ranem. W chwilę potem ozwała się ochrypłym przytłumionym głosem sa-hat-kula z Meczetu Bejów i wybiła godzinę jedenastą - upiorną turecką godzinę, trzymając się dziwnej rachuby dalekich obcych krajów. Żydzi nie mają swojego zegara, niebiosa raczą wiedzieć, która godzina u nich wybiła, która będzie wedle zwyczaju sefardyjskiego, a która wedle aszkenazyjskiego. W tej nocy, gdy wszystko dokoła milczy uciszone, w tym liczeniu godzin głuchej pory nocnej tkwi różnica dzieląca ludzi zrównanych snem... A ta różnica czasem widoczna i otwarta, czasem ukryta i zdradziecka, zawsze podobna jest do nienawiści; ta różnica jest często nienawiścią samą. 

Tego, co się dzieje, nie mogli zrozumieć Alvin i Heidi Tofflerowie, pisząc w Wojnie i antywojnie: Toteż gdy poeci i intelektualiści z ekonomicznie zacofanych regionów świata układają hymny narodowe, poeci i intelektualiści państw spod znaku trzeciej fali opiewają wdzięki świata „bez granic”. Ludzie, których wcześniejsze prace, a zwłaszcza kultowa Trzecia fala, były jednym z impulsów przemian, zamknęli się w stworzonym przez siebie schemacie. Jego moc wyjaśniająca 

wyczerpała się w momencie, gdy „Eurosja” (Eurussia, oryginalne określenie z Trzeciej fali) zaczęła rozsypywać się na niezliczone, szukające własnej podmiotowości byty, identyfikujące się w oparciu o między innymi narodową flagę i hymn. Sama infantylność i płytkość tych i podobnych analiz nie jest jeszcze groźna. Gorzej, że myśliciele tacy jak Tofflerowie wywierają znaczny wpływ na politykę, są bowiem intelektualnym zapleczem ludzi posiadających realną władzę w największym mocarstwie na świecie. Zauroczenie Tofflerami Ronalda Reagana, a później Newta Gingricha przeszło do legendy. 

Nawiasem mówiąc, ciekaw jestem, jak Tofflerowie tłumaczą fakt, że po 11 września amerykański popyt na „drugofalowe” artefakty, jakimi zdaniem futurologów są symbole narodowe, wzrósł tak bardzo, że flagi Stanów Zjednoczonych trzeba było importować z Chin. 

Zadziwiająca jest zgodność, z jaką potępiają środkowoeuropejskie zacofanie Tofflerowie, związani z amerykańską prawicą, i europejska lewica, o czym pisze Žižek: Spójrzmy na przykład na postawę lewicowych zachodnich akademików wobec dezintegracji Jugosławii: ponieważ fakt, że ludy byłej Jugosławii odrzuciły („zdradziły”) Socjalizm, zakłócił wiarę tych akademików, tj. uniemożliwił im trwanie w wierze w „autentyczny” samorządowy socjalizm za pośrednictwem innego, który realizował ich wiarę, więc każdego, kto nie podzielał ich jugonostalgicznej postawy, potępiano jako protofaszystowskiego nacjonalistę. 

Ta zgodność nie jest wcale paradoksem, wynika bowiem z identycznych przesłanek intelektualnych, jest ciągle pokłosiem oświeceniowych roszczeń ludzi, o których Paweł Jasienica mówił, że „za dużo wiedzą na pewno”. Gdy potem życie postawi problem, dyskredytują jego prawomocność z pozycji fundamentalnych, uznając go za artefakt niezgodny z logiką historii. Wandea nie chce rewolucji? Wyrżnąć w pień. Estończycy i Słoweńcy chcą własnych państw? Czy ci faszyści nie widzą, że to już niemodne? 

Koniec Eurosji 

W wielu filmach wojennych powtarza się moja ulubiona scena: tuż przed bitwą podczas odprawy oficerów pada polecenie - panowie, wyregulujmy zegarki! To charakterystyczny symbol mający pokazać, że wojna, przynajmniej prowadzona przez „właściwą” stronę, jest przedsięwzięciem racjonalnym, że rozum jest po stronie słusznej sprawy. Ustawianie zegarków oznacza unieważnianie opisanego przez Carla von Clausewitza tarcia wojny, czyli elementu niepewności, chaosu. Niestety, to unieważnienie daje się zrealizować tylko w kinie. 

W rzeczywistości czas odmierzany jest w sposób, jaki opisał Andrić - chaotyczny, odzwierciedlający różnorodność życia. Nie brakuje jednak uszczęśliwiaczy, którzy na siłę chcą wyregulować nasze zegary. 

Wierzą, że sam rozum, któremu raz na imię Postęp, raz Socjalizm, raz Trzecia Fala, wystarczy, by zapanować nad naturalnym chaosem międzyludzkich relacji. A potem zawsze wychodzi na jaw, że podobnie jak radziecki film wojenny nie miał wiele wspólnego z prawdziwą wojną, tak teorie takie jak Tofflerów nie obejmują prawdziwego życia. Po przebudzeniu Europy Środkowej wygodne schematy zaczęły pękać, z jednolitej masy zaczęły bąbelkować twory o różnych, niezrozumiałych dla badaczy charakterystykach. Fundamentalistyczna w świetle badań Polska z sukcesem prowadzi transformację ku normalności, a zacofana Estonia, która wbrew „logice historii” najpierw zapragnęła archaicznej, niemodnej niepodległości, dziś jest jednym z europejskich liderów w budowaniu u siebie społeczeństwa „trzeciej fali”. 

Od Jesieni Ludów minęło ponad dziesięć lat, Eurosja przekształciła się w barwną mozaikę, w której trudno odnaleźć jakiekolwiek prawidłowości. Organizmy o podobnym w 1989 roku potencjale po dekadzie wyglądają zupełnie odmiennie, różniąc się stanem rozwoju gospodarki, instytucji politycznych i społecznych. Intelektualiści krajów tego regionu zastanawiają się, czy ma jeszcze uzasadnienie sentyment do pojęcia Europy Środkowej. Każdy udziela innej odpowiedzi, każdy szuka swojego miejsca. 

Przedmurze 

Dla Czechów sprawa wydaje się dawno rozstrzygnięta: wraz ze zrzuceniem z twarzy „sowieckiego buta” wróciliśmy tam, gdzie zawsze byliśmy - do kultury Zachodu i Europy. Europa Środkowa była pojęciem dobrym być może w czasach monarchii Franciszka Józefa i później, w latach komunizmu, jako narzędzie do opisu fatalnego losu. Czesi przy tym tradycyjnie dystansują się od Polski, w czym widać mieszankę wyższości i kompleksu. Nasi południowi sąsiedzi nie mają wątpliwości, że zawsze byli i ciągle są bardziej zaawansowani w rozwoju cywilizacyjnym, w związku z czym przejście do kolejnego, poprzemysłowego etapu będzie dla nich procesem łatwym i naturalnym. 

Czy tak samo będzie z Polską? - tu już można mieć wątpliwości, które zademonstrował we wrześniu 2001 roku premier Czech Miloš Zeman podczas Forum Ekonomicznego w Krynicy. Wówczas to szefowie rządów państw czwórki wyszehradzkiej (Czechy, Polska, Słowacja, Węgry) podpisali deklarację, w której przyszłości regionu i swoich krajów upatrują w gospodarce opartej na wiedzy i wierzą, że jesteśmy w stanie dokonać wielkiego cywilizacyjnego skoku do roku 2010. 

Zeman, choć deklarację podpisał, zada retoryczne pytanie wyraźnie adresowane do polskiej publiczności: czy możliwy jest od razu skok do społeczeństwa „trzeciej fali”, gdy za nogi trzyma nienowoczesne, jedyne w swoim rodzaju rolnictwo i zacofany przemysł? Tak jak nie wystarczy włożyć peruki, by zaprowadzić brytyjską demokrację, tak nie łudźmy się, że sposobem na sukces jest najlepsza nawet deklaracja i wiara w nowe technologie. 

Czesi nie oszczędzają również swych dawnych federacyjnych braci, Słowaków. By okazać swój dystans i określić należne im miejsce w świecie, używają metafor piwnych. I tak zacofanie Słowacji poznać po tym, jak objaśnia czeski premier, że ichnie piwo nadaje się wyłącznie do płukania protez dentystycznych. 

Węgrzy, choć politycznie też swą przynależność rozstrzygnęli, tak łatwo porzucić Europy Środkowej nie mogą, za nogi trzyma ich historia. Pierwsza wojna światowa i upadek Imperium Habsburgów zakończył się dla nich utratą dwóch trzecich terytorium i pozostawieniem połowy ludności poza granicami nowego państwa. Ten historyczny fakt ciągle w dużym stopniu określa politykę wobec najbliższych sąsiadów: Słowacji, Rumunii, Serbii, Chorwacji. Węgierska wizja przynależności do Zachodu podbudowywana jest poczuciem kulturalnej wyższości i poczuciem dziejowej misji cywilizacyjnej, jaką Węgrzy spełnili na terenach „barbarzyńskich” - Słowacji (Górne Węgry) lub Rumunii (Transylwania-Siedmiogród, Banat). 

Koncepcja przedmurza, którą doskonale znamy z polskiej historii, funkcjonuje w całej Europie Środkowej, a jej sens doskonale wyjaśnia zarówno Sławoj Žižek, jak i serbski filozof Ivan Czolović. Žižek pisze: Każdy aktor w tej krwawej zabawie, jaką był rozpad Jugosławii, stara się uprawomocnić swoje miejsce „wewnątrz”, przedstawiając się jako ostatni bastion cywilizacji europejskiej (...) w obliczu orientalnego barbarzyństwa. Dla prawicowo-nacjonalistycznych Austriaków tą wyobrażoną granicą jest Karavanke, łańcuch górski dzielący Austrię od Słowenii: za nim rozciąga się panowanie słowiańskich hord. Dla nacjonalistycznych Słoweńców granicą tą jest rzeka Kolpa, oddzielająca Słowenię od Chorwacji: my, Słoweńcy, jesteśmy jeszcze w Mitteleuropa, Chorwaci natomiast to Bałkanowie pogrążeni w irracjonalnych walkach etnicznych; sympatyzujemy z nimi, ale tak, jak sympatyzuje się z ofiarami wojen w Trzecim Świecie... 

Dalej możemy dopisywać sami. Nacjonalista węgierski powie, że wszystko co dobre w Rumunii lub Słowacji pochodzi od Węgrów, Ukraińcy nie mają wątpliwości, że ich kraj to jeszcze Europa, czego nie da się powiedzieć o azjatyckiej w swej istocie Rosji. Pamiętam, jak podczas pobytu we Lwowie bodaj w 1992 roku spotkałem polskiego parlamentarzystę mocno prawicowej proweniencji. Zaprosił mnie 

do przeprowadzenia eksperymentu myślowego: Niech pan sobie wyobrazi, że zamykamy Polaka i Ukraińca w jednym pomieszczeniu, mówią tylko swoimi językami. Jak pan sądzi, jakim będą mówić językiem, kiedy się ich wypuści na przykład po roku? Oczywiście, polskim, bo wyraża on naszą przewagę kulturalną nad Ukraińcami, zresztą we Lwowie widać to na każdym kroku. 

Niedokończona modernizacja 

Rasizm, polegający na projekcji własnych fantazmatów na Innego, barbarzyńcę u progu, jest jednym ze sposobów budowania nowoczesnej tożsamości. Gdy cały projekt ograniczy się tylko do tej składowej, wówczas niewiele trzeba, by w ślad za retoryką ruszyły czołgi. Spotkania takie, jak krynickie Forum Ekonomiczne, na które zjeżdżają prezydenci i premierzy krajów środkowoeuropejskich, ludzie biznesu, intelektualiści, zwane przez życzliwych „Davos Europy Środkowej”, a przez złośliwców „Davos dla ubogich”, pokazują, że liderzy polityczni potrafiący wyjść poza stereotyp przedmurza, lekarstwa na walkę z demonami historii szukają w szybkiej modernizacji. Wiara w sukces oparta jest nie tylko na lekturze Trzeciej fali, ale również na mitologii „szczególnego potencjału” Europy Środkowej. Owszem, mamy poważne opóźnienia w infrastrukturze, technologiach. Ale jednego nam nie zabrano - naszych umysłów i zdolności, argumentowali na przykład sygnatariusze wspomnianej wcześniej deklaracji. A właśnie te elementy mają odgrywać coraz większą rolę we współczesnym świecie. 

Losy wielu krajów Europy Środkowej po 1989 roku pokazują, że budowanie przyszłości na równowadze narodowej dumy i aspiracji modernizacyjnych może przynieść niezłe rezultaty. Dowodzą tego doświadczenia krajów niewielkich, jak Estonii, Litwy, Słowenii, większych Czech i Węgier oraz całkiem dużej Polski. Litewski filozof Leonidas Donskis przekonuje, wprowadzając pojęcie nacjonalizmu liberalnego, że: Nacjonalizm nie musi być, i w naszym zglobalizowanym świecie do końca nie jest, zjawiskiem z definicji negatywnym... Nacjonalizm liberalny stał się w krajach Europy Środkowowschodniej szkieletem, na którym oparta została konstruktywna krytyka społeczeństwa i kultury, nie mówiąc o jego zasługach w demaskowaniu totalitaryzmu. Nie wolno mylić etyki liberalnego nacjonalizmu z jego bardziej brutalną i prostacką odmianą... Jako zjawisko wspierające formowanie się tożsamości narodowej, nacjonalizm mieści się w nowoczesnym dyskursie intelektualnym. 

Niestety, koncepcja Donskisa sprawdza się tylko w przypadku niektórych państw. Wystarczy przyjrzeć się powyższej liście, by dostrzec, że są to kraje jednokulturowe, w zasadzie homogeniczne, wolne od źródeł destrukcyjnych konfliktów etnicznych. Stwierdzenie to jest nawet prawdziwe wobec Estonii, w której co prawda mieszka spora grupa nie-Estończyków mówiących po rosyjsku, choć bardziej pasują oni do etosu „ludzi sowieckich” niż rosyjskiego. Z tego też względu nie są grupą na tyle zwartą ani liczną, by rozsadzić estońską spójność. Lecz w sytuacji gdy Inny, barbarzyńca, kryje się wewnątrz, nacjonalizm liberalny łatwo może zakręcić w stronę mniej cywilizowaną. 

Kto potrzebuje Europy Środkowej? 

Przyglądając się tej niezwykle złożonej mozaice państw, narodów i społeczeństw o różnych tradycjach i odmiennych receptach na przyszłość, powtórzmy pytanie: czy istnieje coś takiego jak idea Europy Środkowej, jakiś wspólny mianownik? 

Dla państw czekających na początku kolejki do Unii Europejskiej Europa Środkowa to rodzaj czyśćca przed wkroczeniem do raju; z kolei dla mieszkańców krajów ogarniętych marazmem, jak Białoruś, możliwość przypisania się do środkowoeuropejskiej kultury nobilituje i dowartościowuje. Zdaniem poety i byłego ambasadora ukraińskiego w Polsce, Dmytra Pawłyczki, przyznanie Ukrainie (o której dylematach piszę w rozdziale „Razem na Marsa”) środkowoeuropejskiego statusu ma nie tylko pierwszorzędne znaczenie kulturowe, ale i polityczne, bo pozwala wyrwać ten wielki kraj i naród spod tradycji rosyjsko-wschodniej dominacji. 

Ihar Bubkau w eseju o Europie Środkowej pisze, że pojęcie to związane jest nierozerwalnie ze słowem „pomiędzy”, a więc jest to obszar pomiędzy Europą i Azją, pomiędzy Bizancjum i Rzymem, pomiędzy komunizmem i wolnym światem. Pojawienie się zaś idei Europy Środkowej jest efektem Oświecenia i oświeceniowej, europejskiej modernizacji, kiedy Europa stała się centrum świata. Jako centrum potrzebowała peryferii, w których mogłaby lokalizować Innego, barbarzyńcę potrzebnego do definiowania własnej, nowoczesnej tożsamości. Peryferiami stały się zarówno kolonie, jak i właśnie Europa Środkowa. 

Dla innych, jak uczestniczący w sejneńskim Forum etnograf Antoni Kroh i Ákos Engelmeyer, pierwszy ambasador pokomunistycznych Węgier w Polsce, Europa Środkowa jest pojęciem niedefiniowalnym, ale prawdziwym, o charakterze mitu, a więc czegoś pozaracjonalnego, lecz realnego, wywierającego silny wpływ na postrzeganie rzeczywistości i na samą rzeczywistość. 

To właśnie ten mityczny wymiar decyduje, że idea Europy Środkowej, choć mglista, wciąż jest atrakcyjna, porusza wyobraźnię i nadal inspiruje do ciekawych przedsięwzięć w sferze ducha, takich, jak choćby proza Polaka Andrzeja Stasiuka, Ukraińca Jurija Andruchowycza, Słoweńca Drago Jančara, Węgra Istvána Szilágyiego czy twórczość postaci sztandarowej - Czesława Miłosza, najlepszy przykład żywotności kulturotwórczej roli mitu środkowoeuropejskiego (warto również pamiętać o innym nobliście, Günterze Grassie). 

Pojęcie Europy Środkowej tożsame jest z pojęciami takimi, jak wielokulturowość, wielonarodowość, wielojęzyczność i wielowyznaniowość. Choć w wielu wypadkach prowadziły one do katastrof, działały też niezwykle twórczo. To właśnie dialog i konfrontacja kultur prowadzone na granicy konfliktu iskrzyły bogactwem idei i myśli, zmuszały do ostrzenia dyskursu, by precyzyjniej argumentować te same fakty w odmiennych kodach kulturowych. Niestety, iskrzenie to nierzadko prowadziło do eksplozji. Dialog kończył się i ustępował indoktrynacji, wbijaniu knutem jednej, politycznie słusznej prawdy. 

Inny aspekt idei Europy Środkowej to mobilność jej mieszkańców, zmuszanych zarówno z przyczyn ekonomicznych, jak i wspomnianego iskrzenia w sferze myśli, do ciągłego przemieszczania się. Ruchliwość ta przyczyniała się do dyfuzji wiedzy i dalszego rozwoju dialogu, ułatwiała absorpcję idei z szerokiego świata dzięki kontaktom z rozsianą po całym świecie emigracją. 

Tam gdzie panuje duży ruch, ujawnia się też naturalna tendencja do chronienia pewnych trwałych, fundamentalnych i pierwotnych wartości. Stąd dziedzictwo Europy Środkowej to duże zasoby kapitału symbolicznego, zapisanego w pokładach mitów, folkloru, kultur lokalnych, rytuałów, zwyczajów, pamięci historycznej. Już sama mozaika języków umożliwia prowadzenie ciekawej archeologii idei. Roli Europy Środkowej jako rezerwuaru wartości dowiódł ostatnio fakt symboliczny: w Nowym Jorku swoistym hymnem ku czci ofiar 11 września stał się wiersz Adama Zagajewskiego Spróbuj opiewać okaleczony świat. Jak skomentował to jeden z poetów amerykańskich, w takich chwilach zamiast kultury pop potrzeba czegoś głębszego. 

Nowy, lepszy system 

Agonia komunizmu zakończyła się 31 grudnia 1991 roku. Dobiegł końca proces zapoczątkowany 4 czerwca 1989 roku wyborami w Polsce i Jesienią Ludów. Wraz z upadkiem ZSRR znikała również siła utrzymująca dotychczas przy życiu różne autorytarne, mniej lub bardziej marksistowskie reżimy. Wydawało się, że bez radzieckiego poparcia będzie już tylko kwestią czasu pożegnanie się z takimi anachronizmami zimnej wojny, jak rządzona przez Fidela Castro Kuba. 

Krótkotrwałą radość po zniknięciu Zwiazku Radzieckiego zastąpił lęk. Co teraz? Wcześniej świat nie był może przyjemny, ale przewidywalny, ZSRR był Imperium Zła, ale było to „nasze” Imperium. Politycy mieli o czym mówić w telewizji, wojskowi wiedzieli, po co domagać się większych pieniędzy na lepsze uzbrojenie. Teraz pojawiła się pustka, pozbawiony jednego bieguna świat zaczął kołysać się na boki jak tracący energię bąk. Wielu generałów, intelektualistów, politologów, publicystów straciło pracę. Na Zachodzie zaczęły upadać zbędne katedry sowietologii, podobnie jak zespoły uprawiające filozofię marksistowską w Europie Środkowej. Nagle porządkująca świat struktura rozsypała się. Jak wspomina Thomas L. Friedman, obserwując ostatnie dni ZSRR w Moskwie: Chyba ostatni raz widzę tę flagę wiszącą w tym miejscu (flaga ZSRR - przyp. autora). I rzeczywiście, kilka tygodni później zniknęła, a razem z nią system zimnej wojny i związany z nim nadrzędny temat. 

Szok nie mógł jednak trwać zbyt długo, opustoszała przestrzeń idei zaczęła się wypełniać. Chwilowo bezrobotnym intelektualistom wróciła forma, ruszyła fabryka myśli rekonstruująca porządek w pozornie tylko chaotycznym świecie. Na salony wrócił Rozum, wcielony - jak w telewizyjnej reklamie - w nowy lepszy system, tym razem już naprawdę odzwierciedlający obiektywne prawa historii: Lecz im więcej podróżowałem po świecie, tym bardziej stawało się dla mnie jasne, że wcale nie żyjemy w pogmatwanym, niespójnym, nieokreślonym postzimnowojennym świecie, ale w nowym międzynarodowym systemie. System ten kieruje się własną logiką, prawami, presjami i zachętami i zasługuje na własną nazwę: „globalizacja”. Nie jest to żadna przelotna ekonomiczna moda czy przejściowy trend, lecz dominujący system, regulujący stosunki międzynarodowe - system, który po upadku Muru Berlińskiego zastąpił system zimnej wojny. Musimy przyjąć go takim, jaki jest, pisze Friedman. 

Friedman, który jeździ po całym świecie, mieszka w jednakowych hotelach i widzi wszędzie te same bary McDonald’s, nie ma wątpliwości, że w końcu odkrył prawa rozwoju dziejowego, w związku z czym wie, jak świat będzie wyglądał w przyszłości. Otóż w okresie zimnej wojny świat, owszem, był podzielony, ale po jej zakończeniu wydawało się, że ulegnie rozdrobnieniu na nieskończoną liczbę podmiotów. Tu przyda się jednak nieco dialektycznego myślenia: po upadku ZSRR świat się podzielił, żeby się zintegrować, ale na innych już zasadach. Jest to integracja sieciowa, w epoce globalizacji sięgamy po Internet, który symbolizuje to, że wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni i nikt nie sprawuje nad nami kontroli... Globalizacja, w przeciwieństwie do zimnej wojny, nie jest układem statycznym, lecz dynamicznym, toczącym się procesem. Dlatego też według mojej definicji globalizacja oznacza nieuchronną integrację rynków, państw i technologii, dzięki której jednostki, przedsiębiorstwa, państwa mogą docierać do świata szerzej, szybciej, taniej i głębiej i tak samo świat może docierać do jednostek, przedsiębiorstw i państw szerzej, szybciej, taniej i głębiej. 

Jeśli chodzi o diagnozę, czyli dostrzeżenie faktu, że lata dziewięćdziesiąte to narodziny społeczeństwa sieciowego (dla którego zarówno modelem organizacyjnym, jak i podstawową infrastrukturą wymiany niematerialnych dóbr i wiedzy są globalne w zasięgu sieci teleinformatyczne), nie można mieć zastrzeżeń. To po prostu fakt, o którym więcej napiszę dalej. Tyle tylko, że Friedman buduje na tym fakcie teleologiczną wizję, przekonany, że istnieje tylko jedna ścieżka rozwoju tego dynamicznego procesu, jakim jest społeczeństwo sieciowe. Jest to ścieżka integracji, której efektem będzie kulturowa i ekonomiczna homogenizacja. Jest tylko jedna słuszna ideologia - to ideologia wolnego rynku. 

Friedman jest wysokiej próby dziennikarzem, dużo jeździ po świecie, a w tym, co widzi, doszukuje się ukrytej struktury, ogólnych, uniwersalnych praw wyjaśniających. Alvin i Hedi Tofflerowie najpierw prawa te w zaciszu swojego gabinetu wymyślili, a gdy dostrzegają fakty niepasujące do ich teorii, tym gorzej dla faktów. Obie postawy są wyrazem poznawczego optymizmu, tak charakterystycznego dla Amerykanów. Bóg nie jest złośliwy, twierdzą - nie zrobiłby świata ponad miarę (naszego) Rozumu. 

Apoteoza rynku 

Związek Radziecki upadł, a państwa, które powstały w jego miejsce lub przebudziły się w Europie Środkowej, dowodzą reguły, że tam gdzie udało się przyjąć ideologię wolnego rynku, ludziom na ogół żyje się dostatniej, wystarczy porównać Polskę z Ukrainą lub Estonię z Mołdową. To, co zadowala ekonomistę, nie musi jednak być satysfakcjonujące dla obserwatorów życia społecznego i politycznego. A ci mówią, że wolny rynek jest czynnikiem koniecznym, ale niewystarczającym dla pomyślnego przebiegu dalszej transformacji. 

By zrozumieć ich sceptycyzm, wystarczy powrócić do analizy przyczyn upadku ZSRR. Opóźnienie gospodarcze i technologiczne, które w końcu doprowadziło do kryzysu wymuszającego pierestrojkę, było tylko skutkiem. Źródłem kłopotów, jak pisaliśmy, była niezdolność do wytworzenia refleksyjnych, samouczących się instytucji życia publicznego i społeczeństwa produkującego „inteligencję zbiorową”. Problem w tym, że zastąpienie komunizmu wolnym rynkiem wcale nie gwarantuje, że te brakujące, a niezbędne we współczesnym świecie elementy zadziałają. 

Wolny rynek jest instytucją ekonomiczną, która wcale nie promuje społecznego współdziałania, a tylko zapewnia efektywne narzędzie równowagi handlowej. „Inteligencja zbiorowa” może natomiast powstać wówczas, gdy ludzie patrzą na siebie nie tylko w kategoriach konkurenta, ale partnera, gdy chcą się dzielić wiedzą i zaufaniem niezależnie od skutku handlowego, gdy gotowi są do podejmowania wspólnych działań obliczonych nie tylko na zysk. Inteligencja zbiorowa powstać może tylko tam, gdzie istnieje duży kapitał społeczny, gdzie jest duży potencjał zaufania i bezinteresownego współdziałania. 

Sam wolny rynek nie buduje kapitału społecznego, sprzyja za to, jak pisze John Naisbitt w Megatrendach, „networkingowi” - tworzeniu „sieci kolesiów”, patologicznej wersji społeczeństwa sieciowego, ograniczonej do wybranych. 

Podobnie wolny rynek nie gwarantuje, że instytucje życia publicznego wraz z organami władzy będą refleksyjne, zdolne do akumulacji wiedzy i adaptacji swoich działań do nowych faktów. Jednym z mierników refleksyjności jest umiejętność zarządzania innowacjami i racjonalnego podejmowania ryzyka. Kraje postkomunistyczne ciągle dysponują bardzo niskim poziomem kapitału społecznego, a ich instytucje publiczne są równie mało refleksyjne i nadal działają zgodnie z sowieckim, sztywnym modelem biurokratycznym, w którym lepiej nie podjąć żadnej decyzji niż wystawiać się na ryzyko. 

Zamiast budowania trójkąta wzajemnej inspiracji i kontroli rynek - społeczeństwo - instytucje i władza, następuje fragmentacja rzeczywistości. Anomiczne społeczeństwo usuwa się na bok, zdegenerowany rynek opanowywany przez sieci kolesiów zaczyna grać z niekompetentną, podatną na korupcję władzą.


Komentarze:

Dodaj swój komentarz:

Imię i nazwisko:*

Adres e-mail:*

Treść:*

ładowanie...

Kod z obrazka:*

 

 pola oznaczone * są wymagane

Szukaj na stronie

Pogranicze on-line - prezentacja w przestrzeni wirtualnej naszych artystycznych i edukacyjnych działań w Sejnach i Krasnogrudzie, a także na innych pograniczach świata.

Dziecięcy Uniwersytet Pogranicza

 

 

Mikołaj Trzaska i Orkiestra Klezmerska Teatru Sejneńskiego. 8 sierpnia 2020

Wspomnienie Misterium Mostu 2020

TONY JUDT LECTURE, wykład Krzysztofa Meissnera - Fizyka i transcendencja

Sejneńska Spółdzielnia Jazzowa - Kuba Więcek Trio - 24 lipca 2020

III Debata WOKÓŁ XENOPOLIS

II Debata WOKÓŁ XENOPOLIS

I Debata WOKÓŁ XENOPOLIS

 

 

Oferta edukacyjna

Darowizny uzyskane przez Fundację Pogranicze

W związku z otrzymaniem darowizn, na podstawie art. 18 ust. 1f, pkt 2 ustawy z dnia 15 lutego 1992 r. o podatku dochodowym od osób prawnych (Dz. U. z 2011 r. Nr 74, poz. 397, ze zmianami), Fundacja Pogranicze podaje do publicznej informacji, że łączna kwota uzyskana z tego tytułu w okresie od 01.01.2019 r. do 31.12.2019 r. wyniosła 58.155,28 zł.

W 2019 roku Fundacja uzyskała również kwotę 8.846,30 zł w formie wpłat z 1% podatku oraz 10.212,62 z tytułu zbiórki publicznej nr 2018/2901/OR.

Otrzymane darowizny Fundacja Pogranicze w całości przeznaczyła na realizację działań statutowych.

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

INFORMACJA O POLITYCE PRYWATNOŚCI